Czas Wielkiego Postu… Czas Pokuty i Pojednania...

avatar użytkownika intix

     

          

 

Znalezione obrazy dla zapytania Wielki Post - obrazy

 

 

 

+ + +

 

 

 

 

Dzięki Panu Bogu

w Trójcy Przenajświętszej Jedynemu

dany jest nam kolejny rok życia na ziemi

po tej stronie… w całym naszym istnieniu…

 

Kolejna… Środa Popielcowa

rozpoczęła

Czas Wielkiego Postu…

Czas Pokuty i Pojednania…

 

Kolejna szansa dla nas…

Czas dany nam na zatrzymanie…

Czas na – do Pana Boga – powracanie

Czas na… Męki Pańskiej rozważanie…

 

Wsłuchajmy się...

jak bije wciąż dla nas... dla mnie, dla Ciebie...

pełne Niezmierzonej Miłości

Najświętsze Jezusa Serce...

Źródło  Miłości

Źródło Życia naszego

Źródło Nieskończonego Bożego Miłosierdzia…

 

Bije dla nas... dla mnie... dla Ciebie...

Bije dla ludzkości całej,

która niewyobrażalne dla nas… Cierpienia

Ducha i Ciała Mękę… i Krzyż... Jezusowi zgotowała...

I CIERPIEŃ dodaje nadal

Całej Trójcy Przenajświętszej

 

Bije też dla nas… dla mnie, dla Ciebie…

Niepokalane Serce Najświętszej Panny Maryi…

Współodkupicielki w Dziele Odkupienia…

Matki Miłości… Matki Bolesnej…

Matki, która do nas w Swych Objawieniach

- Pokuty! Pokuty! Pokuty!...- wołała…

I woła tak do nas nadal…

I nieustannie do Syna Swego nas prowadzi

 gdy zacięta walka Dobra ze Złem o Dusze nasze…

Wsłuchajmy się w bicie Niepokalanego Serca

Bożej... i naszej Matki...

 

Pokutujmy… za nas samych i za bliźniego…

W czasach gdy ludzkość od Boga się odwraca

dążąc do unicestwienia człowieczeństwa… i istnienia swego…

 

Ugnijmy kolana...

Padnijmy z pokorą na twarz przed Panem Bogiem

by uznać grzechy nasze i za nie przepraszać…

Przystąpmy do Sakramentu Pojednania...

Zanieśmy z pokorą grzechy nasze

 Odkupicielowi, Zbawicielowi naszemu…

Ofiarujmy je ze skruchą  na Krzyż Jezusa Chrystusa

Miejsce Jego Męki i śmierci a naszego Odkupienia... Zbawienia...

 

Zanurzajmy każdy dzień życia naszego

w Najdroższej Krwi Chrystusa

przelanej dla zbawienia człowieka każdego…

 

Czas Wielkiego Postu…

Czas Pokuty i Pojednania…

 

Módlmy się też… za nas i za bliźniego…

 

 

W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego…

 

Panie, nasz Boże, daj nam przez święty post zacząć okres pokuty,  aby nasze wyrzeczenia umocniły nas do walki ze złym duchem. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa,

Twojego Syna, † który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego...

Bóg, przez wszystkie wieki wieków...

Amen

 

+ + +

 

>Pojednajcie się z Bogiem! Nie ma niczego ważniejszego<

 

+ + +

 

„Nawróćcie się do waszego Boga, On bowiem jest łaskawy i miłosierny”…

(Jl 2,13)

 

Nawróćmy się… całym Sercem…

Nie dodawajmy Chrystusowi CIERPIENIA…

 

+ +

 

„Któryś za nas Cierpiał Rany…

Jezu Chryste… zmiłuj się nad nami…

I Ty… Któraś Współcierpiała…

Matko Bolesna…

Przyczyń się za nami…”

 

 

 

 

 

 

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

/” Czas Wielkiego PostuCzas Pokuty i Pojednania…” – J.B.K. - 14 i 18..02.2015r./

 

 

Wcześniejsze rozważania

tematycznie powiązane:

 

Cierpienie... rozważania...

Nie dodawajmy Chrystusowi.. CIERPIENIA...

Czas... Zatrzymania...  .

Refleksja Wielkopostna...

 

 

 

 

111 komentarzy

avatar użytkownika guantanamera

1. Tak właśnie ...

 Kolejna szansa dla nas…
Czas dany nam na zatrzymanie…
Czas na – do Pana Boga – powracanie…

Wykorzystajmy ten czas i tę szansę by pójść do Tego, Kto nas miłuje. Do Pana Boga...

avatar użytkownika Maryla

2. „Umacniajcie serca wasze!” (Jk 5, 3)

„Któryś za nas Cierpiał Rany…

Jezu Chryste… zmiłuj się nad nami…

I Ty… Któraś Współcierpiała…

Matko Bolesna…

Przyczyń się za nami…”

Amen.

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika intix

3. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

a także:

Nakazuję ci kochać twego Boga

Czwartek, 19 lutego 2015 roku
Pwt 30,15-20

Mojżesz przemówił do ludu: "Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście. Ja dziś nakazuję ci kochać twego Boga, Pana, i chodzić Jego drogami, pełniąc Jego nakazy, polecenia i przykazania; abyś żył i mnożył się, a twój Bóg, Pan, będzie ci błogosławił w kraju, który idziesz posiąść. Ale jeśli swoje serce odwrócisz, nie usłuchasz, zbłądzisz i będziesz się kłaniał obcym bogom, służąc im, oświadczam wam dzisiaj, że na pewno zginiecie, niedługo zabawicie na ziemi, którą idziecie posiąść, po przejściu Jordanu. Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię, kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, miłując Boga swego, Pana, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie i długie trwanie twego pobytu na ziemi, którą Pan poprzysiągł dać ojcom twoim: Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi".


Tam, gdzie są wymagania, zdrowe zasady, odpowiedzialność, tam jest rozwój moralny i duchowy, tam jest miłość i szczęście. Człowiek najpierw zgadza się na plan Boga, a następnie chodzi swoimi drogami lekceważąc to, do czego się zobowiązał.

Przymierze z Bogiem to nie zabawa. Bóg nie pozwala z siebie kpić, lekceważyć. Kiedy człowiek odrzuca zasady dane przez Boga, pozostaje mu chaos, bezład, podziały, wojny, uleganie złym żądzom, namiętnościom, chciwości.

Trzeba wybrać określoną drogę: życie albo śmierć, błogosławieństwo lub przekleństwo. To człowiek wybiera. Jeśli nie chce być zbawionym, wybiera potępienie. Nie ma innej drogi.

Ks. Józef Pierzchalski SAC

a także:

>Mimo wszystko, chce się żyć

>Wybierzmy ŻYCIE w SZCZĘŚCIU (czw po Popielcu)

***
Bóg zapłać...

avatar użytkownika Maryla

4. Droga Krzyżowa w Poznaniu na


Droga Krzyżowa w Poznaniu na początek Wielkiego Postu [ZDJĘCIA, WIDEO] 

Kilkaset osób przeszło w czwartek wieczorem ulicami Poznania,
uczestnicząc w Drodze Krzyżowej z okazji inauguracji Wielkiego Postu w
Kościele katolickim. Rozpoczęła się ona mszą świętą celebrowaną przez
abp. Stanisława Gądeckiego w Farze.

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika intix

5. Sakrament pokuty i pojednania

SAKRAMENTY KOŚCIOŁA (4)


 
Często zapominamy o istotnym znaczeniu Sakramentów dla naszego zbawienia. Stają się one niejednokrotnie przeszkodami, chcielibyśmy je omijać (jak np. sakrament pokuty i pojednania), uważamy je za niepotrzebne, nie rozumiemy ich znaczenia. Co raz powszechniejsze są przejawy indyferentyzmu religijnego, od którego jest już tylko krok do agnostycyzmu i nihilizmu. Z tego powodu powszechnie zamiast „chrztu” mamy „chrzciny” i rodzinną biesiadę, gimnazjalistów „zmusza” się do przyjęcia bierzmowania ze względu na potrzebę zdobycia odpowiedniego zaświadczenia, pierwsza Komunia św. jest okazją do zorganizowania pokazu mody „komunijnej” i wystawnego przyjęcia, a sakrament namaszczenia chorych jest nazywany „ostatnim namaszczeniem”, po przyjęciu którego człowiek od razu umiera.
 
W sakramentach wtajemniczenia chrześcijańskiego (chrzest, bierzmowanie, Eucharystia) otrzymujemy od Chrystusa, za pośrednictwem Jego Kościoła nowe życie. Na skutek grzechu to życie może ulec osłabieniu, a także całkowitemu zniszczeniu.
Z tego powodu Chrystus ustanowił sakramenty uzdrowienia (pokuty, namaszczenia chorych), poprzez które nas leczy i odnawia w nas życie dziecka Bożego.
 
Sakrament pokuty i pojednania został ustanowiony przez Chrystusa, Który ukazał się Swoim Apostołom wieczorem w dniu Paschy i skierował do nich słowa:

„Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”
(J 20,19).

Jezus ustanowił ten Sakrament dla nas – Swojego Nowego Ludu – Kościoła, abyśmy mogli do Niego powracać, kiedy oddalimy się przez popełnienie grzechów.
 
Wielu – szczególnie młodych ludzi – uważa, że Kościół wręcz torturuje swoich wiernych, nakazując im przynajmniej jedne raz w roku szeptać do ucha nieznajomemu człowiekowi swoje najbardziej skrycie przechowywane przewinienia. Jednak tacy ludzie szybko by przestali narzekać, gdyby mieli świadomość, iż w pierwszych wiekach, chrześcijanie swoje grzechy musieli wyznawać na głos i publicznie.
W średniowieczu stosowano praktykę spowiadania się z grzechów popełnionych wobec wspólnoty (publicznych) – publicznie, a z grzechów osobistych („prywatnych”) – na ucho kapłanowi. Z czasem zrezygnowano z publicznej spowiedzi. Jednak dopiero w XVI wieku wprowadzono konfesjonały.
 
Klęcząc u kratki konfesjonału musimy pamiętać, że kapłan jest tylko narzędziem w rękach Miłosiernego Boga – Ojca – Który nas kocha, Który cieszy się z naszej spowiedzi i Który chce nam przebaczyć. Każdy kapłan jest bez wyjątku zobowiązany pod surowymi karami do zachowania absolutnej tajemnicy odnośnie do grzechów poznanych podczas spowiedzi. Również prawo cywilne zabrania żądania od księdza ujawnienia rzeczy, których dowiedział się na spowiedzi. Zanim jednak wyznamy kapłanowi nasze grzechy, powinniśmy pamiętać o pewnych warunkach, które musimy spełnić. Pierwszym krokiem jest zrobienie rachunku sumienia. Trzeba pamiętać o jednym – grzech to taka rzeczywistość, którą człowiek najpierw krzywdzi siebie lub drugiego człowieka oraz rani samego Boga. „Życzenie komuś w skrytości ducha śmierci czy choroby, przemilczane na spowiedzi, „bo przecież nic się nie stało”, może być znacznie poważniejszym problemem niż jakiś namacalny grzech przeciw szóstemu przykazaniu. Poza tym – jeśli spowiedź ma mieć sens – naprawdę nie ma co się ze sobą pieścić” – pisze Sz. Hołownia w swojej książce („Kościół dla średnio zaawansowanych”, Warszawa 2004, s. 178). Kolejnym krokiem jest szczery żal za popełnione zło. Niektórzy ludzie, którzy idą do spowiedzi (często idą, bo muszą, gdyż mają np. zawrzeć związek małżeński), wcale nie czują się winni, nie żałują za popełnione zło, choć wiedzą, że wymaga się od nich, aby tak się czuli.

Dlatego musimy prosić Ducha św. o łaskę głębokiego i szczerego żalu. Następny krok – to już spowiedź u kratek konfesjonału, która musi być szczera, tzn. nic nie możemy ukrywać. Kolejny – niełatwy krok – to zadośćuczynienie – czyli np. zwrócenie tego, co komuś zabraliśmy (czytaj: ukradliśmy), przeproszenie osoby, którą obraziliśmy itp. Ostatni krok to wypełnienie pewnych aktów pokutnych, które nakłada spowiednik na spowiadającego się (penitenta).
 
Pokonując te wszystkie trudności, otrzymujemy nagrodę: odpuszczenie grzechów – pojednanie z Bogiem i Kościołem, odzyskujemy stan łaski, otrzymujemy łaskę pokoju i pogody ducha – sumienia itd. Dlatego warto pokonywać strach i wstyd związany z klękaniem u kratek konfesjonału. Nie udzielenie rozgrzeszenia jest naprawdę bardzo rzadkim przypadkiem. Ogranicza się jedynie do sytuacji, w których człowiek nie może zerwać ze złem i zmienić swojego życia (np. dotyczy to choćby ludzi żyjących w związkach niesakramentalnych). Natomiast wstyd jest czymś normalnym i winniśmy się wstydzić tego, co jest w nas złe, co oddala nas od Boga i naszych bliskich. Św. Ambroży przekonywał: „Wstydem jest dla każdego wyznawać swoje grzechy, ale ten wstyd orze twoje pole, usuwa wciąż odradzające się ciernie, obcina kolce, przywraca dorodne owoce, które już zamierały”. Pokuta i pojednanie to Sakrament, który nas leczy, uzdrawia i odradza.

Bartek Rajewski
http://www.katolik.pl/sakrament-pokuty-i-pojednania,1403,416,cz.html

+++
>
SUMIENIE...

avatar użytkownika intix

7. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Czemu pościliśmy, a Ty nie wejrzałeś?

Piątek, 20 lutego 2015 roku
Iz 58,1-9a

To mówi Pan Bóg: "Krzycz na całe gardło, nie przestawaj. Podnoś głos twój jak trąba. Wytknij mojemu ludowi jego przestępstwa i domowi Jakuba jego grzechy. Szukają Mnie dzień za dniem, pragną poznać moje drogi, jakby naród, który kocha sprawiedliwość i nie opuszcza Prawa swego Boga. Proszą Mnie o sprawiedliwe prawa, pragną bliskości Boga: «Czemu pościliśmy, a Ty nie wejrzałeś? Umartwialiśmy siebie, a Tyś tego nie uznał?» Otóż w dzień waszego postu wy znajdujecie sobie zajęcie i uciskacie wszystkich waszych robotników. Otóż pościcie wśród waśni i sporów, i wśród bicia niegodziwą pięścią. Nie pośćcie tak, jak dziś czynicie, żeby się rozlegał zgiełk wasz na wysokości. Czyż Ja taki post jak ten wybieram sobie w dniu, w którym się człowiek umartwia? Czy zwiesić głowę jak sitowie i użyć wora z popiołem za posłanie, czyż to nazwiesz postem i dniem miłym dla Pana? Czyż nie jest raczej ten post, który wybieram: Rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić wolno uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać? Dzielić swój chleb z głodnym, wprowadzić w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziać i nie odwrócić się od współziomków? Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pana iść będzie za tobą. Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On rzecze: «Oto jestem»".

W Izraelu zwiększano liczbę dni postnych w celu uproszenia Boga o miłosierdzie. Praktykowano go także wtedy, kiedy wspominano zburzenie Jerozolimy. Kiedy Żydzi wrócili z niewoli babilońskiej post zaczął odgrywać coraz większe znaczenie w ich pobożności. Był on znakiem ich głębokiego przywiązania do Boga.

Gdy Bóg nie odpowiada na umartwienia swojego Ludu, zostaje przez nich oskarżony o obojętność. Żydzi nie widzą swojej przewrotności. Bogu nie podoba się post, który jest wyłącznie praktyką zewnętrzną, jedynie formalną, oderwaną od codziennego życia człowieka. Rzeczywisty post powinien łączyć się z aktami miłosierdzia i miłości bliźniego. Kiedy w taki sposób przeżywamy post, doświadczamy Bożego błogosławieństwa.

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++
a także:

>Zaprzeć „siebie”?

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

9. Droga Krzyżowa z Matką Bożą z La Salette

Modlitwa wstępna.

O Jezu i Boże mój, bądź miłościw mnie grzesznemu. Oto biorę Krzyż Twój na ramiona moje. Za Tobą, o Najmilszy Panie, iść pragnę. Dla Miłości Najświętszej
i Najboleśniejszej Matki Twojej przyjmij mnie, proszę, o mój Jezu, do udziału w Twej Drodze Krzyżowej.
Ofiaruję Ci tę drogę moją krzyżową w zjednoczeniu z Twoją własną, o Najboleśniejszy Jezu, przez ręce Matki Twej zbolałej, na intencję Tobie wiadomą. Zasługę stąd uzyskaną ofiaruję wedle upodobania Twego Boskiego Serca. Zaś wszystkie odpusty, które uzyskać pragnę, ofiaruję za dusze w czyśćcu cierpiące...(a szczególnie za duszę...)

O Maryjo, idę z Tobą za Jezusem. Pójdźcie ze mną Aniołowie i wszyscy Święci Pańscy, abyście żarliwością Waszą, oziębłość moją wynagradzali.

Stacja 1: Pan Jezus skazany na śmierć

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie,
Żeś przez Krzyż i Mękę Swoją świat odkupić raczył.

Niesłuszny i straszny wyrok wydał Piłat na Jezusa; taki sam wyrok powtarza grzesznik, dopuszczający się zniewagi Majestatu Bożego... Ach! czy i ja nie jestem tym nieszczęśnikiem... kiedy popełniłem grzech ciężki domagałem się jawnie i rzeczywiście śmierci mego Dobrego Boga... moje grzechy były też przyczyną obfitych łez naszej Matki w Jej cudownym Objawieniu.

O mój Jezu! Twoja Miłość jest niezmierna i Twoje Serce jest w każdej chwili gotowe do obsypania nas Swymi dobrodziejstwami: racz więc mi dać prawdziwy żal za grzechy. Ty zaś, Matko Miłościwa, wyjednaj mi łzy szczerej pokuty, abym mógł opłakiwać wraz z Tobą ciężkie grzechy moje. Amen.

Ojcze nasz...
Zdrowaś Maryjo...
Chwała Ojcu...
Któryś za nas cierpiał Rany...


Stacja 2: Pan Jezus bierze Krzyż na swoje ramiona

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie,
Żeś przez Krzyż i Mękę Swoją świat odkupić raczył.

Krzyż Zbawiciela jest ciężki i bolesny, lecz mnóstwo naszych grzechów przytłacza Najświętsze Serce Jego ciężarem tysiąckroć boleśniejszym. Ten ciężar grzechów moich obciąża Jego karzącą rękę i ściska boleśnie Serce mej tkliwej Matki w Jej miłościwym Objawieniu.

O Jezu! Miej jeszcze litość nade mną, bym odpokutował nieprawości życia mego!
O Maryjo! O Najczulsza Matko! Powstrzymuj nadal ramię Jezusa i wyproś Twym biednym dzieciom czas do czynienia prawdziwej pokuty. Amen.

Ojcze nasz...
Zdrowaś Maryjo...
Chwała Ojcu...
Któryś za nas cierpiał Rany...

Stacja 3: Pan Jezus upada po raz pierwszy

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie,
Żeś przez Krzyż i Mękę Swoją świat odkupić raczył.

Wycieńczony długą Męką i Krwi upływem, Jezus zemdlony upada pod ciężarem Krzyża... Czcigodne Jego Oblicze wala się w prochu... kopany nogami niegodziwych oprawców, popychany i powrozami targany, Boski Zbawiciel wstaje, cały Krwią zbroczony.

Patrz, duszo moja, ile grzech jeden Jezusa kosztuje, a najbardziej te bluźnierstwa na Kościół, na wiarę świętą, na kapłanów Chrystusa, nad czym tak żałośnie ubolewa Maryja na Saletyńskiej Górze.

O Jezu, Królu wiecznej chwały! Bądź uwielbiony po wszystkie czasy, za tyle zniewag i niewdzięczności!
O Maryjo! Wspomóż, proszę... aby od dzisiaj życie moje było ciągłym uwielbieniem Jezusa Chrystusa przez wierne zachowywanie Jego świętych przykazań. Amen.

Ojcze nasz...
Zdrowaś Maryjo...
Chwała Ojcu...
Któryś za nas cierpiał Rany...


Stacja 4: Pan Jezus spotyka Swą Matkę

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie,
Żeś przez Krzyż i Mękę Swoją świat odkupić raczył.

Ach! W jakim to stanie i na jakiej drodze spotyka Jezus Swą Matkę! Któż może pojąć ogrom Ich Boleści? Jakaż to Boleść była dla Serca Twojego, o Jezu, kiedyś spotkał Swą Matkę Najświętszą! Tyś widział całą Mękę Jej Serca. Jakżeś Ty Cierpiał nad Nią!...

Pomnij, o Jezu, na Bolesną Drogę Krzyża i na łzy Ukochanej Matki i przez Miłość ku Tej Dziewicy Niepokalanej, zmiłuj się nad nami.
Ty zaś, o Matko, nie przestawaj wstawiać się za nami, biednymi grzesznikami. Amen.

Ojcze nasz...
Zdrowaś Maryjo...
Chwała Ojcu...
Któryś za nas cierpiał Rany...


Stacja 5: Cyrenejczyk pomaga dźwigać Krzyż.Panu Jezusowi

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie,
Żeś przez Krzyż i Mękę Swoją świat odkupić raczył.

Szymon Cyrenejczyk niósł Krzyż Pana Jezusa, zmuszony przemocą.
Pan Jezus zaś powiedział: "Kto chce Mnie naśladować, niech weźmie swój krzyż i niech idzie za Mną". Niech go dźwiga, nie ze smutkiem, lecz z radością i odwagą.

Krzyżem tym są kary za grzechy: cierpienia duszy i ciała, nieszczęścia i niedostatki. Przypomina nam to Matka Najświętsza w swym miłościwym Objawieniu.

O Jezu, ja też się lękam krzyża i cierpień, ale niech się spełni Wola Twoja! Od dzisiaj przyjmę z ochotą wszystko, co Ci się na mnie zesłać spodoba. Ciebie zaś, o Maryjo, proszę: wyjednaj mi łaskę noszenia krzyża z ochotą, a nawet z wdzięcznością. Amen.

Ojcze nasz...
Zdrowaś Maryjo...
Chwała Ojcu...
Któryś za nas cierpiał Rany...

Stacja 6: Święta Weronika ociera Twarz Panu Jezusowi

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie,
Żeś przez Krzyż i Mękę Swoją świat odkupić raczył.

Pobożna ta niewiasta to piękny wzór poświęcenia się i odwagi... Nie lęka się tłumu, żołnierstwa ni oszalałej i zajadłej tłuszczy! Oby odtąd Chwała Jezusa i Maryi i Ich cześć u ludzi stały się i dla nas przedmiotem zapału, trudów i ofiar.

O mój Jezu! Proszę o Łaskę prawdziwego nawrócenia się. Niech przynajmniej łzami pokuty otrę Twarz Twoją i oczyszczę duszę moją!

O Maryjo, o Najdroższa Matko! Udziel mi tej pociechy, bym mógł, prowadzić życie świątobliwe, wynagrodzić Ci za Twoją Miłość i pocieszyć Twe Serce strapione. Amen.

Ojcze nasz...
Zdrowaś Maryjo...
Chwała Ojcu...
Któryś za nas cierpiał Rany...


Stacja 7: Pan Jezus upada pod Krzyżem po raz drugi

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie,
Żeś przez Krzyż i Mękę Swoją świat odkupić raczył.

Mój Zbawiciel znów upada! Ach! Pycha to moja i moje powtarzane grzechy rzuciły mego Zbawiciela na ziemię. Bo ileż to razy przysięgałem Mu miłość wieczną, lecz wkrótce o wszystkim zapominałem i przedkładałem grzech nad Miłość Jego Serca, wyciskając łzy boleści mojej czułej Matce!...

Miłosierdzia, Jezu mój, Miłosierdzia! Dziś me grzechy u stóp Twoich gorzko opłakuję! O Maryjo! Trzymaj mnie Twą potężną ręką, bym nie wpadł w przepaść zepsucia i nędzy. Amen.

Ojcze nasz...
Zdrowaś Maryjo...
Chwała Ojcu...
Któryś za nas cierpiał Rany...


Stacja 8: Pan Jezus pociesza niewiasty jerozolimskie

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie,
Żeś przez Krzyż i Mękę Swoją świat odkupić raczył.

Zbolały Jezus mówi do niewiast: "Nie płaczcie nade Mną, ale nad sobą i waszymi dziećmi", gdyż wielkie nieszczęścia wam grożą. Męka Pana Jezusa, cierpienia Maryi, Jej łzy wylane na nowej Kalwarii - to wszystko nas wzrusza i do płaczu pobudza, lecz płaczmy nad naszymi grzechami i grzechami całego świata, aby przez szczerą pokutę złagodzić gniew Boży.

Drogi mój Jezu! Naucz mnie nie pozostawać na niepłodnych łzach tylko, łzach naturalnego współczucia, ale daj mi, proszę. abym płakał gorzko nad sobą, aż do zmycia moich grzechów. O Maryjo, Szafarko Łask wszelkich! Racz udzielić Twemu dziecku Ducha prawdziwej pobożności; udziel Go nam, aby nas zupełnie odnowić. Amen.

Ojcze nasz...
Zdrowaś Maryjo...
Chwała Ojcu...
Któryś za nas cierpiał Rany...


Stacja 9: Pan Jezus upada upada pod Krzyżem po raz trzeci

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie,
Żeś przez Krzyż i Mękę Swoją świat odkupić raczył.

Już po raz trzeci upada mój Jezus pod ciężarem Krzyża. Moje to ciągłe popadanie w grzechy bez miary i wstydu tak Go powaliło i do ziemi przybiło. Ten złośliwy upór był powodem łez i skarg Maryi Saletyńskiej:
"Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, będę musiała puścić ramię Mego Syna. O jak długo cierpię za was, a wy to sobie lekceważycie!".

O mój Jezu, Miłości Nieskończona! Nie opuszczaj biednych grzeszników! Pomnóż, ach pomnóż Miłosierdzie Twoje! Pomnij, że jesteśmy dziełem rąk Twoich, odkupieni Krwią Twą Przenajświętszą!
O Matko, o Orędowniczko nasza, o Pojednanie nasze, nie przestawaj wstawiać się za nami. Amen.

Ojcze nasz...
Zdrowaś Maryjo...
Chwała Ojcu...
Któryś za nas cierpiał Rany...


Stacja 10: Pan Jezus z szat obnażony

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie,
Żeś przez Krzyż i Mękę Swoją świat odkupić raczył.

Drży od zimna, boleści i wstydu mój Zbawiciel... Wstyd mego Zbawiciela i męczarnie, jakie znosi, okazują całą złość tych grzechów zmysłowych, za które tak mało żałuję. Najświętsza zaś Panna w Swym Objawieniu przychodzi, aby potępić je swym skromnym odzieniem, boleścią, łzami.

O Jezu, Królu Czystości! Pal, siecz, umartwiaj i oczyść serce i zmysły moje! Spraw, proszę, aby umartwienie duszy i ciała było strażą mej niewinności. A Ty, Królowo Serc Czystych, Dziewico Niepokalana, okryj mnie, proszę,  płaszczem Twej opieki, bym odtąd stał się godnym Ciebie dzieckiem. Amen.

Ojcze nasz...
Zdrowaś Maryjo...
Chwała Ojcu...
Któryś za nas cierpiał Rany...


Stacja 11: Pan Jezus przybity do Krzyża

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie,
Żeś przez Krzyż i Mękę Swoją świat odkupić raczył.

Obnażonego Jezusa kaci rzucają na drzewo Krzyża; młotami wbijają w ręce i nogi tępe gwoździe, naciągają powrozami ręce i stopy do naznaczonych otworów... Podczas tych strasznych katuszy Maryja stoi niedaleko...

O Jezu Ukrzyżowany! Oddaję się Tobie na zawsze; chcę krzyżować moje ciało ze wszystkimi namiętnościami i oddaję Ci moją duszę z wszystkimi jej władzami.

O Maryjo, nikt temu nie zaprzeczy, że "choćbym nie wiem co czynił, nie wiem jak się modlił, nigdy nie zdołam Ci się wypłacić za trud, któregoś się dla mnie podjęła". Spraw jednak, bym Ci oddał, ile to w mojej mocy, miłość za Miłość. Amen.

Ojcze nasz...
Zdrowaś Maryjo...
Chwała Ojcu...
Któryś za nas cierpiał Rany...


Stacja 12: Pan Jezus na Krzyżu umiera...

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie,
Żeś przez Krzyż i Mękę Swoją świat odkupić raczył.

Jezus na Krzyżu umiera... Jego głowa nie ma innego wezgłowia, prócz cierniowej korony, która ją okrutnie rani. Umiera Jezus! Ale nie zostawia nas samych; Najświętsze Swe Ciało za pokarm i Maryję za Matkę nam daje. Ofiara wprawdzie dokonana, lecz Jezus znalazł sposób odnawiania jej aż do końca świata we Mszy Św.
Maryja zaś, którą nam dał za Matkę, okazuje w Swym Objawieniu, że nie przestaje Nią być na wieki.

O mój Jezu! Daj, proszę, bym zawsze z uszanowaniem uczestniczył w Ofierze Mszy Św. i zachowywał Niedziele i Święta. Ty zaś, o Matko, o Posłanniczko Jezusa, spraw, aby wszyscy ludzie usłyszeli Twój głos i aby Jezus nad wszystkimi panował duszami. Amen.

Ojcze nasz...
Zdrowaś Maryjo...
Chwała Ojcu...
Któryś za nas cierpiał Rany...


Stacja 13: Pan Jezus zdjęty z Krzyża

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie,
Żeś przez Krzyż i Mękę Swoją świat odkupić raczył.

Słodki nasz Zbawiciel, zdjęty z Krzyża, spoczywa w objęciach Swej Matki! Co za wzruszający widok... Co za Boleść Tej Matki...

O mój Jezu! Naucz mnie całować karzącą rękę Twoją, z poddaniem się Świętej Woli Twojej!
O Maryjo, Zjednoczenie dusz... wyrzuć z mego serca urazę i gniew!
Niech zamilkną przekleństwa, niezgoda i nienawiść w moim sercu, a w naszym narodzie niech zakwitnie miłość braterska i zgoda... o Maryjo, o Królowo nasza. Amen.

Ojcze nasz...
Zdrowaś Maryjo...
Chwała Ojcu...
Któryś za nas cierpiał Rany...


Stacja 14: Pan Jezus złożony do grobu...

Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie,
Żeś przez Krzyż i Mękę Swoją świat odkupić raczył.

Grób kończy nasze życie doczesne. Ta myśl przygniata nas zarazem i pociesza, gdyż wiara wskazuje nam Niebo, które otwiera się dla tych wszystkich, co idą za Jezusem aż na Kalwarię. Zmartwychwstanie Pana Jezusa daje nam rękojmię i naszego zmartwychwstania na wieki.
Najświętsza Panna, objawiająca się małym pastuszkom, w blasku i piękności nadziemskiej, utwierdza nas w tej nadziei.

O mój Jezu! Odkupicielu mój! Ja wierzę, że zmartwychwstanę w dzień ostateczny i ufam, że mnie weźmiesz do Siebie.

O Maryjo, Życie moje, Nadziejo moja! Nie opuszczaj mnie w ostatniej mej godzinie, ale przyjmij w ręce Twoje duszę biednego Twego dziecięcia i zaprowadź ją do chwały wiecznej, aby z Tobą wielbiła i kochała Jezusa na wieki wieków. Amen.

Ojcze nasz...
Zdrowaś Maryjo...
Chwała Ojcu...
Któryś za nas cierpiał Rany...


Modlitwa po ukończeniu Drogi Krzyżowej.

Własnego Syna Swego Bóg nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich ofiarował.

Módlmy się:
Prosimy Cię, Panie, spojrzyj łaskawie na zgromadzenie Twoich wiernych, za których Pan nasz Jezus Chrystus nie wzbraniał się oddać w ręce oprawców i Mękę podjąć Krzyżową, Który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg przez wszystkie wieki wieków. Amen.

-Racz sprawić, abym Cię godnie chwalił, o Maryjo, Panno Najświętsza.
-Dodaj mi męstwa przeciw nieprzyjaciołom Twoim.

Módlmy się:
Racz, Miłościwy Boże, dodać podporę naszej ułomności, abyśmy, którzy Świętej Bożej Rodzicielki pamiątkę obchodzimy, z Jej pomocą i przyczyną podźwignęli się z naszych nieprawości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

+ +
„Któryś za nas Cierpiał Rany…
Jezu Chryste… zmiłuj się nad nami…
I Ty… Któraś Współcierpiała…
Matko Bolesna…
Przyczyń się za nami…”


[link źródł.]

avatar użytkownika intix

10. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Przyszedłem wezwać do nawrócenia

Sobota, 21 lutego 2015 roku
Łukasz 5,27-32


Jezus zobaczył celnika, imieniem Lewi, siedzącego w komorze celnej. Rzekł do niego: "Pójdź za Mną". On zostawił wszystko, wstał i poszedł za Nim. Potem Lewi sprawił dla Niego wielkie przyjęcie u siebie w domu; a była spora liczba celników oraz innych, którzy zasiadali z nimi do stołu. Na to szemrali faryzeusze i uczeni ich w Piśmie i mówili do Jego uczniów: "Dlaczego jecie i pijecie z celnikami i grzesznikami?" Lecz Jezus im odpowiedział: "Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem wezwać do nawrócenia sprawiedliwych, lecz grzeszników".


Co było szczególnego w spojrzeniu Jezusa? On patrzył i patrzy z miłością. Czyż w taki sposób nie okazujemy serca? Nie trzeba było pytań ze strony celnika. W tym spojrzeniu mogły zostać wyciszone wszystkie wątpliwości, które pojawiły się w jego sercu. Na Piotra Jezus spojrzał z miłością. Nie potrafi patrzeć inaczej? Nawet wtedy, kiedy z gniewem wyrzucał kupczących ze świątyni; gdy szukał zrozumienia w oczach zgromadzonych w synagodze, że człowieka z uschłą ręką można uzdrowić także w szabat, jego spojrzenie docierało do ludzkiego serca pragnąc wydobyć z niego najszlachetniejsze z poruszeń.

Jezus wzywa spojrzeniem, zachęca do powstania, do zmiany życia, do opamiętania się. Przypomina nam, że Bóg na nas patrzy…. z miłością. Nie podgląda, nie śledzi, nie czyha na ludzkie potknięcia czy upadki, aby karcić i karać. Pozwalamy się prowadzić Jego spojrzeniu. Wyraża ono czuwanie i troskę dobrej matki i dobrego ojca. Za jego spojrzeniem postępuje serce. Gdy serce boli, oczy patrzą ze zrozumieniem, troską, ufnością, miłosierdziem, błogosławieniem. Oczy Boga są takie, jakie jest Jego serce, nieustannie szukające.

Lewi był „zanurzony” w liczeniu pieniędzy. Zajmował się tym, co doczesne. Nadmierna troska o to, co „teraz” może wyciszyć w człowieku pragnienie życia wiecznego. Zawsze jest dobry czas na przebudzenie się, na zmianę sposobu życia. Słowa „Pójdź za Mną”, są jakby aktem powtórnego stwarzania człowieka po odnalezieniu go przez Chrystusa. Celnik nie byłby zdolny odnaleźć Pana i pójść za Nim. Inicjatywa zmiany życia jest zawsze propozycją Jezusa. To On wychodzi naprzeciw budząc w człowieku pragnienia, którym nie można się oprzeć.

Celnik wszystko pozostawia. Jakby w jednej chwili było mu dane zrozumienie, gdzie jest głębia, której pragnął, gdzie prawdziwe bogactwo umożliwiające odczuwanie pełnej wolności serca i ducha. Konieczne staje się pozostawienie wszystkiego. Bóg daje więcej niż oczekujemy, udziela więcej niż pragniemy.

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++
a także:

>Tylu chorych Go potrzebuje !

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

11. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Jezus kuszony przez szatana

Niedziela, 22 lutego 2015 roku
I Niedziela Wielkiego Postu
Marek 1,12-15

Duch wyprowadził Jezusa na pustynię. Czterdzieści dni przebywał na pustyni, kuszony przez szatana. Żył tam wśród zwierząt, aniołowie zaś Mu usługiwali. Po uwięzieniu Jana przyszedł Jezus do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: "Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię".


Powszechnie wierzono, że szatan ma upodobanie w takich miejscach jak łaźnie, cmentarze i pustynie. Jezus toczy walkę z szatanem na jego własnym terytorium. Jest poddawany ciężkiej próbie. Walczy i zwycięża. Odpiera jego ataki przed rozpoczęciem ważnej misji. Tam gdzie misja dobra, tam pojawia się propozycja pójścia inną drogą, czyli pokusa. Nie ma zwycięstw, bez walki. Nie istnieje życie duchowe człowieka bez jego zmagań z własną cielesnością, z szatanem i propozycjami przychodzącymi od świata.

Na początku każdego dobra, jakie zamierzamy uczynić, mogą pojawić się pokusy, myśli przeniknięte wątpliwościami, poczuciem winy i świadomość własnego nie dorastania. Jezus wbrew temu wszystkiemu, co Go czeka, "zaraz" pozwala się prowadzić Duchowi Świętemu na pustynię. Nie zwleka, nie odkłada na później. Wie, co powinien uczynić w czasie, jaki wyznaczył Mu Ojciec. Najważniejsza jest wola Ojca, jej wypełnienie. Kuszenie nie musi nas osłabiać, lecz może nas wzmacniać, przynaglać, być szczególną formą zachęty do czynienia dobra.

Kuszenie Jezusa i czas próby trwał przez czterdzieści dni. Pustynia jest miejscem wypalonym przez słońce, obszarem niebezpiecznym. Wchodząc w doświadczenie pustyni, wchodzimy w doświadczenie śmierci. Szatan jest duchem wypalonym, pozbawionym miłości. Szatan jest zwiastunem duchowej śmierci, zwiastunem buntu. Na tak zniszczonym obszarze, Jezus "zapuszcza" nowe życie. Nie ma takiego miejsca w człowieku, opanowanego przez grzech i pokusy, zależność od złego, w którego Jezus nie mógłby uczynić "ziemią urodzajną".

Gdy jesteśmy kuszeni, Jezus przeżywa ten dramat razem z nami. Potrzebna jest nam z jednej strony wola czynienia tego, czego pragnie Bóg, z drugiej zaś, obrzydzenie, złość, wstręt do grzechu. Gdy czegoś nam brakuje, okazujemy swój sprzeciw. Jeśli tracimy to, bez czego nie wyobrażamy sobie życia, przychodzi rozczarowanie i złość. Nie należy podążać drogami tych emocji i namiętności. Refleksja nad nimi powoduje przylgnięcie do nich, a przez to, znajdowanie w nich upodobania. Droga pokusy jest prosta: myśl, rozważanie jej, znalezienie tego, co zaciekawi (pokusa prowadząca do grzechu rozbudza w nas ciekawość), pobudzi, ekscytuje, podnieci. Pokusa pokazuje, że pewne obszerny nie są nam jeszcze znane, a warto je poznać. Uświadamia nam, że jeśli tego, co ona proponuje nie przeżyjemy, będziemy ubożsi i niepełni w naszym człowieczeństwie ("Wszystko jest przecież dla ludzi").

Nawrócenie jest przemianą myślenia i przeżywania, wartościowania i interpretacji wydarzeń. Jest ono dążeniem do poznania prawdy i trwania w niej. Mówi ono o powrocie do tego, co słuszne i sprawiedliwe przed Bogiem. Nawrócić się, to odkryć swoje biedy duchowe i moralne i oddać je Bogu, a przez nie samego siebie. Jest to dążenie od niewiary do uwierzenia; od życia tylko dla siebie, do życia z myślą o dobru innych; od postawy nieufności do bezgranicznego zaufania Bogu, który wie, co dla nas najlepsze. Nawrócenie oznacza zgodę człowieka na to, aby Bóg sam był jego przewodnikiem.

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++

Bóg zapłać...

avatar użytkownika Maryla

12. Przywrócić blask pokorze

Chrzest Jezusa w Jordanie i kuszenie na pustyni – dwa wydarzenia, pozostające jakby na dwóch biegunach rzeczywistości, są w bliskim związku ze sobą. Wspólnym mianownikiem obu jest zasadniczy fakt: Syn Boży staje po stronie człowieka. Wchodzi w jego duchowy rozdźwięk, grzeszną sytuację (choć sam jest bez grzechu). Rozpoczyna się to, co później św. Paweł wyrazi w słowach: „Bóg dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu, abyśmy się stali w Nim sprawiedliwością Bożą” (2 Kor 5,21). Miłość Boża dopełni się na krzyżu. Przez wieki powstały całe tomy opracowań na temat pustyni: jej oczyszczającej siły, miejsca odkrywania relacji z Bogiem, zmagania się z grzechem, ukrytymi lękami i słabościami, niewiarą. Prowokuje ona do szukania odpowiedzi na pytania, których na co dzień nie słychać. Tutaj brzmią „dzikie głosy” – odzywa się uśpione dotąd sumienie, obnażony zostaje grzech. Wielki Post ma w sobie coś z pustyni. Jezus zaprasza nas, abyśmy wyrwali się z naszych partykularyzmów i egoizmu, proponuje wejście w ściślejszą relację z Nim. Nawołuje do przywrócenia na nowo blasku pokorze. Tam, gdzie jej zabraknie, zaczyna się destrukcja i chaos. Mk 1,12-15

http://www.naszdziennik.pl/wiara-kosciol-w-polsce/129805,ewangelia.html

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika intix

14. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Sprawiedliwi pójdą do życia wiecznego

Poniedziałek, 23 lutego 2015 roku
Mateusz 25,31-46

Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych ludzi od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: "Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie". Wówczas zapytają sprawiedliwi: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?" A Król im odpowie: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili". Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: "Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie." Wówczas zapytają i ci: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?" Wtedy odpowie im: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili". I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego".


W dzisiejszej Ewangelii pojawia się pytanie o to, komu służymy, za kim, za czym idziemy, komu oddajemy swoje serce. Warto oddać się temu, co wynosi nas ku niebu, a nie temu, co ściąga ku ziemi. Ewangelia mówi o ludziach dobrze i źle żyjących, o Sądzie Ostatecznym i o miłości bliźniego.

Życie trzeba traktować bardzo poważnie i być świadomym konieczności podejmowania odpowiedzialnych wyborów. To, co teraz robimy, ma znaczenie nie tylko w tym życiu, ale i w przyszłym. Bóg rozciąga przed człowiekiem dwie drogi: jedna prowadzi do życia, czyli nieba, a druga jest drogą śmierci, prowadzącą do piekła. Każdy nasz wybór, każda decyzja, każde pominięcie dobra jest poruszaniem się po jednej z tych dróg. Stąd zasada: „Cokolwiek czynisz, czyń dobrze i wypatruj końca”.

Co możemy przeżyć, kiedy staniemy na Sądzie Bożym? Zaskoczenie, zdziwienie. Okazuje się, że zaskoczeni są zarówno ci, którzy weszli do królestwa Bożego, jak i ci, którzy zostali potępieni. Kto wejdzie do królestwa Bożego? Ten, kto okazuje miłosierdzie. Czyniący miłosierdzie często nie są świadomi, że poruszają się po drodze prowadzącej do nieba. Czynią, bo tak trzeba, ponieważ staje przed nimi człowiek potrzebujący wsparcia.

Kim są potępieni? Oni zapewne znają Jezusa i przeżywają zaskoczenie jego wyrokiem. Wiele czynili dla Pana, lecz nie mieli na uwadze tych, którzy potrzebowali miłosierdzia. Stawiają pytania, w których wyczuwamy rozczarowanie, wyrzut skierowany w stronę Boga.

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++
a także:

Wynik sądu jest przewidywalny… (Mt 25,31-46)

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

16. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Ojcze nasz

Wtorek, 24 lutego 2015 roku
Mateusz 6,7-15

Jezus powiedział do swoich uczniów: "Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani. Nie bądźcie podobni do nich. Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie. Wy zatem tak się módlcie: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie: święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj; i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom; i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie, ale nas zbaw ode złego”. Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień".


Modlić się, to nie wypowiadać wiele słów. Modlitwa jest trwaniem przed Bogiem, wpatrywaniem się w wydarzenia biblijne, nasłuchiwaniem Boga, przeżywaniem tego, co mówi, odpowiadaniem sercem, przyzwoleniem na zmianę moich myśli i uczuć (serca), zgodą na to, aby były we mnie pragnienia Boga, a nie moje; Jego wola, a nie moja. Modlitwa, zanim stanie się odpowiadaniem Bogu, winna być przede wszystkim słuchaniem Jego. W słuchaniu jest siła do wypełnienia, do udzielenia odpowiedzi. Kiedy odpowiadam Bogu, wtedy Go kocham. Odpowiadać, to być wrażliwym na to, co usłyszałem, a co we mnie nie stało się sprawą obojętną.

Bóg chce, byśmy mówili do Niego „Ojcze”. Wtedy usłyszymy „Synu”, „Moje dziecko”. Mówiąc do Boga „jesteś w niebie”, nie tylko przyjmuję prawdę o tym, gdzie Bóg jest, ale też, gdzie ja zdążam. Idę do nieba, bo tam jest mój Ojciec. Modląc się, odczuwam radość mówiąc mojemu Bogu „Ojcze”.

Co znaczy „święć się imię Twoje”? Niech imię mojego Ojca będzie znane i kochane. Niech to imię będzie wypowiadane w chwilach radości i smutku, spełnienia i porażki. Cokolwiek by się nie działo z moim życiem, „święć się imię Twoje”. Kocham Twoje imię, a to oznacza, że kocham Ciebie, Ojcze.

Mówiąc, „przyjdź królestwo Twoje”, spodziewam się tego spełnienia, tej głębi, którą jedynie Ty możesz nam dać. „Przyjdź królestwo”, jest tym samym, co „przyjdź Ty, Panie”. Przychodząc w swoim Słowie, przychodząc w Komunii świętej, przychodzisz TY, Jezu, przychodzi Twoje Królestwo. Jaka radość pojawia się w sercu, kiedy myślę o Twoim przyjściu. Nic tak nie cieszy, nikt i nic nie wprowadza serca w głęboką tęsknotę, jak oczekiwanie na Ciebie.

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++

Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

18. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Jonasz był znakiem

Środa, 25 lutego 2015 roku
Łukasz 11,29-32


A gdy tłumy się gromadziły, zaczął mówić: To plemię jest plemieniem przewrotnym. Żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza. Jak bowiem Jonasz był znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia. Królowa z Południa powstanie na sądzie przeciw ludziom tego plemienia i potępi ich; ponieważ ona przybyła z krańców ziemi słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś więcej niż Salomon. Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je; ponieważ oni dzięki nawoływaniu Jonasza się nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz.


Rozmowa faryzeuszy z Jezusem doprowadziła do odkrycia ich niedowierzania, a tym samym przewrotności. Stąd domaganie się znaku od Niego. Mówiąc o „Znaku Jonasza” Chrystus skłania Żydów, aby wsłuchali się w Jego częste nawoływanie do pokuty. Oczekiwanie na cud jest próbą pójścia na skróty, w uznaniu prawdziwości nauki Jezusowej. Poznanie Prawdy, która wyzwala, czyli zbawia, dokonuje się na drodze pokuty i nawrócenia. „Znak Jonasza”, to nic innego, jak świadectwo o Chrystusowym zmartwychwstaniu. Pokuta i wewnętrzna przemiana człowieka otwiera jego serce na przyjęcie światła rozjaśniającego to, co mówi Jezus. Rozumiemy słowa Pana nie tylko umysłem, lecz i przemienionym sercem.

Domaganie się znaku, było dążeniem do poznania Prawdy, według ludzkiego planu. Tymczasem Jezus przyszedł na ziemię, aby wypełnić wolę Ojca i Jego plan zbawienia. Daje odczuć Żydom, że nie zamierza tego porządku zmieniać. Znak, który On by uczynił, nic nie powie, na nic nie wskaże, jeśli człowiek nie uwierzy Jego słowu. Spodziewanie się czegoś więcej od Jezusa, niż Słowa, było wystawianiem na próbę. Okazuje się jednak, że propozycja drogi pokuty i nawrócenia, stała się znakiem sprawdzającym zamiary Żydów wobec Nauczyciela z Nazaretu. Jako ludzie przewrotni nie przychodzili do Niego po to, aby poznać prawdę, uczyć się jej, kontemplować jej piękno, uznać moc oddziaływania w sercach współziomków, lecz szukali wszelkich możliwych sposobów, aby Jezus w realizacji Swojej misji, poruszał się według ich koncepcji. To było ewidentnym kuszeniem na podobieństwo tego, które jest zapisane w Ewangelii wg Św. Mateusza 4, 1-11. W oczekiwaniu „przewrotnego plemienia” Chrystus dostrzega lekceważenie a nawet pogardę dla tego, który jest kimś „więcej niż Salomon”, kimś „więcej niż Jonasz”. Lekceważący Słowo Jezusa, sami przed sobą, uporem serca, zamknęli drogę prowadzącą do przyjęcia „znaku Jonasza”.

Znaki są dla człowieka, który uwierzył Słowu. „Niech ci się stanie, jak uwierzyłeś”. One potwierdzają przyjęte Słowo. „Według wiary twojej, niech ci się stanie, jak chcesz”. Przyjęcie Słowa, jest aktem wiary człowieka. To jest znak, iż Bóg działa w nim, a on pozwala się prowadzić Jego Słowu. Znakiem podstawowym w naszej wierze w Jezusa, są Sakramenty Święte, a wśród nich szczególne miejsce zajmuje Słowo Boże i Eucharystia. Słowo Jezusa przygotowuje nas do przeżywania Bezkrwawej Ofiary naszego Pana i Zbawcy.

Dlaczego żaden znak? Być może dlatego, że sami już widzieli znaki, które Jezus czynił, a i tak nie uwierzyli w Niego. Słyszeli od innych, co uczynił, i też tego nie przyjęli. Byli zamknięci. „Nie skorzy do uwierzenia we wszystko, co przepowiadali prorocy”. Przed chwilą Jezus nakarmił około czterech tysięcy ludzi. Im to nic nie mówi.

Pan zostawia ich. Do nich odnoszą się słowa, które Chrystus w bardzo ostrej formie kieruje do swoich uczniów: „Macie oczy, a nie widzicie; macie uszy, a nie słyszycie”. Można patrzeć na czyny Jezusa i nie poznawać Boga; można słuchać tego, co mówi, a nie chcieć tego przyjąć.

Otępiałość serca, nieczułość, niewrażliwość, upór, sprzeciw, niechęć, nie proszenie o pomoc, brak szukania prawdy, chora świadomość: ktoś nie wie lepiej ode mnie, niczego nowego mi nie powie.

Faryzeusze zostawili Jezusa przez wystawienie Go na próbę, oraz przez domaganie się znaku. Nie byli z Nim po tej samej stronie, na tym samym brzegu. Oczekiwanie na znak wskazuje na to, że człowiek nie zdąża w tym samym kierunku, w którym podąża Chrystus.

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++

Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

20. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Umiecie dawać dobre dary

Czwartek, 26 lutego 2015 roku
Mateusz 7,7-12


Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Gdy którego z was syn prosi o chleb, czy jest taki, który poda mu kamień? Albo gdy prosi o rybę, czy poda mu węża? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą. Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy.


"Proście, a będzie wam dane". Nie przestawajcie prosić, a będzie wam dane; nie przestawajcie szukać, a znajdziecie; nie przestawajcie pukać, a drzwi będą przed wami otwarte. Jest w tym wołanie o wytrwałość, nie poddawanie się, nie poprzestawanie na jednym akcie, jednym słowie, jednym geście. Jezus chce byśmy Go nękali prośbami. On chce dawać, lecz my nie prosząc wytrwale, nie otwieramy wystarczająco serca na przyjęcie daru. Prośba poszerza wrażliwość serca na przyjęcie i rozumienie Jezusa i Jego łaski. Wytrwałe proszenie jest dorastaniem, dojrzewaniem do przyjęcia tego, co Bóg da. Przez proszenie przygotowujemy się na Jego wolę, rozstrzygnięcie, pomysł.

Nawoływanie do pukania jest wezwaniem, aby pękło w sercu to, co nasze, co już zaplanowane, przewidziane "po ludzku". Rzeczywistość ta przez pukanie powinna pęknąć, aby otworzyć się na przyjęcie myślenia "po Bożemu".

Wezwanie do szukania łączy się przede wszystkim z poznaniem prawdy o sobie. Przez szukanie i poznanie Boga, poznajemy siebie samych. Nasze szukanie winno być odkrywaniem tego, co jest sprawiedliwością i miłosierdziem przed Bogiem. Szukanie sprawiedliwości umożliwia odkrycie własnej grzeszności. W szukaniu zatem nie chodzi najpierw o to, byśmy odkryli, co Bóg nam chce dać, lecz poznali, co jest w nas przeszkodą do przyjęcia jego daru. Nasza niesprawiedliwość stawia opór Jego łasce. Spotkanie z własną niesprawiedliwością łączy się z umiejętnością znalezienia i przyjęcia tego, co jest Bożą sprawiedliwością.

Nasza prośba powinna zawierać wołanie: "Abym poznając Ciebie, poznał siebie". Szukanie Boga jest złączone z odkrywaniem naszego człowieczeństwa w Nim. Dlaczego w Nim? Ponieważ poza Nim poznając siebie możemy doświadczać frustracji i rozpaczy. Patrzenie przez Jezusa na siebie umożliwia postrzeganie się w jego spojrzeniu. Patrzymy na nasze życie oczami Jego miłosiernego wejrzenia.

Nie szukamy w sobie niesprawiedliwości, grzechów, braku wierności wobec Bożego Prawa. Szukamy Jezusa, dostępu do Jego Serca. Zanurzamy się w Jego Miłości, aby przez Nią poznać swoją niewierność wobec Niego. Proszenie, szukanie, pukanie zmierza do odczucia i przeżywania we własnym sercu Miłości Boga i do radosnego przyjęcia Jego zamiarów.

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++
a także:

Proście Ojca – a otrzymacie, Mt 7,7-11

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika gość z drogi

21. Proście Ojca – a otrzymacie, Mt 7,7-11

serdeczności poranne
szczęść Boże w nowym Dniu :)

gość z drogi

avatar użytkownika intix

22. @Maryla @guantanamera @gość z drogi

Serdeczne Bóg zapłać... za wspólne Modlitwy... za wspólne rozważania... także Wszystkim, którzy tu niewidoczni...
Zapraszam... trwajmy nadal w naszej Modlitwie... w rozważaniach...

Wszystkich serdecznie pozdrawiam...
Szczęść Boże...

Załączam też kolejne spotkania rekolekcyjne:

Umrzeć z Miłości - Internetowe Rekolekcje Wielkopostne 2015, cz. 2 (video)
+++

Mleko i miód

+++

avatar użytkownika intix

24. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Najpierw idź i pojednaj się

Piątek, 27 lutego 2015 roku
Mateusz 5,20-26


Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Słyszeliście, że powiedziano przodkom: Nie zabijaj!; a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu: Raka, podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł: "Bezbożniku", podlega karze piekła ognistego. Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przez ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim! Potem przyjdź i dar swój ofiaruj! Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze, by cię przeciwnik nie podał sędziemu, a sędzia dozorcy, i aby nie wtrącono cię do więzienia. Zaprawdę, powiadam ci: nie wyjdziesz stamtąd, aż zwrócisz ostatni grosz.


Sprawiedliwy jest prawym człowiekiem. Postawa prawości jest zachowana przez tych, którzy kochają. Oni czynią to, co słuszne. Choć cierpią, to postępują sprawiedliwie, nie rozumiejąc dróg Pańskich wobec nich. Również w swoim cierpieniu dostrzegają, że Bóg czyni wobec nich to, co powinien, co jest Jego sprawiedliwością.

Doświadczanie Bożej sprawiedliwości prowadzi człowieka do nawrócenia, przemiany w myśleniu i odczuwaniu. Stajemy się sprawiedliwi przez ból serca, doznaną krzywdę, upokorzenie, jeśli poznajemy wyciągniętą i błogosławiącą nas rękę Pana. Przeżywanie niesprawiedliwości jest drogą umożliwiającą spotkanie z Bogiem, który uwalnia od pragnienia zemsty, złorzeczenia, nienawiści. Człowieka wierzącego wszystko może prowadzić do radości, również doświadczanie niesprawiedliwości, jeśli stanie się ono miejscem spotkania i przyjmowania miłości Pana. Bez miłości Jezusa pozwalamy się zniewolić namiętnościom, jakie potrafi obudzić w sercu niesprawiedliwość.

Boża sprawiedliwość budzi w naszym sercu Jego miłość, tęsknotę za bliskością z Nim, pragnienie Jego zwycięstwa nad niewolą, którą przynosi ludzka sprawiedliwość. Sprawiedliwość człowieka zamyka dostęp do Królestwa Bożego. Skupia się ona na okazaniu człowiekowi tego, co mu się należy za jego niesprawiedliwość. Sprawiedliwość Jezusa, która otwiera przed człowiekiem Królestwo Boże niesie w sobie: miłosierdzie, miłość, prawość, prawdomówność, wierność, dobroć i świętość. Do tego nawołuje Jezus przypominając, "Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego".

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++
Bóg zapłać...


avatar użytkownika intix

25. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Miłowanie źle czyniących jest doskonałością

Sobota, 28 lutego 2015 roku
Mateusz 5,43-48


Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski.


„Miłować” oznacza nie tylko powstrzymywanie się od czynienia jakiegokolwiek zła, nie czynienia krzywdy bliźniemu, ale oznacza przede wszystkim pozytywne działanie dla jego dobra. Stary Testament dopuszczał nie miłowanie nieprzyjaciela. „Nienawiść” oznacza brak miłości. „Miłujcie waszych nieprzyjaciół”. Nieprzyjaciółmi są przede wszystkim prześladowcy chrześcijan; są to „nieprzyjaciele wierzących”.

Jesteśmy powołani aby nie miłować jedynie Tych, co nas miłują. Obejmujemy miłością tych, którzy nas nie kochają, a także osoby, które występują przeciwko nam. Miłość nie jest sprawą emocji, ale polega na postawie życzliwości wyrażającej się w konkretnych czynach. Miłość nieprzyjaciół jest bezwarunkowa; nie mamy na celu ich „nawrócenia”. Miłość w jakimś celu nie jest miłością.

Miłość nieprzyjaciół buduje pomiędzy Bogiem a człowiekiem relację Ojciec – syn. „Tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie”. W momencie kiedy uznajemy, że wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga, stajemy po stronie Ojca. Ktokolwiek więc jest w stanie miłować nieprzyjaciół, okazuje się dzieckiem Bożym. „Bądźcie naśladowcami Boga jak umiłowane dzieci i postępujcie w miłości” (Ef 5,1-2). Po podobieństwie poznaje się pokrewieństwo. Bóg swoimi darami obdarza wszystkich ludzi, dobrze i źle czyniących, sprawiedliwych i niesprawiedliwych: „On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych”. Bóg miłuje jednych i drugich ludzi. Jeśli chcemy być nazwani dziećmi Boga, powinniśmy pełnić dzieła swojego Ojca.

Miłość nieprzyjaciół jest tym „więcej” w miłowaniu. To jest postawa wykraczająca poza normalne zachowania ludzi, to większa sprawiedliwość do zachowania której zachęca Jezus. Miłując nieprzyjaciół nie powinniśmy spodziewać się czegokolwiek w zamian. Taka miłość nie jest czymś zwyczajnym i naturalnym. Doświadczając łaski Boga jesteśmy wystarczająco silni, aby żyć miłością, która nie jest pochodzenia ludzkiego, lecz Bożego.

Człowiek może być nazwany „doskonałym” ze względu na swoją pobożność i posłuszeństwo Bogu. Doskonałym jest człowiek o niepodzielnym sercu, w pełni posłuszny i zachowujący przykazania. Doskonały wypełnia wszystkie nakazy Boga. Doskonałość zatem to przyjęcie w całości głoszonego przez Jezusa orędzia. Bóg jest doskonały. Oznacza to: niepodzielony, bez skazy, całkowity, pełny. Bóg jest doskonały ponieważ zwrócony jest całkowicie ku człowiekowi; daje swoje dary zarówno sprawiedliwym jak i niesprawiedliwym.

Doskonałość człowieka polega na miłości, która nie wyklucza żadnego człowieka. W pewnym stopniu człowiek kochając, powinien odznaczać się niepodzielnością, czyli pełnią. Miłość nieprzyjaciół nie jest jednym z wielu wskazań Jezusa, ale szczytem i centrum przykazań prowadzących do doskonałości (do pełni życia Bogiem i w Bogu).

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++
a także:

Miłujmy naszych nieprzyjaciół

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

26. Zgrzeszyłem czy mam prawo rozmawiać z Bogiem?

W starożytności, na pustyni egipskiej żyło wielu mnichów. Przez cały rok modlili się i pracowali – wyplatali maty, liny, kosze… Pewnego dnia dwóch z nich wybrało się do Aleksandrii, by sprzedać to, co wyprodukowali, i zakupić żywność. Zdarzyło się jednak w mieście, że skusił ich diabeł – nie wrócili od razu na pustynię, lecz trzy dni i trzy noce nurzali się w rozpuście. Gdy roztrwonili już wszystkie pieniądze, wyruszyli z powrotem. W pewnej chwili jeden z nich rzekł do drugiego: „Bracie, po co właściwie wracamy? Przecież jesteśmy potępieni? Nie ma sensu wracać do tamtego życia, jest w nas za dużo zła”. W odpowiedzi usłyszał: „Bracie, o czym ty mówisz? O co ci chodzi?”. „Jak to? Zgrzeszyliśmy, odwróciliśmy się od Boga”. Tamten odpowiedział: „Przecież przez cały ten czas modliliśmy się, pościliśmy i odwiedzaliśmy święte miejsca”. Rozstali się. Pierwszy nie wrócił do swojej pustelni. Przystał do zbójców i skończył na szubienicy. Drugi zaś wrócił na pustynię i umarł jako pobożny mnich w opinii świętości

Historia ta opowiada, co się z nami dzieje, gdy za bardzo wpatrujemy się w swoją ciemność, gdy przywiązujemy do grzechu zbyt dużą wagę. W sytuacji grzechu ciężkiego rodzi się w nas pokusa, by odwrócić się od Boga – jej praktycznym skutkiem jest zarzucenie modlitwy. Wydaje nam się, że modlitwa w takim stanie jest nieporozumieniem i fałszem. Boimy się, że nie dotrze ona do Boga, że jesteśmy zamknięci na Jego obecność. Tymczasem gdy zaczynamy się modlić, Duch Święty już do nas przyszedł! Nie bylibyśmy w stanie zwrócić się do Boga, gdyby nie było w nas Ducha Świętego. On jest zawsze pierwszy na modlitwie.

Jak się modlić, gdy ciężko zgrzeszyliśmy? Tak, jak zwykle. Celem modlitwy jest przecież zawsze stawanie przed Bogiem ze wszystkim tym, co przeżywamy. Powierzanie Mu całego naszego świata i proszenie, aby to był także Jego świat, abyśmy pełnili Jego wolę. Modlitwy nie rozpoczynamy w momencie osiągnięcia jakiegoś duchowego poziomu, z którego możemy wyruszyć w głąb duchowości, ale zaczynamy ją w takim punkcie, w jakim się znajdujemy. Jeśli jestem akurat grzesznikiem – jest to mój punkt wyjścia.

Problemem jest oczywiście fakt, że wówczas w zwracaniu się do Boga przeszkadzają nam emocje – poczucie winy, smutek, złość. Ich przeżywanie pokazuje często, że tym, co nas od Boga w grzechu oddala, bardziej chyba niż samo popełnione zło, jest egocentryzm. W sytuacji grzechu ciężkiego (a dotyczy to zwłaszcza grzechów nieczystości), weryfikuje się prawda o naszej duchowości. Czy chodzi nam o Pana Boga – o to, aby Go szukać i wielbić – czy też o nas samych, o to, aby się dobrze czuć? Czy wiara oznacza dla nas ścieżkę podążania do Boga, czy zaspokajania naszych potrzeb? Czy celem mojej wiary jest prawdziwe spotkanie z Bogiem, czy dobre samopoczucie?

Na poziomie emocjonalnym doświadczenie grzechu oznacza frustrację, odkrycie, że nie panuję nad swoim życiem, że nie jestem taki, jaki chciałbym być. Czuję się wtedy załamany, zły i wydaje mi się, że Pan Bóg jest nieważny. Dopiero gdy odbuduję dobre samopoczucie, zwracam się do Niego, wprowadzam Go w swoje życie. A na razie muszę odespać, odczekać, odreagować i tak do następnego razu, bez końca.

Człowiek nie jest w stanie zbawić się sam, nie potrafi wyrwać się z grzechu o własnych siłach. Gdyby tak było, Pan Jezus nie musiałby umierać i zmartwychwstać. Naszym powołaniem jest: nie chcieć zła i ciągle z nim walczyć, a gdy się zdarza, oddawać je Bożemu przebaczeniu w sakramencie spowiedzi. I ciągle się powierzać Panu Jezusowi w modlitwie. Prosić Go o wybawienie i wyprowadzenie z grzechu.

Ale aby nasza modlitwa miała sens, Chrystusowi trzeba powierzać wszystko, a nie tylko to, co dobre, zatrzymując rzeczy złe, z nadzieją, że same się rozwiążą. Jeżeli człowiek konsekwentnie nie powierza swojego grzechu Panu Bogu, to ten grzech go niszczy.
Tak było z Judaszem i Piotrem. Obaj zdradzili, ale Judasz pozostał sam ze swym grzechem i rozpaczą. Piotr zaś zapłakał i poprosił o przebaczenie.

Podobne rozterki dotyczą Mszy Świętej w sytuacji, gdy nie możemy przystąpić do Komunii. Wahamy się wtedy, czy przyjście do kościoła ma w ogóle sens. I tu znów problem leży w złym samopoczuciu. Zamiast pytać: „Jak Bóg na mnie patrzy?” oceniam sam siebie. To jest powtórzenie sytuacji z raju, kiedy Adam i Ewa zgrzeszyli. Gdy usłyszeli kroki Boga, ukryli się. I dopiero wtedy tak naprawdę odłączyli się od Boga. Nie w momencie grzechu, ale wówczas, gdy przestraszyli się powrotu do Boga. A On przecież nie powiedział: „Adamie, jesteś zły”, ale zapytał: „Adamie, gdzie jesteś? Gdzie jesteś, Mój umiłowany synu?”. Tak samo jest z każdym grzesznikiem. Bóg nie przychodzi z wyrzutem, tylko szuka i woła: „Dlaczego ukrywasz się przede Mną? Przecież nic się nie zmieniło, przecież dalej cię kocham – czy jesteś dobry i święty, czy grzeszysz. Moja miłość jest niezmienna”.

Człowiek chce grzechu i Pana Boga równocześnie, chce się nawrócić, ale nie do końca. Jest udręczony grzechem, ale jednocześnie zło go pociąga. Kiedy zostajemy z tym wszystkim sami, coraz bardziej się gubimy. A trzeba to po prostu ciągle oddawać Bogu w modlitwie i spowiedzi. Gdy wpatrujemy się w Boga, w Jego oczach widzimy Miłość. Tam nie ma potępienia, tam jest ratunek.

o. Jacek Krzysztofowicz OP

+++
a także:

RACHUNEK SUMIENIA codziennym przygotowaniem do Sakramentu Pokuty i Pojednania - K.Osuch SJ

+++

avatar użytkownika intix

27. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Nie odmówiłeś Mi

Niedziela, 1 marca 2015 roku
II Niedziela Wielkiego Postu
Rdz 22,1-2.9-13.15-18



Bóg wystawił Abrahama na próbę. Rzekł do niego: "Abrahamie!" A gdy on odpowiedział: "Oto jestem", powiedział: "Weź twego syna jedynego, którego miłujesz, Izaaka, idź do kraju Moria i tam złóż go w ofierze na jednym z pagórków, jaki ci wskażę". A gdy przyszedł na to miejsce, które Bóg wskazał, Abraham zbudował tam ołtarz, ułożył na nim drwa i związawszy syna swego, Izaaka, położył go na tych drwach na ołtarzu. Potem Abraham sięgnął ręką po nóż, aby zabić swego syna. Ale wtedy anioł Pana zawołał do niego z nieba i rzekł: "Abrahamie, Abrahamie!" A on rzekł: "Oto jestem". Powiedział mu: "Nie podnoś ręki na chłopca i nie czyń mu nic złego! Teraz poznałem, że boisz się Boga, bo nie odmówiłeś Mi nawet twego jedynego syna". Abraham obejrzawszy się poza siebie, spostrzegł barana uwikłanego w zaroślach. Poszedł więc, wziął barana i złożył w ofierze całopalnej zamiast swego syna. Po czym anioł Pana przemówił głośno z nieba do Abrahama po raz drugi: "Przysięgam na siebie, mówi Pan, że ponieważ uczyniłeś to i nie oszczędziłeś syna twego jedynego, będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na wybrzeżu morza; potomkowie twoi zdobędą warownie twych nieprzyjaciół. Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia na wzór twego potomstwa, dlatego, że usłuchałeś mego rozkazu".


Doświadczamy opisu dramatu wiary, która wchodzi w ciemność, która poszukuje sensu, zmaga się z tajemnicą. Abraham idzie na wzgórze próby wskazane przez Boga. Otrzymał polecenie, a potem już tylko milczenie Boga, milczenie Abrahama, milczenie syna. Tu jest obraz wiary wystawionej na niezliczone próby. Wiary, która wchodzi w konflikt nie tylko z normalną moralnością, ale także z rozumem.

Był czas na walkę między uczuciem a wiarą, między miłością Boga i miłością ciała. Abraham wspina się na górę, aby móc porzucić sprawy ziemskie i wznieść się ku temu, co wyższe. Przez całe trzy dni dusza Abrahama doświadcza cierpień. To było ogromne utrapienie ojca. Na jakiej podstawie stwierdzono, że Abraham boi się Boga? Ponieważ był zdolny do złożenia swojego syna w ofierze.

Bóg ma prawo zażądać od człowieka tego, co dla niego najcenniejsze. Ma prawo oczekiwania od nas rezygnacji z tego, co mamy najcenniejsze. Życie syna było dla ojca cenniejsze niż jego własne. Bóg wiedział, że Abraham da Mu swoje serce, czyli okaże posłuszeństwo. Gdy ofiara serca Abrahama została złożona, powstrzymał rękę ojca i pochwalił za pełne oddanie się. Za naszym posłuszeństwem Bogu idzie to, co bardzo kochamy.

Bóg nie chce, aby człowiek składał Mu w ofierze drugiego człowieka. Ofiarą miłą Bogu jest ta, z własnego życia. Bóg chce, abyśmy pokazali, że wiara w Boga silniejsza jest od uczuć ciała. On takiej ofiary oczekuje. Nie może być ona dana inaczej, jak w bojaźni Bożej. Wypełnienie woli Boga jest sposobem składania ofiary z siebie. Ciągle rezygnujemy z własnej woli, aby wypełniać Bożą.

Wiara nie polega przede wszystkim na obrzędach i modlitwach, lecz na traceniu siebie w wypełnianiu woli Boga. Od Jezusa uczymy się składania swojego życia w ofierze. Takie było życie naszego Pana od poczęcia, aż do oddania ducha na Golgocie.

Czy moje życie jest ofiarą miłą Bogu, czyli taką, której On oczekuje?

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++
a także:

ZŁAKNIENI Piękna i Przemienienia!

+++
Bóg zapłać...


avatar użytkownika intix

30. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Nie potępiajcie

Poniedziałek, 2 marca 2015 roku
Łukasz 6,36-38


Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie.


Miłosierdzie jest największym dobrem którym możemy odpowiedzieć za doświadczone zło. Rzecz nie w tym, aby myśleć przede wszystkim w kategoriach sprawiedliwości, czyli oddawania drugiemu tyle, ile mu się należy, lecz w kategoriach miłosierdzia, czyli przebaczania innym choć oni, po ludzku rzecz biorąc, na przebaczenie niczym nie zasłużyli. Miłosierdzie jest sposobem objawiania się Boga człowiekowi, ale też wezwaniem do takiego objawiania się człowieka człowiekowi. Kiedy zapominamy o miłosierdziu, zapominamy o Bogu i Jego heroicznej miłości krzyża. Przez miłosierdzie uniemożliwiamy rozlewanie się zła, rozchodzenie się na innych. Zło należy paraliżować miłosierdziem.

Konieczne jest uwolnienie się od ocen, którymi posługuje się świat. Okazywanie miłosierdzia staje się dla niektórych powodem do kpin albo postrzegania nas, jako nieudaczników, którzy nie mogą sobie poradzić z prostymi sprawami. Nie oddajemy złem za zło, złorzeczeniem za złorzeczenie, oskarżeniem za oskarżenie, nienawiścią na nienawiść. Zatrzymujemy zło na sobie nie oddając tym samym osobie, która nas krzywdzi. Czy to ma sens? Tylko w świetle Krzyża Jezusa Chrystusa, tylko wtedy, kiedy pamiętamy, że „dobrem zwyciężać zło”. Nie odnosimy zwycięstwa inaczej, jak tylko miłosierdziem.

Jest to sytuacja, której nie można wyjaśnić racjonalnie, rozumowo. Wiele chcielibyśmy zrozumieć, pojąć. W naszym życiu i wierze jest ogromny obszar na tajemnicę działania Boga. Nie wolno wielu spraw sprowadzać wyłącznie do konieczności ich rozumienia. Kiedy Jezus dostrzegł, że Jego słowa nie są przyjmowane, pozwolił przybić się do krzyża. To akt największej Miłości, Miłości miłosiernej. Bóg pociąga do siebie człowieka Miłosierdziem a nie sprawiedliwością.

Miłosierdzie wyraża się w przebaczaniu. Najwięcej w naszych sercach jest żalu, gniewu, złości, zazdrości, odczuwania skrzywdzenia. Kiedy nic z tym nie czynimy wewnętrznie dochodzimy do zniszczenia się. Przebaczanie jest drogą ludzkiego wzrastania, jest metodą Jezusa Chrystusa na skuteczne zablokowanie działającego w świecie Złego ducha. Przebaczający odczuwa rodzące się w nim „nowe życie”, czyli nowe myślenie, nowe pragnienia, nowe patrzenie na siebie oraz innych. Przebaczający, to naśladujący Boga. Przebaczający to taki człowiek, który przyczynia się do nadejścia Królestwa Bożego. Ono jest w nim, ono jest w jego miłosierdziu. Bóg jest w przebaczającym. To On odnosi zwycięstwo nad szatanem.

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++
a także:

Jestem MAŁO- czy WIELKO-duszny?

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

31. Pomoc...

Pomoc rachunku sumienia i kierownictwa duchowego w procesie rozeznawania

Św. Ignacy Loyola żył w epoce podobnej do naszej: był to czas dezorientacji wobec wielu różnych możliwości rodzących się w momencie przejścia z jednego porządku, który właśnie się zawalił, w drugi, który jeszcze nie narodził się w pełni. Można o nim powiedzieć, że był jednym z tych geniuszy, których potrzebował Kościół katolicki tamtych czasów, aby odnaleźć swoją drogę w odradzającym się świecie. Jego geniusz polegał na zrozumieniu, że Boga można znaleźć we wszystkich rzeczach, że każde ludzkie doświadczenie posiada wymiar i znaczenie religijne dla tych, którzy chcą to odkryć. Jednak geniusz Ignacego polegał nie tylko na osobistym odkryciu Boga obecnego w całej rzeczywistości, ale przede wszystkim na wskazaniu drogi i środków pomocnych do tego odkrycia. Do najważniejszych elementów tej drogi należą codzienny rachunek sumienia i kierownictwo duchowe, które mają pomóc w rozeznawaniu woli Bożej. Nie będę tu omawiał struktury rachunku sumienia czy jego przebiegu, ani też kierownictwa duchowego. Chcę jedynie wskazać, jak te elementy łączą się z rozeznawaniem duchów [1].

Rachunek sumienia

Św. Ignacy rozumiał życie duchowe jako stopniowe i coraz pełniejsze zezwolenie ze strony człowieka na prowadzenie się przez Ducha. Pracę nad coraz pełniejszym wyczulaniem własnego wnętrza na poruszenia Ducha traktował jako stopniową chrystianizację własnego sumienia. W tym procesie codzienny rachunek sumienia odgrywa zadanie fundamentalne, gdyż nie można iść na ślepo za każdym impulsem czy wezwaniem do działania lub jego zaniechania. Mówiąc językiem Biblii nie można dowierzać każdemu duchowi (por. 1J 4,1). Modlitwa, rozeznanie, badanie, itd. są postawami człowieka, odpowiadającego na działanie Boga. Poprzez rachunek sumienia człowiek oswaja się z tym światem myśli i poruszeń, które nieustannie krzyżują się i zderzają w przestrzeni jego wolności i które ciągną go w różnych, nierzadko przeciwstawnych kierunkach.

Doniosłość rachunku sumienia

Rachunek sumienia, o którym mowa, ma swoje zakorzenienie w Ćwiczeniach duchowych św. Ignacego Loyoli (zwanych rekolekcjami ingacjańskimi). Proponuje on, aby rekolektant, który oddaje się Ćwiczeniom w pełnej ich formie (ok. 30 dni!), badał swoje sumienie osiem razy dziennie: dwukrotnie przez tzw. rachunek szczegółowy, przynajmniej jeden raz w rachunku ogólnym i pięciokrotnie po każdej z medytacji. W sumie na egzaminowaniu swojego sumienia człowiek spędza prawie dwie godziny dziennie. Ukazuje to wagę, jaką przywiązywał Ignacy do tego ćwiczenia duchowego. Zdawał sobie bowiem sprawę, że każdy człowiek w ciągu dnia doświadcza różnego rodzaju poruszeń duchowych. Istnienie tych wewnętrznych poruszeń jest podstawową oznaką autentyczności życia duchowego, jego „zdrowia” i obecność tych „narzuconych” wewnętrznych stanów jest czymś normalnym w prawdziwym życiu duchowym. Dlatego to nie ich obecność, lecz raczej ich brak powinien budzić niepokój (por. CD 6) [2].  Lecz by je zauważyć trzeba zacząć się im przyglądać.

Nie wolno nam przy tym zapominać, że rachunek sumienia jest modlitwą. Dla Ignacego jest to wręcz najważniejsza forma modlitwy. Proponował ją nawet osobom mało zdolnym lub mało wyrobionym duchowo [3].  Gdyby więc „trzeba by mówić o jakimś sposobie modlitwy typowym dla Ignacego to należy mówić o rachunku sumienia rozumianym nie jako autointrospekcja, lecz jako forma modlitwy opartej na obserwacji działania Bożego [w nas], lub jako prawdziwej kontemplacji konkretnej, zamierzonej przez Boga historii (osobistej lub kolektywnej).

Ta modlitwa to tropienie Jego obecności, Jego znaków, Jego myśli, Jego dróg, Jego Słowa, czyli Jego Woli” [4].  W modlitwie tej uczymy się wytrwałego stawiania pytań i spojrzenia wewnątrz siebie. „Pytanie”, „poszukiwanie”, „spojrzenie” – to słowa, które mogą opisać to, o co w nim chodzi. Badanie sumienia posiada dla św. Ignacego funkcję obiektywizującą. Nie chodzi o skrupulatne wyliczanie grzechów, błędów czy pomyłek, aby dojść do doskonałości, która mnie usprawiedliwi i egoistycznie zadowoli mój narcyzm. Poprzez tę modlitwę otwiera się przed nami szansa wejścia w kontakt z całą otaczającą nas rzeczywistością. Rachunek sumienia sprawia bowiem, że stajemy się coraz bardziej świadomi tego, czego doświadczamy. Jednak trzeba odróżnić tę modlitwę od czystej techniki związanej z samoobserwacją. Aby mówić o wymiarze duchowym rachunku musimy stanąć w perspektywie religijnej.

Trzy rodzaje myśli

Przedmiotem badania w trakcie rachunku sumienia powinny być „nasze” myśli i uczucia. Piszę „nasze” w cudzysłowie, gdyż choć pojawiają się w nas, nie zawsze my sami jesteśmy ich inicjatorami. Św. Ignacy tak to przedstawia: „Z góry przyjmuje się, że są we mnie trzy [rodzaje] myśli, a mianowicie jedna myśl moja, tj. powstająca z mojej tylko wolności i woli, dwie zaś inne przychodzą do mnie z zewnątrz, jedna od ducha dobrego, druga od ducha złego” (CD 32). Jest to podstawowe rozróżnienie źródeł myśli i uczuć, których doświadcza każdy człowiek. Tylko jedno z nich jest związane z naszą wolnością, naszym „chcę” i „pragnę”. Pozostałe dwie przychodzą z zewnątrz, a człowiek staje się niejako głośnikiem lub ustami tych myśli i czuć. Dlatego tak wielkie znaczenie posiada rozpoznawanie ich: skąd pochodzą i dokąd chcą mnie zaprowadzić.

Wiemy z własnego doświadczenia, że te myśli raz przyciągają, nakłaniają, zapraszają do pójścia w określonym kierunku, innym razem produkują odrzucenie, zniechęcenie. Temu przyciąganiu i odpychaniu będą towarzyszyły inne znaki: jedne rozpalają, jednoczą, rozjaśniają, uspokajają…; inne przeciwnie: wystudzają, przynoszą poczucie samotności, niepokoju, ciemności… (por. CD 316-317). W wymiarze religijnym psychologiczne pochodzenie myśli przychodzących z zewnątrz nie ma szczególnego znaczenia. Liczy się bardziej to, ile mają w sobie z Boga a ile z nie-Boga. Stąd trzeba je badać sprawdzając ich kierunek w relacji do Boga: prowadzą mnie „do” czy „od” Niego.

Kierownictwo

Zostawmy na chwilę rachunek sumienia by przejść do drugiego elementu drogi pomocnej do odnajdywania obecności Boga w naszym życiu.

Jeśli św. Ignacy kładzie tak duży nacisk na osobiste rozeznawanie Bożych natchnień to dlatego, że jest on przekonany, że Bóg zamieszkuje w każdym człowieku i komunikuje się z nim w sposób bezpośredni, a nie jedynie przy współudziale pośredników. Tak na przykład w trakcie rekolekcji poleca prowadzącemu je aby pozwolił „Stwórcy działać bezpośrednio ze Swoim stworzeniem, a stworzeniu ze swoim Stwórcą i Panem…” tak, aby „sam Stwórca i Pan udzielał się duszy Sobie oddanej i ogarniał ją ku Swej Miłości i chwale” (CD 15). Problem polega jednak na tym, że nie zawsze jesteśmy pewni, iż otrzymane natchnienie pochodzi od Boga.

Stwierdzenie, że Bóg komunikuje się bezpośrednio z człowiekiem, nie jest równoważne ze stwierdzeniem, że ta bezpośredniość jest zawsze gwarantowana, oczywista, lub że jest niezakłócona w odbiorze. Można to porównać do fali radiowej, która – na skutek różnych czynników – nie zawsze jest dobrze odbierana. Podobnie jest z życiem duchowym. Nikt nam nie obiecywał, że odbiór Bożej fali będzie przebiegał bez zakłóceń. Stąd trzeba uczyć się „dostrajać” do tej fali. Czasem trzeba wzmocnić słaby sygnał, albo wręcz poszukać dodatkowego aparatu zewnętrznego, który pozwoli na jej lepszy odbiór. To wszystko właśnie jest zadaniem rozeznawania w kierownictwie duchowym.

Przez kierownictwo duchowe rozumiem tu pomoc, której udziela jeden chrześcijanin drugiemu w procesie dojrzewania jego życia duchowego [5].  Ta pomoc jest ściśle związana z nauką rozeznania duchów, gdyż pierwszym i podstawowym zadaniem kierownika duchowego wobec osoby, której towarzyszy, jest nauczenie jej rozeznawania. Dokonuje się to przede wszystkim poprzez zwrócenie uwagi na istnienie i działanie różnorodnych poruszeń duchowych, określonych stanów ducha, tendencji, pragnień, pokus, itd. Oczywiście nie chodzi o to by kierownik duchowy robił wykład teologiczny na ten temat, lecz by uwrażliwiał na to osobę, która mu się powierza. W miarę jak będzie ona doświadczać tych poruszeń i zacznie je zauważać kierownik będzie pomagał w ich nazwaniu i przeanalizowaniu, czyli rozeznaniu. „Zauważyć-nazwać-rozeznać” – to są elementy, których kierownik powinien uczyć stopniowo daną osobę.

Często ten, kto prosi o kierownictwo, spodziewa się, że to kierownik będzie rozeznawał i podejmował za niego decyzje, że będzie kierował jego działaniami dyktując, co ma robić. Tymczasem wszelkie decyzje powzięte przy pomocy i współudziale kierownika, mają być decyzjami osobistymi, to znaczy podjętymi przez osobę, która przystępuje do procesu poszukiwania i rozeznania. Stąd też rozeznanie, jakiego dokonuje kierownik, jest podejmowane nie jako zastępujące wysiłek i decyzję powierzonej mu osoby, czy też jako narzucane w sposób autorytatywny, lecz jako działanie zmierzające do podtrzymania i prowadzenia rozeznania drugiej osoby. To znaczy, kierownik duchowy ukierunkowuje i podtrzymuje w tym poszukiwaniu Boga. Jednak nigdy nie rozeznaje za daną osobę. W wymiarze czysto ludzkim dodaje też pewności w doświadczeniu wewnętrznego pokoju potrzebnego do rozeznania. Jednak ten typ pewności nie jest pewnością autorytarną. Kierownictwo duchowe nie może i nie powinno tworzyć pewności tego typu, gdyż rozeznanie duchowe, także to połączone z kierownictwem, nie ma bezpośredniego wglądu w przyszłość. W tym sensie nie jest profetyczne.

Warto również pamiętać, że w każdym konkretnym rozeznaniu nie można wykluczyć elementu ryzyka i pomyłki. Nie jest to jednak ryzyko hazardu, ale ryzyko nadziei. Rozeznawać nie oznacza bowiem układać sobie przyszłość tak, jakbyśmy byli jej pewni. Dlatego przy każdym wyborze pojawia się element ryzyka. Ostatecznie ryzyko powinno być podejmowane przy jednoczesnej ufności, że Bóg nie pozwoli nigdy na coś, co ostatecznie nie byłoby dla nas dobre. Zarówno z wielkimi wyborami naszego życia jak i tymi drobnymi związany jest akt zawierzenia. Nie dlatego wybieram, że matematycznie mam 100% pewność i jestem prorokiem swej przyszłości, lecz dlatego, że wierzę, iż mój los leży w rękach Boga, i jeżeli ze swej strony uczciwie starałem się rozpoznawać sytuację, mogę podejmować działanie ze spokojem i satysfakcją [6].

Trzeba też jasno powiedzieć, że rozeznawanie w ramach kierownictwa duchowego o tyle ma sens, o ile jest ono podejmowane w codziennym rachunku sumienia. To znaczy rozeznanie w kierownictwie powinno być szczególnym momentem rozeznania podejmowanego każdego dnia. Kierownictwo duchowe ma za zadanie nie tyle pomóc w rozwiązaniu konkretnych trudności, z jakimi ktoś przychodzi do kierownika, co wesprzeć w procesie podejmowania stałego rozeznawania. Jest to prawdziwe do tego stopnia, że gdy kierownik nie dostrzega w danej osobie wzrostu zdolności rozeznawania, musi postawić sobie pytanie o sensowność kontynuacji kierownictwa.

Rozeznanie duchowe

Zazwyczaj rozumiemy rozeznawanie jako poszukiwanie Woli Bożej, np. za pomocą znaków czasu czy konkretnych racji „za” lub „przeciw” podjęciu określonej decyzji. Pragniemy trafnie rozeznawać i dokonywać dobrych wyborów. I to jest ważne. Ale najważniejsze w rozeznawaniu jest nie tyle sama decyzja, co wsłuchiwanie się w głos przemawiającego do nas Boga. Konkretny wybór to tylko wymierny owoc tego nasłuchiwania Bożego głosu. Jezus wspomina o tym, kiedy stwierdza, że Jego owce znają Go i „słuchają Jego głosu; woła on swoje owce po imieniu i wyprowadza je” (J 10,3).

Mówiąc o rozeznaniu św. Ignacy twierdzi, że chodzi o rozróżnienie działania Boga i „nieprzyjaciela natury ludzkiej” (CD 10; 325). Owym nieprzyjacielem jest ten, który posługuje się śmiercią i kłamstwem. Będzie on próbował przedstawić je człowiekowi jako prawdę i życie (wystarczy przypomnieć sobie kuszeni Ewy w raju). Doświadczenie wykazuje, że oddalanie się od Boga albo szukanie Go i zbliżanie się do Niego pozostawia w nas skutki w formie poruszeń wewnętrznych zwanych pocieszeniem lub strapieniem. Człowiek poprzez doświadczenie zna lub przeczuwa obecność zarówno Boga jak i nieprzyjaciela. Doświadcza tego w sobie i w pewnym sensie „wie”, kiedy spotyka życie a kiedy śmierć. To doświadczenie jest jak echo-sonda, która, w zależności od odbieranej fali, może wykazać, co napotyka na swojej drodze, od kogo i dokąd pochodzą napotykane impulsy.

W tym sensie rozeznawać to odkrywać Boga a demaskować nieprzyjaciela we wszystkich działaniach naszego życia podejmując odpowiednie kroki zgodne z tym, co zaobserwujemy. Chodzi o to, by odkryć, którędy i jak przychodzi do nas życie, a jak śmierć, by w zależności od tego podejmować odpowiednie działanie. Jednak ta echo-sonda jest urządzeniem wymagającym regularnego nasłuchiwania. Nie można jej wyciągać z lamusa jedynie w wyjątkowych przypadkach. Niezbędne jest tu systematyczne skanowanie powierzchni naszego wnętrza by odkrywać różnicę między życiem i śmiercią. Jeżeli zrozumiemy, że rozeznawanie w ostateczności nie jest niczym innym jak tylko zdolnością do uchwycenia i uznania tych różnic, wtedy docenimy zarówno jego prostotę, jak i wartość. Dostrzeżemy również, że rola kierowników duchowych będzie polegała przede wszystkim na tym, by pomagać w dostrzeganiu i rozeznawaniu tych poruszeń, których człowiek doświadcza podczas codziennego rachunku sumienia, modlitwy czy podejmowanego działania.

Poruszenia jako „temat” rozeznawania

Prawie wszystkie reguły o rozeznawaniu przedstawiane przez św. Ignacego w książeczce Ćwiczeń duchowych (CD 313-336) mówią o „pocieszeniu” jako typowym dla działania Boga i o „strapieniu” jako charakterystycznym dla działania złego ducha. Są to dwa podstawowe kryteria badania naszych wewnętrznych poruszeń.

Zobaczmy co oznaczają te słowa w języku św. Ignacego. Mówimy o pocieszeniu gdy na skutek jakiegoś zdarzenia czy doświadczenia „w duszy powstaje pewne poruszenie wewnętrzne, dzięki któremu dusza rozpala się miłością ku swemu Stwórcy i Panu… podobnie i wtedy, gdy wylewa łzy, które ją skłaniają do miłości Pana”; to także „wszelkie pomnożenie nadziei, wiary i miłości i wszelkiej radości wewnętrznej, która wzywa i pociąga do rzeczy niebieskich i do właściwego dobra [i zbawienia] własnej duszy, dając jej odpocznienie i uspokojenie w Stwórcy i Panu swoim” (CD 316). Pocieszenie popycha człowieka do szukania swojego zbawienia, do „szukania tego, co w górze” (Kol 3,1), do szukania samego Boga. Nie jest to jedynie przyjemne uczucie, jakby wskazywało na to współczesne użycie tego słowa. Natomiast to, co jest przeciwieństwem pocieszenia można nazwać strapieniem: „I tak ciemność w duszy, zakłócenie w niej, poruszenie do rzeczy niskich i ziemskich, niepokój z powodu różnych miotań się i pokus, skłaniający do nieufności, bez nadziei, bez miłości. Dusza stwierdza wtedy, że jest całkiem leniwa, letnia, smutna i jakby odłączona od swego Stwórcy i Pana” (CD 317).

Wspomniałem wcześniej, że rozeznanie wychodzi z założenia, że zarówno zbliżanie się do Boga jak i oddalanie się od Niego musi wywoływać (i wywołuje) wewnętrzne poruszenia duszy. Stąd wracając do przykładu echo-sondy poruszenia wewnętrzne są jak różne wskaźniki tego urządzenia, zaś sztuka interpretacji danych pochodzących z tych instrumentów to rozeznanie dokonujące się dzięki poznaniu konkretnych reguł interpretacyjnych. Obserwując wskaźniki i wiedząc jak należy je zinterpretować można bezpiecznie poruszać się po terenie. Jednak nawet najlepsze instrumenty pozostają niewiele warte, jeśli nie umiemy odczytać wskazujących przez nie danych. Stąd trzeba się uczyć tej sztuki w codziennym rachunku sumienia zwracając uwagę na trzy rzeczy:

1. Wiele osób, które traktują swoje życie duchowe w sposób powierzchowny lub też nieprzyzwyczajone do prowadzenia refleksji nad swoim doświadczeniem wewnętrznym, nawet nie zdaje sobie sprawy, że różnym wydarzeniom dnia towarzyszyły jakieś poruszenia wewnętrzne. Dlatego pierwszym pytanie, jakie trzeba sobie postawić, to pytanie o te doświadczenia: „patrząc na różnego rodzaju wydarzenia dostrzegam, że towarzyszyły im jakieś wewnętrzne poruszenia?”.

2. Po drugie, trzeba nauczyć się widzieć różnice między pocieszeniem i strapieniem: „to, czego doświadczyłem, jest prawdziwym strapieniem czy pocieszeniem?”. Nie chodzi tylko o rozróżnienie, czy dane poruszenie było przyjemne lub nie, czy byłem w dobrym czy złym humorze, czy byłem wesoły czy też w depresji, chociaż to wszystko ma swoje znaczenie i nie przestaje wpływać na nasze życie. Chodzi raczej o rozpoznanie, czy dane poruszenie niesie ze sobą pomoc konieczną do kroczenia w kierunku dobra, czy pomaga mi z większą hojnością służyć Bogu i bliźnim; czy, wręcz przeciwnie odciąga mnie, choćby w sposób bardzo delikatny, od prostej drogi, zniechęcając do bycia konsekwentnym w moim fundamentalnym nastawieniu na Boga.

3. W końcu obserwacja tych poruszeń powinna doprowadzić do rozpoznania i zinterpretowania przesłania, które one niosą z sobą. Tutaj dotykamy samego centrum rozeznania: interpretacji tych doświadczeń duchowych. Oczywiście nie można przeprowadzić analizy tego, co osoba aktualnie przeżywa w oderwaniu od jej całej historii życia duchowego, od całokształtu jej postaw. Interpretacja pocieszenia lub strapienia zależy od tego czy dana osoba przechodzi „od złego do gorszego” czy też raczej „od dobrego do lepszego” (CD 335), ponieważ wówczas pocieszenie i strapienie mają całkowicie inne znaczenie. Dla osoby, która pragnie bliskości Boga i szuka Go, pocieszenie stanowi potwierdzenie na obranej drodze; podczas gdy dla osoby, która skupia się tylko na sobie, strapienie będzie wezwaniem do nawrócenia.

Owoc jako kryterium rozeznania

Najważniejszym kryterium rozeznania jest owoc związany z planowaną lub wprowadzoną w czyn decyzją. Nie jest łatwo ustalić pochodzenie różnych myśli i poruszeń duchowych. Z drugiej strony nie jest to rzecz najważniejsza w rozeznaniu, gdyż bardziej niż pochodzenie trzeba zbadać ich kierunek i owoce, jaki z sobą niosą. Nie tyle „skąd” przychodzą, lecz „dokąd” prowadzą dane poruszenia. Podwyższona temperatura chorego nie mówi nic o przyczynach jego choroby, lecz wystarczy do stwierdzenia, że niezależnie od tego, co mu dolega, musi pozostać w łóżku. Podobnie jest z rozeznaniem. Jego najważniejszym celem nie jest postawienie diagnozy związanej z pochodzeniem poruszeń duchowych, lecz stwierdzenie, czy powinniśmy iść za tymi poruszeniami czy też nie; czy przybliżają nas one do Boga czy też wręcz przeciwnie.

Święty Paweł podaje kilka kryteriów pomocnych do rozeznania. Trzeba mieć na uwadze, że do poprawnego rozeznania zazwyczaj nie wystarczy tylko jeden znak, lecz konieczne jest występowanie i współbrzmienie kilku znaków. W pierwszym rzędzie trzeba przekonać się, że nie ma między nimi sprzeczności. One muszą one występować wspólnie, choć niekoniecznie wszystkie naraz. Na przykład sama miłość nie wystarczy do podjęcia działania, gdyż także z miłości dopuszczono się wielu zbrodni.

Trudno wymieniać tu wszystkie kryteria, stąd podam tylko niektóre:

a) Zarówno dobrego jak i złego ducha można rozpoznać po ich owocach (por. Gal 5,14-22; Ef 5,8-10; Rz 7,4-5.19-20).
b) Łączność i komunia z Kościołem jest kolejnym znakiem działania Ducha Bożego. Prawdziwe dary Ducha to te, które budują wspólnotę Kościoła. (1 Kor 14,4.12.26).
c) Światło i pokój. Dary Ducha nie są ślepymi impulsami, które prowokują problemy i nieporozumienia (1 Kor 14,33).
d) Miłość wzajemna. To jest jedno z najważniejszych kryteriów, które odsłania obecność Ducha Św. (1 Kor 12-13).

Podsumowanie

Reasumując trzeba stwierdzić, wszystkie omawiane tutaj elementy, tzn. ignacjański rachunek sumienia, kierownictwo i rozeznawanie duchowe ukazują trzy momenty tego samego procesu i ukierunkowane są na jeden cel: szukać i znajdować Boga we wszystkim. W tym procesie poszukiwania i rozeznawania codzienny rachunek sumienia stanowi jakby narzędzie wyostrzające zmysły ducha, które zdolne są wyłapać choćby najbardziej subtelne wołanie Boga. Zadaniem kierownictwa jest wskazanie na wewnętrzne poruszenia i nauczenie odróżniania tych, które prowadzą do życia od tych, które prowadzą ku śmierci. Z drugiej strony kierownictwo duchowe o tyle ma sens, o ile opiera się na nieustannym poszukiwaniu i rozeznawaniu Woli Bożej. Poszukiwaniu, którego kierownictwo nie zastępuje, a jedynie wzmacnia i obiektywizuje.

Tomasz Oleniacz SJ
___________________________
Przypisy:

[1] Na temat codziennego rachunku sumienia ukazało się ostatnio wiele pozycji książkowych. Na szczególną uwagę zasługuje tu książka włoskiego jezuity S. Fausti, Okazja czy pokusa? Sztuka rozeznawania i podejmowania decyzji, Wydawnictwo OO. Franciszkanów "Bratni zew", Kraków 2001. Autor porusza w niej kwestie praktyczne związane zarówno z codziennym rachunkiem sumienia, jak i regułami rozeznawania duchów.
[2] Św. Ignacy Loyola, Ćwiczenia duchowne (= CD), tłum. M. Bednarz, WAM, Kraków 1991.
[3] Por. CD 18; por. też Konstytucje Towarzystwa Jezusowego, nr 649.
[4] Iglesias I., Elementos instrumentales de la experiencia de Ejercicios Ignacianos, Manresa 60 (1988:236), s. 244.
[5] Dodam na marginesie, że św. Ignacy nigdy nie posługiwał się tym pojęciem, gdyż nigdy nie chciał "kierować" osobą. On mówił o "tym, który daje rekolekcje". Stąd, choć w tekście używam rozpowszechnionego terminu "kierownik duchowy", rozumiem go w znaczeniu towarzyszenia duchowego, a nie kierowania osobą.
[6] Por. Martini C. M., Poznanie siebie, decyzja, wybór, Wydawnictwo WAM, Kraków 2000, s. 74.

+++

"ĆWICZENIA DUCHOWNE" – św. Ignacy Loyola [TEKST]

+++

avatar użytkownika intix

32. "Nie osądzaj innych"

2 marca 2015

- Łatwo osądzać innych, ale postępy na drodze życia chrześcijańskiego osiągamy jedynie wówczas, gdy potrafimy oskarżać samych siebie – powiedział Franciszek podczas porannej Mszy św. Po przerwie związanej z rekolekcjami Ojciec Święty sprawował dziś ponownie w Domu Świętej Marty Eucharystię z udziałem grup wiernych.

Nawiązując do dzisiejszych czytań liturgicznych (Dn 9,4b-10; Łk 6,36-38), Papież zauważył, iż odnoszą się one przede wszystkim do kwestii miłosierdzia. Przypomniał, że wszyscy jesteśmy grzesznikami, i to nie teoretycznie, ale w rzeczywistości. W tym kontekście podkreślił znaczenie umiejętności oskarżania samego siebie, będącej pierwszym krokiem na drodze życia chrześcijańskiego.

Ojcieć Święty zauważył, że wszyscy jesteśmy mistrzami w usprawiedliwianiu samych siebie i udawaniu niewiniątek, ale w ten sposób nie można dokonać postępów na drodze życia chrześcijańskiego. – Łatwiej jest obwiniać innych. Natomiast kiedy dostrzegamy, do czego jesteśmy zdolni, to początkowo czujemy się źle, mamy obrzydzenie do samych siebie, ale w ostatecznym rachunku zyskujemy pokój wewnętrzny i zdrowie duchowe – mówił Franciszek.

– Jeśli nie nauczymy się tego pierwszego kroku – oskarżania samych siebie, to nigdy nie pójdziemy naprzód na drodze życia chrześcijańskiego, życia duchowego – dodał.

Ojciec Święty podał konkretny przykład, wskazując, że kiedy przechodzimy obok więzienia, możemy mieć pokusę, by czuć się lepszymi od ludzi odbywających w nim karę. Zaznaczył, że gdyby nie Boża łaska, to każdy z nas mógłby znaleźć się za kratkami, dopuściwszy się być może jeszcze gorszych przestępstw. Zachęcił, by nie kryć przed samym sobą istniejących w nas korzeni grzechu, nawet jeśli nie widać ich na zewnątrz.

Następnie Papież zachęcił do wstydu przed Bogiem z powodu naszych grzechów, by rozpoznać wielkość Bożego Miłosierdzia.

– Warto, abyśmy podczas obecnego Wielkiego Postu oskarżyli siebie samych w Bożej obecności i prosili o Miłosierdzie Boże – zachęcił Franciszek. Przypomniał słowa Ewangelii: „Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny” (Łk 6,36). Kiedy bowiem ktoś nauczy się oskarżania samego siebie, to jest miłosierny dla innych. –Ale kimże ja jestem, aby go osądzać, jeśli jestem zdolny do popełnienia gorszych rzeczy? – zapytał Ojciec Święty. Przypomniał zarazem, że słowa te odpowiadają nauczaniu Pana Jezusa. – Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone (Łk 6,37).

– Niech Pan w tym Wielkim Poście obdarzy nas łaską nauczenia się oskarżania samych siebie, będąc świadomymi, że jesteśmy zdolni do najgorszych rzeczy. Byśmy potrafili powiedzieć: «Zmiłuj się nade mną, Panie, pomóż mi odczuwać wstyd i obdarz Swoim Miłosierdziem, abym mógł być miłosierny dla innych – zakończył swoją homilię Franciszek.

RS, KAI
http://www.naszdziennik.pl/wiara-stolica-apostolska/130965,nie-osadzaj-i...

avatar użytkownika intix

33. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Jeden jest wasz Nauczyciel

Wtorek, 3 marca 2015 roku
Mateusz 23,1-12


Jezus przemówił do tłumów i do swych uczniów tymi słowami: "Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów. Lubią zaszczytne miejsce na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi. Wy zaś nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten, który jest w niebie. Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo tylko jeden jest wasz Mistrz, Chrystus. Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony".


Nie ma bodaj gorszej oceny życia jak ta, którą wypowiada Jezus o uczonych w Piśmie i faryzeuszach: „Czyńcie i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie”. Powinniśmy słuchać tego, co dobre z ust ludzi, których życie przeczy głoszonym prawdom. Nie powinniśmy naśladować nie żyjących zasadami głoszonymi przez siebie. Bóg może przekazywać nam Swoje Słowo przez tego, który nie cieszy się autorytetem, na którego Jego Słowo nie ma żadnego wpływu.

Tym samym poznajemy, kto nie jest człowiekiem godnym zaufania, kto nie może cieszyć się autorytetem w oczach innych. Autorytetem jest ten, kto głosi zasady otrzymane od Boga i zachowuje je. Nie jest autorytetem ten, który oczekuje, iż sam urząd, jaki sprawuje, zobowiązuje innych do okazywania mu należytego szacunku.

Poznajemy, iż człowiek nie jest przewodnikiem w imię Boga, jeśli wiąże ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładzie je innym na ramiona, a sam nie podejmuje się ich realizacji. Tam, gdzie jest rozdźwięk między życiem człowieka, a tym, co głosi, tam jest promocja własnej osoby i działanie osłabiające wiarę i zaufanie Bogu.

Człowiek wezwany przez Boga jest zobowiązany do niesienia Jego Słowa. W centrum życia powinien zawsze być Pan, nie zaś człowiek.

Jeśli Bóg jest naszym Nauczycielem, to my jesteśmy braćmi i siostrami w Nim. Im większa prostota wiary, tym bardziej jest ona autentyczna, przekonywująca. Faryzeusze i uczeni w Piśmie pełniąc misję wiary chcieli osiągnąć dla siebie pozycję społeczną, znaczenie w oczach innych ludzi ze względu na miejsce, jakie zajmowali, na to, jak się ubierali i z jak wyjątkowym szacunkiem inni się do nich odnosili. Zapomnieli tymczasem o najważniejszym, o braterstwie. Jeśli nie będziemy dla siebie braćmi, Bóg nie będzie dla nas Ojcem. Po braterstwie, którym żyjemy poznajemy, jakie miejsce zajmuje Bóg w naszym życiu.

Najpiękniejsze pojęcia w naszej wierze są te, o których mówi Jezus: Ojciec, Nauczyciel, brat, sługa. Być sługą, aby zostać wywyższonym. Do bycia sługą potrzeba zgody na poniżenie w tym życiu, na niezrozumienie przez najbliższych naszych zachowań, poglądów, pragnień. Nie trzeba się poniżać, lecz przyjąć poniżenie, które każdego dnia jest dla wierzącego propozycją do Jego wywyższenia przez Pana. Przyjmować z pokorą i prostotą to wszystko, co przynosi codzienność, jest służbą. Pragnienie podobania się Bogu i wybierania tego, co będzie radością Jego Serca wprowadza nas codziennie w poniżenie.

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++
a także:

Nasz OPÓR i SPÓR – z Bogiem!

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

34. Franciszek: czyńmy dobro, a nie udawajmy świętości

2015-03-03
Jeśli nauczymy się czynienia dobra, to Bóg wspaniałomyślnie przebaczy wszystkie grzechy. Nigdy natomiast nie przebaczy obłudy i udawania świętości - stwierdził papież Franciszek podczas porannej Mszy św. w Domu Świętej Marty.

Ojciec Święty zauważył na wstępie, że nikt nie może mieć wątpliwości kogo Bóg miłuje bardziej: czy fałszywych świętych, którzy nieustannie zajęci są jedynie udawaniem i stwarzaniem pozorów, czy też grzeszników, którzy porzuciwszy zło nauczyli się czynienia dobra.

Nawiązując do pierwszego dzisiejszego czytania liturgicznego (Iz 1, 10.16-20) Franciszek zaznaczył, że słowa proroka Izajasza są zarówno nakazem jak i zachętą pochodzącą wprost od Boga: „Przestańcie czynić zło! Zaprawiajcie się w dobrem! Troszczcie się o sprawiedliwość, wspomagajcie uciśnionego, oddajcie słuszność sierocie, w obronie wdowy stawajcie!”. Ojciec Święty zauważył, że chodzi o osoby, o których nikt nie pamięta, w tym opuszczonych ludzi starszych, dzieci, które nie mogą chodzić do szkoły i te, które nie potrafią uczynić Znaku Krzyża.

Za tym nakazem zawsze kryje się zachęta do nawrócenia. Polega ono na czynieniu dobra. Bowiem brudu z serca nie usuwa się idąc do swoistej pralni, lecz ucząc się czynienia dobra, troszcząc się o sprawiedliwość, wspomagając uciśnionego, oddając słuszność sierocie, stając w obronie wdowy. Chodzi o oddanie im sprawiedliwości, udanie się tam, gdzie są rany ludzkości, gdzie jest wiele cierpienia. „Poprzez czynienie dobra, obmyjesz swoje serce” - stwierdził Franciszek.

Dodał, że obietnica serca, któremu udzielono przebaczenia pochodzi od samego Boga. Nie prowadzi On bowiem księgowości grzechów wobec tych, którzy konkretnie kochają bliźniego. Jak czytamy u proroka Izajasza, „choćby nasze grzechy były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją”. Ojciec Święty zauważył, że tych słowach Boga zawarta jest pewna przesada, ale chodzi w nich o prawdę, iż Pan przebacza, obdarza nas swoim przebaczeniem. By je jednak uzyskać trzeba podjąć drogę czynienia dobra.

Komentując natomiast słowa dzisiejszej Ewangelii (Mt 23,1-12) papież wskazał, iż mowa w niej o ludziach przebiegłych, którzy wypowiadają rzeczy słuszne, ale ich nie realizują w swoim życiu, czyniąc coś dokładnie przeciwnego. Franciszek zaznaczył, że wszyscy jesteśmy sprytni i zawsze znajdujemy drogę, która nie jest właściwą, by wydawać się sprawiedliwszymi, niż jesteśmy naprawdę: to droga obłudy.

„To ludzie udający nawrócenie, ale ich serce jest jednym wielkim kłamstwem... Ich serce nie należy do Pana; należy do ojca wszelkiego kłamstwa, szatana. I to właśnie jest udawanie świętości. Jezus tysiąc kroć bardziej wolał grzeszników od nich. Dlaczego? Grzesznicy mówili o sobie prawdę. Piotr kiedyś powiedział «Odejdź ode mnie, Panie, bom jest człowiek grzeszny». Ale ci obłudnicy nigdy tak nie mówili. Przeciwnie ci udawacze świętości mówili: «Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści» (Łk 18,11), bo jestem sprawiedliwy.

W drugim tygodniu Wielkiego Postu powinniśmy rozważyć, przemyśleć te trzy słowa: zaproszenie do nawrócenia, dar, jakim obdarzy nas Pan, to znaczy wielkie przebaczenie a także pułapka – czyli udawanie nawrócenia i obranie drogi obłudy” - zakończył swoją homilię Ojciec Święty.

http://www.niedziela.pl/artykul/14411/Franciszek-czynmy-dobro-a-nie-udaw...

avatar użytkownika intix

36. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Trwajcie w miłości mojej

Środa, 4 marca 2015 roku
Św. Kazimierza, królewicza

Jan 15,9-17

Jezus powiedział do swoich uczniów: "Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej. Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna. To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili i by owoc wasz trwał, aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali".


Jezus powiedział do swoich uczniów: "Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej. Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna. To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili i by owoc wasz trwał, aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali".

Miłość jest jak pomieszczenie, w którym możemy zamieszkać. Jest jak źródło, do którego jesteśmy podłączeni, podobnie jak latorośl łączy się z krzewem winnym czerpiąc z niego swoją siłę. Źródłem naszej miłości jest Chrystus. Jego miłość jest podstawą, powiewem naszej radości. Jezus zapowiada radość, która będzie naszym udziałem w wieczności, na zawsze. Radości, do jakiej zdążamy nikt nie będzie mógł nas pozbawić.

Naszym pragnieniem jest radość niezależna od sukcesów, posiadania, zainteresowania, jakie nam inni okazują. Szukamy radości, która bierze swój początek w naszym wewnętrznym doświadczeniu. Szukamy radości będącej naszym osobistym odkryciem bezinteresownej miłości Jezusa. Taka radość jest u podstaw jakości naszego życia. Życie posiada wówczas głębię, oraz szerokość, wysokość. Można wówczas bezpiecznie poruszać się w tej przestrzeni, jaką stwarza w nas nieskończona miłość Pana. Wraz z nią przychodzi energia do przeżywania czasu z miłością.

Miłość, jaką On proponuje nie wyróżnia nikogo. Jesteśmy wszyscy równi, kochając. Jesteśmy dla siebie braćmi i siostrami, przyjaciółmi. Jezus oddał za nas życie. To jest źródłem radości. On w taki sposób nas "oswoił", zaszokował miłością. Bezinteresowna miłość szokuje. Gdy bezinteresownie kochamy, naśladujemy miłość Ukrzyżowanego. Jesteśmy Jego przyjaciółmi z krzyża. W miłości nie ma wymuszania czegokolwiek. Dlatego jest ona tak piękna i pociągająca.

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

38. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Za życia otrzymałeś swoje dobra

Czwartek, 5 marca 2015 roku
Łukasz 16,19-31

Jezus powiedział do faryzeuszów: "Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień świetnie się bawił. U bramy jego pałacu leżał żebrak okryty wrzodami, imieniem Łazarz. Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza; nadto i psy przychodziły i lizały jego wrzody. Umarł żebrak, i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz, i został pogrzebany. Gdy w Otchłani, pogrążony w mękach, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. I zawołał: «Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i poślij Łazarza; niech koniec swego palca umoczy w wodzie i ochłodzi mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu». Lecz Abraham odrzekł: «Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. A prócz tego między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać». Tamten rzekł: «Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca. Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki». Lecz Abraham odparł: «Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają». «Nie, ojcze Abrahamie, odrzekł tamten, lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą». Odpowiedział mu: «Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą»".


„Żył pewien człowiek bogaty”. To ten, który doświadczał nadmiaru posiadanych rzeczy, przedmiotów, dóbr materialnych. Człowiek bogaty doświadcza pomyślności. Nie można jej łączyć z duchowym bogactwem i sprawiedliwością. Człowiek bogaty może zapomnieć o czasowości życia na Ziemi. Jego serce jest zdolne obfitować w brak współczucia na biedę innych. Bogactwo jest próbą. Można dostrzegać tylko to, co teraz, ale można też nauczyć się patrzeć dalej, na to, co później. Można zatrzymać się na własnych potrzebach, ale też, można wejść w pragnienie dzielenia się tym, co posiadam. Bogactwo może przyczynić się do solidarnego przeżywania życia z innymi. Niekiedy staje się ono miejscem hedonistycznej konsumpcji, bez zwracania uwagi na mających się źle.

Bogacz ubierał się w bisior. Była to szata władzy, wysokiej pozycji społecznej, znak sukcesu odniesionego przez człowieka. Bogactwo materialne nie musi przekładać się na posiadane dobra duchowe, na ludzką wrażliwość. Bogactwo, posiadanie dóbr materialnych może być przeszkodą w duchowej wrażliwości na Boga i człowieka. Tym, co określa człowieczeństwo, jego piękno, najgłębsze bogactwo to ludzkie serce, jego dobroć, zrozumienie, miłosierdzie, współczucie, służba.

Zobaczmy człowieka leżącego na ziemi, chorego, głodnego. Bolał go głód. Był piękny w swoim człowieczeństwie. Jego serce było dobre. Łazarz oznacza – „Mój Bóg jest pomocą”. Nawet w takim poniżeniu, niedostatku, przeżywaniu strat przeżywał pomoc Boga. Jedni postrzegają ją w pomnażaniu swoich dóbr materialnych, inni cenią sobie piękne człowieczeństwo.

Darem Boga dla Łazarza były psy, które lizały jego rany. One wyczuły ból jego serca, potrzeby owrzodzonego, zbolałego ciała. Psy są obrazem nędzy Łazarza i odpychającego ubóstwa. Był człowiekiem z nizin społecznych. Nie interesowano się nim. Nie był postrzegany przez pryzmat tego, kim jest, ale tego, że nic nie ma.

Mądre życie wyraża się w przewidywaniu tego, co może przyjść, jako konsekwencja określonych moich słów, dokonywanych wyborów, czynów. Życie to odniesienie do innych ludzi, to relacje dobre lub złe, to widzenie człowieka w potrzebie lub nie dostrzeganie jego nędzy. Jakość życia w wieczności zależna jest od jakości życia w doczesności, a szczególnie piękna lub brzydoty w relacjach z innymi. Życie na Ziemi, decyzje, które podejmujemy znajdują swój zapis „po drugiej stronie”. Jakie życie tu, taka wieczność tam. Tym, co opowiada się za nami przed Bogiem, to dobroć naszego serca, przyjmowanie tego, co jest i przeżywanie rzeczywistości z myślą o wieczności.

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

40. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Uszanują mojego syna

Piątek, 6 marca 2015 roku
Mateusz 21,33-43.45-46

Posłuchajcie innej przypowieści! Był pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej tłocznię, zbudował wieżę, w końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał. Gdy nadszedł czas zbiorów, posłał swoje sługi do rolników, by odebrali plon jemu należny. Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego zaś ukamienowali. Wtedy posłał inne sługi, więcej niż za pierwszym razem, lecz i z nimi tak samo postąpili. W końcu posłał do nich swego syna, tak sobie myśląc: Uszanują mojego syna. Lecz rolnicy zobaczywszy syna mówili do siebie: "To jest dziedzic; chodźcie zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo". Chwyciwszy go, wyrzucili z winnicy i zabili. Kiedy więc właściciel winnicy przyjdzie, co uczyni z owymi rolnikami? Rzekli Mu: Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom, takim, którzy mu będą oddawali plon we właściwej porze. Jezus im rzekł: Czy nigdy nie czytaliście w Piśmie: Właśnie ten kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił, i jest cudem w naszych oczach. Dlatego powiadam wam: Królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce. Arcykapłani i faryzeusze, słuchając Jego przypowieści, poznali, że o nich mówi. Toteż starali się Go pochwycić, lecz bali się tłumów, ponieważ miały Go za proroka.


Ci, którym Jezus opowiada przypowieść, uważnie Go słuchają. Nieszczęścia innych są zawsze bardziej interesujące niż ich sukcesy (i przynoszą więcej przyjemności). Nie udały się zbiory winogron. Jest to symbol zdradzonej miłości. Właściciel winnicy jest dziwnym człowiekiem. Nie oczekiwał owoców dla siebie. Chciał, aby cieszyli się nimi inni. Człowiek kochający nie pragnął przede wszystkim odpowiedzi na swoją miłość, lecz chciał, aby ona przyniosła owoc dla innych.

Winnica, która nie odpowiedziała na oczekiwania, zostanie porzucona, pozostawiona bez obrony, zmieni się w ugór, będzie zdana na łaskę przechodzących przez nią zwierząt. To, co ją czeka, to zniszczenie. Kim jest ten zakochany, który może wydawać rozkazy chmurom, aby nie dawały deszczu? To jest Pan.

Największym nadużyciem człowieka jest uznanie siebie za prawdziwego właściciela winnicy, własnego życia, misji zleconej mu przez Boga. Ktoś taki znajduje sobie wygodne miejsce, broni się przed interwencjami (również słusznymi), przez które właściciel usiłuje uzyskać to, co mu się prawdziwie należy. To ja jestem tym człowiekiem, który jest w stanie zatrudnić specjalistów (wynagradzanych lepiej od szarych robotników pracujących w winnicy), którzy bronią moich praw i przywilejów. Jednak zapomniałem o tym, w jakim celu zostałem wezwany do winnicy. Moim zadaniem jest wydawać owoce.

O wierności nie mówi moja obecność w winnicy, lecz przynoszenie w niej owoców. Winnica i owoce w niej nie należą do mnie. Te owoce to: sprawiedliwość, wolność, miłosierdzie, braterstwo, przebaczanie wrogom itd. Człowiek jest w stanie zawieść oczekiwania Boga. Tak wiele zawiedzionych oczekiwań. Są to nasze upadki. Jeśli przynosimy owoce, bywają one zatrute. Nie czekamy na to, aby Bóg pozbawił nas winnicy. Sami się jej pozbawiamy i zarazem pozbawiamy jej innych. Bóg nie może nawet innym rolnikom przekazać winnicy, ponieważ ona nie istnieje. Stała się śmietniskiem.

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++
a także:

Bóg pisze prosto na krzywych liniach

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

41. Droga Krzyżowa...



+ † +

DROGA KRZYŻOWA „Z Polskimi Świętymi”

+ † +


„Któryś za nas Cierpiał Rany…
Jezu Chryste… zmiłuj się nad nami…
I Ty… Któraś Współcierpiała…
Matko Bolesna…
Przyczyń się za nami…”


+ + +

avatar użytkownika intix

42. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Ojcze, zgrzeszyłem

Sobota, 7 marca 2015 roku
Łukasz 15,1-3.11-32

Zbliżali się do Niego wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie. Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi. Opowiedział im wtedy następującą przypowieść: Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada. Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie. A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał. Wtedy zastanowił się i rzekł: Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników. Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca. A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem. Lecz ojciec rzekł do swoich sług: Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się. I zaczęli się bawić. Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to ma znaczyć. Ten mu rzekł: Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego. Na to rozgniewał się i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę. Lecz on mu odpowiedział: Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął a odnalazł się.


„Roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie”. Po czasie trwonienia, bezmyślnego życia, pojawia się czas pustki, zniesmaczenia, odkrycia popełnionych błędów. Rozrzutność nie odnosi się jedynie do pieniędzy. Największy dramat rozrzutności polega na odejściu od kogoś, kto nas kocha.

Młodszy syn postępował tak, jakby nie miał ojca, jakby nie był przez ojca kochany. Okazuje się, że można tak żyć, jakby Boga nie było, jakby Bóg mnie nie kochał.

Co jest największym dramatem życia? Odejście od tego, który nadaje sens życiu, który jest jego największym bogactwem, smakiem istnienia.

Z człowieka duchowo bogatego można stać się duchowym nędzarzem. Nie posiadając duchowego bogactwa sięgamy po to, co jest naszym upodleniem, co prowadzi do zaspokajania jedynie najniższych instynktów. Świnia była symbolem najgłębszej nieczystości i odniesienia do działania złego ducha.

W ludzkim trwonieniu tego, co duchowe, swój udział ma szatan. Kiedy zwodzi człowieka do wejścia w nieczystość serca, zdobywa nam nim władzę.

Refleksja nad życiem pojawia się wtedy, kiedy zaczyna nam brakować tego, co niezbędne. Syn marnotrawny nie pomyślał najpierw o swoim ojcu, o jego bólu, czekaniu. Najpierw pomyślał o swoim głodzie, o obfitości chleba w domu rodzinnym. Przez głód, do skruchy serca. Od potrzeby pokarmu, do potrzeby uznania swojej winy.

Jaki jest ojciec? On czeka, wygląda syna, tęskni za nim. Wzrusza się powracającym dzieckiem, wybiega naprzeciw niego, długo go całuje. Taki jest Bóg. Dla syna, przyczyną powrotu do domu jest głód. Dla ojca, przyczyną radości jest syn, który się odnalazł. Ojciec daje synowi to, co najlepsze bez wypominania, bez oskarżania, bez pouczania o poniesionych stratach.

Jaki jest starszy syn? Nie dzielący się z ojcem pragnieniami swojego serca. Można być blisko ojca fizycznie, a sercem, z powodu braku szczerości, bardzo daleko. Bogu należy mówić o wszystkim, czym żyję w sercu.

Odkrywamy dzisiaj jedną z istotnych prawd wiary: „Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy”. To bycie starszego syna przy ojcu było złudzeniem, nieprawdą. Starszy syn nie korzystał z tego, co było w domu, choć mógł to czynić. Największym bólem, jaki zadajemy Bogu, jest nieprzyjmowanie tego, co nam daje; nie korzystanie z tego, do czego mamy prawo.

Tymczasem syn marnotrawny przyjął od ojca najpierw część majątku, którą roztrwonił. Po powrocie przyjął pierścień, sandały, szatę i ucztę. Jeśli nie przyjmujemy od Boga tego, co nam daje, nigdy nie zrozumiemy Jego miłości.

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++
a także rozważania:

Miłosierny Ojciec i syn marnotrawny, Łk 15 (mp3)

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

43. Lecz ci, co zaufali Panu, odzyskują siły...

Lecz ci, co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły: biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą” (Iz 40, 31)

Nie łudź się — samemu niczego nie dokonasz. A już na pewno w tej materii, jaką jest osobiste nawrócenie. Możesz się starać, mnożyć modły, posty, dziesięciny. Tak, tak — to przypomina ewangelicznego faryzeusza. Tak czyniąc tylko się zmęczysz, sfrustrujesz, opadną Twe siły i staniesz się zgorzkniały. „To niemożliwe” — powiesz, i kolejny raz w życiu będziesz miał rację. Cóż więc czynić, by do tego nie dopuścić?

Sztuka nawracania (niewątpliwie jest to sztuka i to przez wielkie „S”) nie polega na tym, że to ty robisz od teraz wszystko dla Boga, a On ze swej Niebieskiej Stolicy patrzy na ciebie, cieszy się twoim wysiłkiem i (ewentualnie) także ci błogosławi.

Nawrócenie to pełne zaufanie Jezusowi. To On rozpoczął w tobie wielkie dzieło życia i teraz, przy twoim współudziale, chce prowadzić je dalej, aż w nieskończoność.

Zaufaj Jezusowi – nawet wtedy, gdy twierdzisz, że ciebie już nic ani nikt nie zmieni.

Zaufaj — On jest Panem także tego, co z pozoru niemożliwe.

Grzegorz Ginter SJ

avatar użytkownika intix

44. Słowo Boże na dziś...

SŁOWO


+++
a także:

Gorliwość o Twój dom

Niedziela, 8 marca 2015 roku
III Niedziela Wielkiego Postu
Jan 2,13-25

Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. W świątyni napotkał siedzących za stołami bankierów oraz tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie. Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: «Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu mego Ojca targowiska!» Uczniowie Jego przypomnieli sobie, że napisano: Gorliwość o dom Twój pochłonie Mnie. W odpowiedzi zaś na to Żydzi rzekli do Niego: «Jakim znakiem wykażesz się wobec nas, skoro takie rzeczy czynisz?» Jezus dał im taką odpowiedź: «Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo». Powiedzieli do Niego Żydzi: «Czterdzieści sześć lat budowano tę świątynię, a Ty ją wzniesiesz w przeciągu trzech dni?» On zaś mówił o świątyni swego ciała. Gdy więc zmartwychwstał, przypomnieli sobie uczniowie Jego, że to powiedział, i uwierzyli Pismu i słowu, które wyrzekł Jezus. Kiedy zaś przebywał w Jerozolimie w czasie Paschy, w dniu świątecznym, wielu uwierzyło w imię Jego, widząc znaki, które czynił. Jezus natomiast nie zwierzał się im, bo wszystkich znał i nie potrzebował niczyjego świadectwa o człowieku. Sam bowiem wiedział, co w człowieku się kryje.


„Zbliżała się pora Paschy”. Zbliżał się czas przejścia, czas wyjścia, czas, w którym Pan, każe wychodzić „z tej ziemi”. Dlaczego człowiek nieustannie winien wychodzić z określonej ziemi, rzeczywistości? Ponieważ wchodzi on niejednokrotnie w jakąś rzeczywistość będącą bałwochwalstwem i nie pamiętaniem o tym, co uczynił mu Pan. Ponieważ człowiek odrzuca przewodnictwo i obecność Boga w swoim życiu, przerywa niejednokrotnie wyjście, a nawet chce powrócić do tego, co było jego niewolą. Wychodzenie nieustanne jest spowodowane skłonnością człowieka, jego nachyleniem się, a niejednokrotnie umiłowaniem złych uczynków. Wychodzenie ciągłe, znajduje swoje uzasadnienie w tym, że człowiek w obliczu trudności, chce się wycofać ze swoich zobowiązań wobec Boga, a nawet wyprzeć się swego związku z Nim. Żeby wyjść i przejść na miejsce, które Bóg mi wskaże, potrzeba coś w sobie zburzyć: „powypędzał, porozrzucał, powywracał”.

„Nie róbcie targowiska z domu mego Ojca” Gorliwość człowieka jest innym nazwaniem jego troski. Jest znakiem podobieństwa do Jezusa, jeśli w gorliwości ma miejsce miłość. Brak religijnej, mądrej, pełnej pokory i prostoty gorliwości, sprowadza na człowieka profanację tego, co w nim jest Boże.

Gdy człowiek kupczy sercem, kupczy też swoją wiarą, uczuciami, przeżyciami, myślami, tym wszystkim, co przechodzi przez serce. Gdy serce człowieka nie jest zajęte Bogiem, zwraca się ku temu, co więź z Bogiem osłabi. Pierwszą i najbardziej wyraźną troską, która winna być w naszym sercu, winien być Ojciec i Jego sprawy. To jest gorliwość. Jestem domem Boga: moje serce, dusza, myśli są domem Boga. Troska winna się uwidaczniać w myśleniu, przewidywaniu swoich słów, czynów, w emocjach.

„Przypomnieli sobie uczniowie Jego, że to powiedział, i uwierzyli. Aby wierzyć, trzeba sobie przypominać słowa Jezusa. Wierność ma swoje źródło w pamiętaniu o Panu, o Jego czynach wobec mnie. Zasadniczo ci, którzy kochają, oni pamiętają o słowach, zobowiązaniach, wydarzeniach, które dotyczą osób wyjątkowych w ich życiu. To wyjątkowe miejsce w naszym życiu zajmuje Bóg. Pamiętanie o tym, co On powiedział, jest jednym ze znaków miłości do Niego.

Przypominanie sobie słów Pana, wskazuje na człowieka, który jest Jego uczniem. Uczeń pamięta, uczeń sobie przypomina, powraca do ulubionych zwrotów, wypowiedzi Jezusa, aby żyć w Nim, i móc Jemu służyć. Zapomnienie o słowach Jezusa prowadzi do zapomnienia o potrzebie służenia, jak również do zaniku motywacji wiary. Przypominanie słów Boga umożliwia Paschę, jest źródłem wewnętrznego świętowania. Prowadzi zarówno do świadomości, że jestem domem Boga, jak i do odnowy wewnętrznej, która odnajduje w sobie siłę na: wypędzanie, wywracanie, wyrzucanie tego, co profanuje miejsce święte, co profanuje moją więź z Ojcem.

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++
a także:

Wypędzeni ze świątyni. 3 Niedziela Wielkiego Postu.

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

46. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Przyszedł do Nazaretu

Poniedziałek, 9 marca 2015 roku
Łukasz 4,24-30


Jezus mówił do ludu w synagodze, w Nazarecie: Zaprawdę, powiadam wam: żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie. Naprawdę, mówię wam: Wiele wdów było w Izraelu za czasów Eliasza, kiedy niebo pozostawało zamknięte przez trzy lata i sześć miesięcy, tak że wielki głód panował w całym kraju; a Eliasz do żadnej z nich nie został posłany, tylko do owej wdowy w Sarepcie Sydońskiej. I wielu trędowatych było w Izraelu za proroka Elizeusza, a żaden z nich nie został oczyszczony, tylko Syryjczyk Naaman. Na te słowa wszyscy w synagodze unieśli się gniewem. Porwali Go z miejsca, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na stok góry, na której ich miasto było zbudowane, aby Go strącić. On jednak przeszedłszy pośród nich oddalił się.


Ci, którzy słuchali Jezusa w Nazarecie zostali doprowadzeni do ostateczności i wyrzucają Go poza miasto, aby ukamienować. W ciągu jednego dnia Jego historia wydaje się dobiegać końca. W ciągu jednego dnia Jego posługiwanie kończy się niepowodzeniem. Jezusowi nie udało się, nie zdołał przekonać, nie znalazł zrozumienia i musiał w pośpiechu opuścić miasto. Tu zaczyna się szok ewangeliczny: Jezus jako głosiciel Ewangelii, któremu się nie powiodło.

„On jednak przeszedłszy pośród nich, oddalił się". Jezus nie zostaje zabity. Być może w ostatnim momencie ludzie przestraszyli się widząc to, co On czynił, przerazili się samych siebie, swojej reakcji, i Pan oddala się. On zaś, jak można przypuszczać, oddala się przygnębiony.

Taki jest pierwszy obraz ewangelizującego Jezusa: przegrany, wyrzucony, niechciany, nieusłuchany. Możemy sobie wyobrazić również rozczarowanie Maryi, Jego Matki, będącej świadkiem tego niepowodzenia, rozczarowanie Jego przyjaciół. Zapewne nie mogą oni zrozumieć, co się stało, boją się konsekwencji, lękają się, sądzą, że zawiódł nadzieje, jakie w Nim pokładali.

Również apostołowie: Paweł i Barnaba, o czym mówią Dzieje Apostolskie, musieli oddalić się z Antiochii Pizydyjskiej. Ich nauczanie skończyło się niepowodzeniem. Słowo nie zostało przyjęte. Św. Paweł w Drugim Liście do Koryntian napisał: „Nie chciałbym bowiem, bracia, byście nie wiedzieli o udręce doznanej przez nas w Azji; jak do ostateczności i ponad siły byliśmy doświadczani" (1, 8). To są wielkie słowa: „ponad siły"; „to, co nas spotkało, przeraziło nas, nie mogliśmy dłużej wytrzymać", „tak, że zwątpiliśmy, czy uda nam się ujść z życiem". Doszli niejako do momentu, gdzie stwierdzają: to już koniec.

Tak jak w Nazarecie niewiele brakowało, aby cała działalność Jezusa zakończyła się w kilka godzin. „Lecz właśnie w samych sobie znaleźliśmy wyrok śmierci: aby nie ufać sobie samemu, lecz Bogu, który wskrzesza umarłych" (2 Kor 1, 91). „Bo przez wiele ucisków trzeba nam wejść do królestwa Bożego" (Dz 14, 22b). Św. Paweł w swoich smutnych wędrówkach z miasta do miasta wielokrotnie doświadczał tego, czego doznał Jezus u początku swojego nauczania.

Ludzie oczekują wiele od Jezusa, chcą Go zatrzymać przy sobie, wszyscy słuchają Go z wielką uwagą i chcieliby, żeby Jezus odpowiedział ich oczekiwaniom. Z jednej strony Jezus znajduje się pod naciskiem oczekiwań ludzi, pokusy dostosowania się do ich pragnień, ich potrzeb. Odniesienie sukcesu oznaczałoby jednocześnie - uwikłanie się w całym gąszczu drobnych interesów. Z drugiej strony zadziwia absolutna wolność Jezusa. Nie troszczy się On o sukces, nie zważa na to, co może się zdarzyć, na złą opinię u ludzi w pobliskich miejscowościach. Nie bierze zupełnie pod uwagę, że ludzie już nie zechcą się z Nim spotykać, przestaną Go do siebie zapraszać.

Jezus mówi z całkowitą wolnością i wydaje się nawet, że w pewien sposób prowokuje tych ludzi, przypominając im, że istnieją inne cele i ważniejsze względy - względy królestwa Bożego. Taka wolność od początku nadaje Jezusowi charakter proroka, który nie pozwala się zamknąć w ciasnych ramach lokalnego kaznodziei.

Winniśmy naśladować całkowitą Jego niezależność, z którą tylko On mógł głosić wolność Boga. Jezus głosi wolność, wyzwolenie i nowy sposób życia. Żyjąc w wolności, jest ponad wszelkimi doraźnym, przyziemnymi oczekiwaniami ludzi.

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++
a także:

Wiara czyni cuda
+++
oraz rozważania:

Bądź jak Naaman – przyjazna „prowokacja”

+++
Bóg zapłać...


avatar użytkownika intix

47. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Ile razy przebaczyć?

Wtorek, 10 marca 2015 roku
Mateusz 18,21-35

Wtedy Piotr zbliżył się do Niego i zapytał: "Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy?" Jezus mu odrzekł: "Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał rozliczyć się ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który mu był winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby tak dług odzyskać. Wtedy sługa upadł przed nim i prosił go: "Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko ci oddam". Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: "Oddaj, coś winien!" Jego współsługa upadł przed nim i prosił go: "Miej cierpliwość nade mną, a oddam tobie". On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Współsłudzy jego widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego wezwał go przed siebie i rzekł mu: "Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą?" I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu".


Żeby braterstwo mogło być kontynuowane potrzebne jest nieustanne przebaczanie. W taki sposób budowana jest jedność, miłość między tym, który zawinił, a tym, który przebacza. Przebaczanie siedemdziesiąt siedem razy, czyli ciągle, zawsze jest konieczne aby uwielbić Boga, ale też, aby wyrazić swój osobisty, najgłębszy sprzeciw wobec szatana. Dramatyczne jest to, że człowiek nie uczy się dobroci, miłosierdzia od tych, którzy mu ją okazali. Prosił króla o cierpliwość, o czas dla siebie. Otrzymał więcej niż prosił. Niczego się nie nauczył. Dobroć jest bezcenna. Nie jest prawdą, że ten, który doświadczył przebaczenia, sam chętnie przebacza. Strach nie zawsze uczy tego, co dobre.

Wszystko zostało mu darowane. Czy gdyby poczuł wdzięczność do króla za darowanie długu, odczułby w sercu współczucie do swojego dłużnika? Może pomyślał, że bardzo mu się udało, a to za mało, żeby okazać to samo swojemu dłużnikowi. Bóg nam przebacza, a my nie przebaczamy ludziom. Gdy nie ma w nas przebaczenia, jest w nas stan wewnętrznego zniewolenia. Dla sługi, który otrzymał darowanie tak wielkiego długu niewola wewnętrzna przełożyła się na stan niewoli zewnętrznej. Gdy kogoś w udrękę wprowadzam, udręka mnie dosięgnie. Jak drugiego traktuję, tak sam się czuję. Może nie w tej chwili, ale za czas jakiś.

Przebaczanie to cecha ludzi wielkich duchem, wolnych wewnętrznie, bezinteresownych, szlachetnych. Gdy potrafi nas jeszcze wzruszać człowiek proszący, gdy potrafimy przebaczać, gdy, pomimo braku pieniędzy patrzymy na innych z życzliwością – nie straciliśmy swojego człowieczeństwa. Przebaczenie jest aktem miłości bezinteresownej. Przebaczając, staję się podobny nie tylko do króla, lecz więcej, do samego Boga.

Przebaczenie nie posiada górnej granicy. Przebaczać trzeba przez całe życie. Wszystkim. Zawsze. Mogę naśladować miłosierdzie Ojca. Nie jest ciężarem, lecz wyzwoleniem. Nie jest obowiązkiem, lecz darem. Przebaczenie, to możliwość poszerzenia własnego serca na okazywanie miłosierdzia. Życiem chrześcijanina powinna kierować Ewangelia, a nie drobiazgowa i sucha księgowość. Trzeba wyjść poza liczby. Przebaczenie nie jest sprawą rachunków, ciężaru, miary, lecz serca, które doświadczyło miłosierdzia.

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++

oraz rozważania:

Ile razy mam przebaczyć?

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

49. Dobre warunki do nawrócenia



Pokuta. Jest mozolnym odrywaniem się od zła i zwracaniem ku Bogu. Zaczyna się od uznania własnej winy i odkrycia Bożego Miłosierdzia. Jest leczeniem serca. Praktycznie trwa całe życie, bo niestety wciąż upadamy. Wielki Post przypomina nam, jak bardzo jej potrzebujemy.
 
Kiedy Churchill został premierem Wielkiej Brytanii, postawił sprawę jasno. Obiecał swoim rodakom „krew, pot i łzy”. Na początku Wielkiego Postu warto również postawić sprawę jasno. Czeka nas walka. Jej stawką jest moje zbawienie. Kompromis ze złem prędzej czy później prowadzi do kompromitacji. Dlatego pokuta wymaga wysiłku, wyrzeczenia, ofiary. Prosta i łatwa jest droga do śmierci. Ścieżki prowadzące do życia są strome, wąskie, mało atrakcyjne. Grzech zapuszcza w nas swoje korzenie głębiej, niż nam się wydaje, i dlatego nie poddaje się łatwo. Walcząc z nim, ani na moment nie wolno odrywać wzroku z Tego, który sam przeszedł przez „krew, pot i łzy”. Nie ma innej drogi do zmartwychwstania. Tylko przez krzyż. Jego i mój.

Trzeba powiedzieć: dosyć!

„Miłość ku Bogu niepoważna, niedojrzała, charakteryzuje się tym, że upatruje się jej wewnętrznej pełni wtedy, gdy ręce z upodobaniem splatają się na żołądku, a z wygodnego bujaka unosi się ku sufitowi znużone snem spojrzenie”. Te słowa Kierkegaarda trafiają w sedno. Boimy się wejścia na drogę pokuty, bo oznacza ona zerwanie z wygodnym, bezpiecznym, sytym życiem. Pokuta jest wyjściem na pustynię. Jest porzuceniem oaz tzw. świętego spokoju, w których króluje zgoda na zło. Dlaczego godzimy się na przeciętność, bylejakość, bezwład? Trapista Michał Zioło odpowiada: „To przez ducha, który chce być wielki, a jednocześnie przeciąga czas niedojrzałości w nieskończoność”.

Pokuta zaczyna się od tęsknoty za przemianą, za nowym narodzeniem, za życiem naprawdę. Droga nawrócenia zaczyna się od zdecydowanego: dosyć! Adresatem tego słowa jestem ja sam, a dokładniej moje lenistwo, nijakość, pycha, egoizm, grzech.

Od serca do czynów

„Nawróćcie się do Mnie całym swym sercem przez post i płacz, i lament. Rozdzierajcie jednak wasze serca, nie szaty” – wzywa Bóg. Najważniejszym aspektem pokuty jest przemiana wewnętrzna. Greckie słowo metanoia (nawrócenie) oznacza przemianę myślenia. Dosłownie „myślenie po”, co można rozumieć jako wyciąganie wniosków z gorzkich lekcji. Pokuta oznacza uznanie własnej przegranej, fiasko wszystkich przedsięwzięć opierających się na sobie.

Istotne jest to, że człowiek się nawraca do KOGOŚ, nie na jakiś światopogląd czy ideologię. Grzesznik odkrywa, że nie może liczyć na siebie, może liczyć tylko na Boga i Jego przebaczającą Miłość. W pokucie nie chodzi o walkę z pojedynczym grzechem, ale o coś bardziej fundamentalnego. Chodzi o stanowcze powiedzenie dwóch słów: nie i tak. Nie – grzechowi, złu, pysze własnego ja. Tak – Bogu.

Wewnętrzna postawa pokuty musi uwidaczniać się na zewnątrz. Czynienie pokuty jest autentyczne i skuteczne, gdy wyraża się w aktach i czynach pokutnych. Pokuta jest nawróceniem, które przechodzi z serca do czynów. Klasyczne pokutne uczynki to post, uczynki miłosierdzia (jałmużna) i modlitwa. Pokuta może przyjąć jednak także inne formy (pojednanie, czytanie Biblii, podjęcie trudnych decyzji, cierpliwe znoszenie przeciwności itd.).
 
Druga deska ratunku

Pokuta jest drogą. Nie idziemy nią sami, ale razem z całym Kościołem. Ten wymiar wspólnotowy pokuty ujawnia się w sakramencie pokuty, w którym osobista pokuta zostaje umocniona i potwierdzona przez działanie Kościoła.

Ciekawa jest historia kształtowania się praktyki pokutnej w Kościele. W pierwszych wiekach podstawowym Sakramentem odpuszczenia grzechów był Chrzest. Kandydat do Chrztu musiał przejść okres przygotowania (katechumenat), którego celem było nie tylko poznanie treści wiary, ale także osobiste nawrócenie. Katechumenat był czasem pokuty, którego zwieńczeniem był Chrzest. Wejście do wody chrztu oznaczało definitywne zerwanie z grzesznym, pogańskim życiem i zapoczątkowanie życia w łasce Chrystusa.

Pierwsi chrześcijanie mocno akcentowali wezwanie do bezgrzeszności. Kościół doświadczył jednak szybko, że ochrzczeni nadal ulegają pokusom i mogą odpaść od Chrystusa. Sakrament pokuty nazwano drugą deską ratunku (po chrzcie). Początkowo uznawano, że pokuta po chrzcie jest możliwa tylko raz. Ostatecznie jednak zwyciężył pogląd bardziej realistyczny. Chrześcijanie często grzeszą, ale Bóg jest miłosierny, dlatego wielokrotna pokuta jest możliwa i nieodzowna.

Początkowo sakrament pokuty wiązał się z publicznym wyznaniem grzechów i publiczną pokutą. Z czasem pokuta i sama spowiedź nabrały charakteru bardziej osobistego. Odkąd powszechny stał się chrzest niemowląt, spowiedź traktuje się jako podstawowy sakrament nawrócenia. Warto jednak pamiętać, że istnieje ścisła łączność między Chrztem a Sakramentem pokuty. Sakramentalne przebaczenie grzechów jest powrotem do łaski chrztu. W liturgii Wielkiego Postu wezwanie do pokuty wiąże się z odnowieniem przymierza chrzcielnego. Dlatego celem pokutnej drogi w liturgii jest odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych podczas Wigilii Paschalnej w Wielkanoc.

Ks. Tomasz Jaklewicz

+++

Nawrócenie - radykalizm czy zawierzenie? - O. Jacek Salij OP

Naszym Gościem jest o. Jacek Salij, kapłan Zakonu Kaznodziejskiego, wykładowca teologii dogmatycznej, duszpasterz, rekolekcjonista, autor wielu publikacji. Uważnie wczytajmy się w jego wypowiedź...

Jak Ojciec rozumie pojęcie nawrócenia?

Czymś bardziej interesującym będzie zwrócić się z tym pytaniem do Pisma Świętego. Otóż nawrócenie przedstawiane jest tam za pomocą dwóch uzupełniających się terminów: epistrofe i metanoia. Wyraz pierwszy można oddać: "zmiana kierunku". Chodzi tu o sytuację mniej więcej taką: idę z Warszawy do Krakowa, i oto zorientowałem się, że idę w kierunku Gdańska. Kiedy droga prowadzi nie tam, gdzie trzeba, nie wystarczy zwolnić, muszę po prostu zawrócić. Natomiast termin metanoia znaczy: przemiana umysłu, przemiana duszy. Zazwyczaj jest to długi proces. Mimo nagłe nawrócenia czasem się zdarzają. W ten sposób nawrócił się np. Apostoł Paweł. Pan Bóg może mieć swoje szczególne powody, żeby jakiegoś człowieka przemienić głęboko w jednej chwili.

Dla wielu osób nawrócenie jest procesem trudnym i niechcianym. Dlaczego tak się dzieje?

Owszem, tak często bywa: ktoś wie, że jego życie jest złe, a mimo to się nie nawraca. Dlaczego człowiek nie chce się nawracać? Przypomina mi się tu obraz Czesława Miłosza z Metafizycznej pauzy. W błocie taplają się kaczki, a 200 m dalej jest piękny staw. "Dlaczego nie pójdą one do stawu?" - pyta Miłosz. "Ba, żeby one wiedziały, że staw jest tak blisko!" - słyszy odpowiedź. Człowiek czasem podobny jest do tych kaczek. Boi się otworzyć na łaskę wiary, bo nawet nie wie, jak to wspaniale być blisko Boga. Do starego życia się przyzwyczaił, a nowego nawet nie umie sobie wyobrazić. Dlatego ono go nie pociąga.

Jest jeszcze jeden powód, dlaczego nawet ktoś bardzo zagubiony nie myśli o nawróceniu. Często ludzie, którzy wracają do wiary, mówią mi tak: "Wy, księża, nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak trudno jest człowiekowi niewierzącemu przyjść do Kościoła. Kiedy byłem niewierzący, bałem się nawet wejść do budynku kościelnego - Kościół wydawał mi się czymś przestarzałym, czułem się w nim obco, ożywały we mnie różne przesądy antykościelne". Otóż żeby zobaczyć i docenić wspaniałość wiary oraz to, jak wielkim darem Bożym dla nas jest Kościół, trzeba po prostu wejść do środka. Dobrze oddaje to metafora witraża. Z zewnątrz witraż wydaje się bezsensowną plątaniną szkła, ołowiu i kurzu. Dopiero kiedy jesteśmy w kościele i z tej perspektywy patrzymy na witraż, możemy zachwycić się jego pięknem. Podobnie jest z wiarą i tym wszystkim, co wiara daje - żeby to docenić, trzeba zacząć tym żyć, widzieć to od wewnątrz.

Tym, którzy nie wierzą, trudno jest powrócić czy odnaleźć wiarę. Jednak wielu jest takich, którym się to udaje. Co takiego dzieje się w ich życiu, co przeżywają, że odnajdują sens wiary?

Często jest tak: Człowiek szuka Boga, trudzi się, pokonuje różne przeszkody w drodze do wiary, a kiedy Boga znalazł, wówczas widzi z całą oczywistością, że nie tyle on szukał Boga, ale raczej Bóg szukał jego. Przypomina mi się tu nawrócenie św. Augustyna. Szukał prawdy. Gdzieś w samym środku czuł, że życie ludzkie nie może być bezsensowne, a sumienie mu podpowiadało, że zarówno jego bałagan seksualny, jak pogoń za karierą to czysty bezsens. Początkowo myślał, że te problemy rozwiąże sobie u manichejczyków, którzy głosili, że nie ponosimy odpowiedzialności za zło, jakie w nas jest. Ludzki grzech wyjaśniali inwazją ciemności, które bez naszej winy ogarniają to, co w nas dobre. "Z tą doktryną było mi wygodnie - z żalem mówi Augustyn o tamtym okresie swojego życia - bo nie musiałem oskarżać się o swoje grzechy". Zmysł prawdy nie pozwolił jednak Augustynowi się oszukiwać. Porzucił manichejczyków, zaczął prawdy szukać w Kościele katolickim.

Chciałbym zwrócić uwagę na pewien niezwykły moment w poszukiwaniach Augustyna. Mianowicie w końcu doszedł on do całkowitej pewności, że wiara katolicka jest prawdziwa, a zarazem widział z całą jasnością, że nie jest jeszcze człowiekiem wierzącym. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że wyznawał już katolicki światopogląd, ale jeszcze nie było w nim wiary, nie umiał jeszcze rzucić się Bogu w ramiona. Ówczesną swoją sytuację oddał Augustyn w następującym obrazie: "Byłem jak człowiek śpiący, któremu nad ranem słońce zaświeciło w oczy, on wie, że pora już wstawać, a jemu się nie chce". W tym właśnie momencie Pan Bóg dobrotliwie wkroczył w życie Augustyna i obdarzył go łaską wiary. Opisane to jest w słynnej scenie z VIII księgi Wyznań: Tolle, lege - "bierz i czytaj". Wzrok jego padł na słowa Apostoła Pawła: "nie w ucztach i pijaństwie, nie w rozpuście i rozwiązłości, ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa". Augustyna ogarnęła wtedy jakaś potężna Boża energia, ponadziemskie światło, słodka pewność, że on należy już do Chrystusa i że na pewno będzie chodził drogami Bożych przykazań.

Często człowiek doświadcza sytuacji trudnych, sytuacji podważających dotychczasową stabilizację wiary. Dlaczego dzieje się tak, iż jedni wychodzą umocnieni, z wiarą bardziej żywą, inni natomiast wycofują się, może nawet tracą wiarę. Jakie czynniki, według Ojca, decydują o tym, że człowiek może odwrócić się od Boga? A jakie czynniki decydują o powrocie do wiary?

Sytuacje trudne są jakby sądem Bożym nad człowiekiem. Jeżeli ktoś jest zasadniczo zwrócony ku Bogu (nawet jeśli o tym nie wie i wydaje mu się, że jest człowiekiem niewierzącym), podczas takiej próby dokonuje się w nim przyśpieszenie rozwoju duchowego i nieraz człowiek ten okazuje się kimś nie tylko wierzącym, ale od razu głęboko wierzącym. Ale zdarza się i odwrotnie: ktoś uważał się za wierzącego, ale obiektywnie był daleko od Boga. Wtedy pod wpływem trudnej sytuacji jego wiara rozpada się jak domek z kart.

Są trzy podstawowe znaki, po których poznać, że z moją wiarą dzieje się coś złego. Po pierwsze, dla kogoś przestało być czymś oczywistym, że Boże przykazania, wszystkie Boże przykazania, są po to, żeby je zachowywać. Po wtóre: tak dziwnie się składa, że człowiek taki zazwyczaj mało dba o życie modlitwy, na niedzielną Mszę świętą zaczyna chodzić tylko raz w miesiącu, modlitwę ogranicza tylko do Znaku Krzyża przed zaśnięciem, a przez cały dzień o Panu Bogu nawet nie pomyśli. Trzecim znakiem odchodzenia od wiary jest coraz mniejsze zainteresowanie dla pytań religijnych. Do tego stopnia, że rodzice potrafią nie słyszeć religijnych pytań, jakie zadają im ich własne dzieci. "Zapytaj o to katechetę", albo: "Jeszcze tego nie zrozumiesz" - zbywają takie pytania. Nie rozumieją, że w ten sposób tracą niebywałą szansę ożywienia własnej wiary, a swoim dzieciom przekazują groźny komunikat, że wiara to nic ważnego.

Pyta Pani, co powoduje, że ludzie niewierzący odnajdują wiarę. To wielki temat. Teraz zwrócę uwagę tylko na jeden szczegół. Dzisiaj jest taka moda, również wśród katolików, żeby krytykować Kościół, szyderczo "wydąć wargi" na samo wspomnienie katolickich zasad etyki seksualnej, powtarzać różne nieżyczliwe Kościołowi slogany. Otóż bywają ludzie niewierzący, którzy mają w sobie wystarczająco dużo wewnętrznej wolności, żeby tym stereotypom nie ulegać. Rzecz znamienna, że stosunkowo często właśnie wśród tych ludzi zdarzają się nawrócenia. Pan Bóg łaską wiary jakby wynagradza im ich autentyczność.

Czy nawrócenie wiąże się z radykalizmem?

Jednak nie powinno się mówić o radykalizmie ewangelicznym, jeśli od razu się nie doda, że nie ma on w sobie nic z zaciskania zębów, że w gruncie rzeczy jest on czymś lekkim i słodkim. Pan Jezus mówił o tym wyraźnie: "Przyjdźcie do Mnie wszyscy [...], weźcie moje jarzmo na siebie [...] Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a brzemię lekkie" (Mt 11,28-29). Powiem szczerze, że ja staram się unikać słowa "radykalizm", wolę mówić o zawierzeniu samego siebie - i na ile to tylko możliwe, całego siebie - Panu Jezusowi. Spróbuję to może przełożyć to na "zwykły" język: Nie da się "porządnie" ożenić, nie da się "porządnie" wyjść za mąż, jeżeli chłopak nie zawierzy się cały swojej dziewczynie i jeżeli ona nie zawierzy się cała swojemu chłopcu. Czy to jest radykalizm? Może tak, ale ja tego słowa nie potrzebuję do opisania tej postawy. Kiedy ktoś mówi o radykalizmie ewangelicznym, żeby podkreślić to, że w Pana Jezusa najzwyczajniej w świecie trzeba wierzyć na serio, to ja się całkowicie z nim zgadzam. Ale wolę patrzeć na wiarę w perspektywie małżeństwa, takiego całoosobowego, pełnego radości otwarcia się na Pana Jezusa. Chociaż nieraz ta radość, podobnie jak w dobrym małżeństwie, bywa trudna.

Idąc za myślą świętego Pawła człowiek nawrócony, to człowiek, który żyje według ducha. Jak Ojciec przybliżyłby tę rzeczywistość?

Nowy Testament rozróżnia tu dwa poziomy. Jest życie według Ducha Świętego, czyli życie w łasce uświęcającej i w Bożej obecności, życie odnawiane i pogłębiane przy nadprzyrodzonych źródłach. Wiadomo, co to za źródła: jest to wsłuchiwanie się w Słowo Boże, przynajmniej coniedzielna Msza Święta, podtrzymywanie jakichś nadprzyrodzonych więzi z innymi, korzystanie z sakramentu pokuty. Po czym poznać, że ja sam siebie nie oszukuję i naprawdę żyję "według Ducha"? Po owocach. Apostoł Paweł wyjaśnia, że owocami tymi są: "miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie" (Ga 5,22).

Drugi poziom, też ogromnie ważny, to życie według ducha z małej litery. Polega ono na tym, że staramy się przekraczać zarówno utylitarne, jak hedonistyczne podejście do życia, że staramy się realizować w naszym życiu to, co specyficznie ludzkie. Gabriel Marcel mówił o tym za pomocą rozróżnienia wartości typu "być" i typu "mieć". Rzecz jasna, wartości typu "mieć" też są ogromnie ważne, a jakieś ich minimum jest nawet niezbędne do życia: musimy przecież coś jeść, w co się ubrać, gdzieś mieszkać. Nie wolno nam jednak dopuścić do tego, że wartości typu "mieć" nas sobie podporządkują. Bo wtedy zaczyna się życie "według ciała" i człowiek staje się duchowym trupem. Rozmawiamy na temat nawrócenia. Otóż dopóki człowiek żyje "według ciała", możliwe są co najwyżej początki nawrócenia. Nie jest jeszcze nawrócony człowiek, choćby się uważał za człowieka wierzącego, kto nie stara się, żeby ostatecznym wymiarem jego życia było prawo miłości.

A jeśli to pragnienie ze strony człowieka, by żyć pełnią wiary nie znajduje "odpowiedzi" ze strony Boga? Sytuacje, że człowiek chce wierzyć, a jednak po prostu nie może, wcale nie są takie rzadkie...

Przychodził kiedyś do mnie, wiele razy, pewien człowiek niewierzący. Bardzo chciał uwierzyć w Chrystusa. Chciałoby się powiedzieć, że jak łania wody, tak on był spragniony wiary. A jednak Pan Bóg mu łaski wiary nie udzielał. Czułem, że musi być jakaś tego przyczyna. Bo przecież Pan Jezus zawsze daje się znaleźć temu, kto Go naprawdę szuka. Kiedyś wyznał mi, że nie mogąc patrzeć, jak jego umierający ojciec się męczy, postarał się o to, żeby skrócić mu życie. Z góry zastrzegł się, żebym nie próbował go przekonywać, że nie miał racji, bo on wie, że wtedy postąpił na pewno słusznie. Ja mu na to: "No, to jesteśmy w domu, teraz wiem, dlaczego jest pan ciągle niewierzący. To Bóg w Swoim Miłosierdziu nie chce udzielać panu wiary, dopóki nie oczyści pan swojego wnętrza. Zabijanie - również to z litości, również w ostatnich godzinach życia - jest wielką niegodziwością". Ten człowiek się na mnie obraził.

Wkrótce przeniósł się do innego miasta. Akurat miałem w tym mieście rekolekcje, zobaczyłem go, że przystępuje do Komunii Świętej. Zaprosił mnie do siebie. Okazało się, że był już głęboko wierzący. Przedtem uznał, że jego "miłosierny" postępek był ciężkim grzechem, i w ten sposób wielka przeszkoda do uwierzenia została usunięta. Zrozumiał, że on nie jest Bogiem i nie do niego należy ustalanie prawa moralnego. Kiedy ta przeszkoda została usunięta, Pan Jezus natychmiast zrealizował jego pragnienie wiary.

Wydaje mi się, że zwłaszcza młodym ludziom trzeba o tym przypominać, że wierzyć w Chrystusa to coś więcej, niż wyznawać chrześcijański światopogląd. Próbowałem na to zwrócić uwagę, kiedy mówiłem o nawróceniu św. Augustyna. Chodzi o tamten moment, kiedy miał on już całkowitą pewność co do prawdy wiary katolickiej, a ciągle pozostawał niewierzący. Wyznawał już chrześcijański światopogląd, a nie było w nim jeszcze wiary. Wiara zaczyna się dopiero wtedy, gdy zaczyna się moja sprawa z Bogiem Żywym, kiedy zaczynam Go kochać, tęsknić za Nim, szukać Jego łaski, wsłuchiwać w Jego głos, pragnąć wypełniać Jego Wolę.

Nawrócenie jest procesem indywidualnym. Czy znajduje ono odzwierciedlenie w wymiarze społecznym?

Mam wielu znajomych, którzy żyli w rodzinach niewierzących albo obojętnych religijnie, a jednak znaleźli Pana Jezusa. Nie zawsze, ale całkiem często pociągnęło to za sobą religijne ożywienie całej rodziny. Takie rodziny pozostałyby poza Kościołem, ale dzięki nawróceniu jednego ze swoich członków ożywiają się religijnie - niezależnie od tego, czy początkiem było nawrócenie męża, żony czy dziecka. "Jak mogliście mnie pozbawić takich skarbów!" - mówi 17-letnia córka, kiedy postanowiła przyjąć Chrzest. I wtedy nieraz jej rodzice przypominają sobie, że oni przecież są ochrzczeni, tylko o tym zapomnieli.

Podobnie bywa w różnych miejscach społecznych. Mam znajomą, która od lat pracuje w tym samym Instytucie razem z ludźmi, o których przedtem nie wiedziała czy są wierzący, czy nie. Tacy uczciwi, sympatyczni znajomi z pracy. Kiedy moja znajoma zaczęła doświadczać nawrócenia, było dla niej rzeczą naturalną, żeby nie ukrywać tego przed koleżankami i kolegami z pracy. Rychło okazało się, że większość tych ludzi to katolicy, nieraz bardzo porządni w swojej wierze, tylko wyhamowani z jej ujawnianiem na zewnątrz. Wystarczyła jedna osoba - i to żadne jej celowe działanie, żadne programowe apostolstwo - wystarczyło, że najzwyczajniej w świecie dzieliła się swoimi fascynacjami, żeby religijność przestała być wśród tych ludzi sprawą tak prywatną, że aż wstydliwą.

O tych, których widzimy blisko Pana Boga, często myślimy, że nie potrzebują jakiegoś szczególnego nawrócenia. Z czego powinien nawracać się na przykład zakonnik?

Całe nasze życie ma być nawróceniem, zwłaszcza w sensie metanoia, bo nawet człowiek jednoznacznie ukierunkowany ku Panu Bogu, jednak nie jest całkowicie przemieniony. Każdy z nas, dopóki jest na tej ziemi, musi się modlić:

"Panie Boże, racz wyjąć z mojej piersi serce kamienne i włóż we mnie serce czujące, serce z ciała".

Nawracanie się polega na ciągłym badaniu samego siebie, czy ja naprawdę chcę kochać Pana Boga z całej duszy i ze wszystkich sił. To również coraz głębsze uczenie się wrażliwości na drugiego człowieka, w przypadku zakonnika także na tego bliźniego, który mieszka pod tym samym dachem i chodzi w takim samym habicie. Zakonnik bowiem jest nie tylko kimś przeznaczonym do posługi w Kościele, ale także osobą żyjącą we wspólnocie, gdzie wszyscy jesteśmy ułomni, a niektórzy z nas są chorzy, słabi, albo przeżywają może jakiś kryzys.

Jeśli można poprosić o wątek autobiograficzny - czy w historii życia Ojca miała miejsce jakakolwiek forma nawrócenia?

We wczesnej młodości miałem bardzo trudne doświadczenie religijne. Ogarnęły mnie wtedy straszliwe ciemności w wierze, do tego stopnia, że nie wiedziałem już nawet tego, czy Pan Bóg istnieje, czy w ogóle życie ma sens. Pamiętam, że było to coś dotkliwie bolesnego, coś nie dającego się opowiedzieć. Miałem szczęście, że natrafiłem na mądrego księdza, który powiedział mi dwie rzeczy. Pierwsza wydawała mi się słuszna, ale z drugą, choć też była to rada bardzo mądra, nie mogłem się zgodzić. Powiedział mi tak: "Nie próbuj na konto swoich ciemności odchodzić od Bożych przykazań, a nawet tym bardziej się ich trzymaj, bo inaczej zginiesz". A drugą radę dał mi taką: "Pilnuj modlitwy, Mszy Świętej, nie zaniedbuj spowiedzi ani Komunii Świętej". Przeciwko temu buntowałem się. "Przecież to nieuczciwe modlić się, a zwłaszcza przystępować do sakramentów, jeśli ja nie mam pewności nawet co do tego, czy Pan Bóg istnieje" - powiedziałem temu księdzu. On jednak dobrze wyczuł prawdę mojej sytuacji wobec Pana Boga, że to nie jest moje odejście od Pana Boga, tylko szansa, abym się w mojej wierze oczyścił i pogłębił. I potrafił mnie o tym przekonać.

Kierując się wezwaniem Jezusa "nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię", każdy człowiek winien wejść na drogę przemiany. Jaki jest cel tej przemiany?

Celem jest życie wieczne, celem jest, żeby obecnego życia nie zmarnować i dojść do życia wiecznego.

Czy jest coś, co szczególnie Ojciec chciałby przekazać dziś młodym ludziom?

Chciałbym coś powiedzieć zwłaszcza tym młodym ludziom, którzy widzą, że wielu ich kolegów i koleżanek odchodzi od Pana Jezusa. Dokładnie taka sytuacja jest opisana pod koniec szóstego rozdziału Ewangelii Jana. Wielu się wtedy do Niego zniechęciło i porzuciło Go. Pan Jezus nie próbował ich przy sobie zatrzymać. Wręcz przeciwnie, do tych, którzy przy Nim zostali, powiedział:

"Może wy też chcecie odejść?" Wtedy Piotr Mu odpowiedział: "Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego!"

Otóż warto sobie tę scenę zapamiętać szczególnie. Bo tylko martwe drewno płynie zawsze z prądem rzeki. Ryby, zdrowe ryby, potrafią płynąć zarówno z prądem jak pod prąd. Człowiek prawdziwie wierzący nie odejdzie od Chrystusa ani wtedy, kiedy widzi, że prawie wszyscy w Niego wierzą, ani wtedy, kiedy ludzie całymi masami Go porzucają. I w jednej i drugiej sytuacji mówią Mu: "Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego!"

rozmawiała Małgorzata Wszołek

Po co ci nawrócenie?

Jeżeli będziecie trwać w nauce mojej, będziecie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli (J 8, 31)

Mały jesteś w obliczu swoich smutków,
które wydają się ciebie przerastać.
Kruchy jesteś w obliczu swoich lęków,
których nie potrafisz określić.
Bezradny jesteś w obliczu wielu problemów,
których nie potrafisz rozwiązać
Zagubiony jesteś w obliczu niejasności,
których nie jesteś w stanie rozsądzić i rozeznać.
Słaby jesteś w obliczu swoich postanowień,
których nie jesteś w stanie zawsze dotrzymać.
Nieświadomy jesteś w obliczu różnych krzywd,
które wyrządzasz i nie umiesz dojrzeć.
Pewny jesteś w swoim sercu,
które nie widzi złego i słusznie myśli.
zdziwiony jesteś w obliczu zarzutów,
które są ci stawiane, bo nie starasz się im przyjrzeć.
Ogłupiały jesteś w obliczu tego,
czego od ciebie wymagają i tego, co nazywają dobrem i złem.
Niedowiarkiem jesteś w obliczu Wcielonej Miłości,
której istnienia nie jesteś w stanie pomieścić w swojej głowie.

Daleko jesteś... od spokoju i harmonii.
Zniewolony jesteś..., bo podlegasz tym wszystkim zjawiskom.

Po co Ci nawrócenie?
Byś wyszedł z potrzasku.
Byś czuł się wolny.
Byś się cieszył.
Byś się nie bał.
Byś rozeznał, co jest prawdą.
Byś stawał się silnym.
Byś był świadomy siebie.
Byś poznał dobro i zło.
Byś odzyskał spokój.
Byś nie czuł się bez sensu i byś wiedział kim jesteś.
Byś poznał Miłość, która cię przyciąga.
Byś poznał szczęście, które cię czeka.
Byś poznał swego Boga, który cię wyzwala.
Byś uwierzył, że dzięki Bogu pragniesz kochać.

Justyna Kostecka

avatar użytkownika intix

50. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Nie sądźcie

Środa, 11 marca 2015 roku
Mateusz 5,17-19

Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim.


"Nie przyszedłem znieść, lecz nadać pełnię" (tłum. żydowskie). Żydowscy nauczyciele twierdzili, że człowiek "znosił" Prawo, okazując brak posłuszeństwa wobec jego przykazań, bowiem w ten sposób odrzucał jego autorytet. Tymczasem Jezusowi postawiono zarzut o ogromnej sile rażenia; otwarcie przekonywał, że Prawo nie ma już mocy obowiązującej. Nie było to intencją Nauczyciela. Jego troską była właściwa interpretacja Prawa, nie zaś jego znoszenie. Spotykał się często z faktem, że Prawo było błędnie interpretowane przez uczonych w Piśmie i faryzeuszów.

"Ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie". Nauczyciele żydowscy mówili, że Prawo jest święte i nikt nie może jakiejś jego części uznać za nieistotną, a więc i nie wartą przestrzegania.

Jezus przyszedł, aby nadać pełny sens Prawu i Prorokom. "Nadać pełnię" tłumaczy się "napełnić". Jezus przyszedł, aby nadać pełnię naszemu rozumieniu Prawa i Proroków tak, abyśmy mogli z lepszym skutkiem starać się być tym i czynić to, co oni nakazują. Naszym zadaniem jest wypełnić Prawo i Proroków w taki sposób, aby doprowadzić do doskonałości fundament, na którym ma się następnie budować.

Jezus przypomina, że sprawiedliwość tych, którzy Jemu uwierzyli powinna być większa od sprawiedliwości uczonych w Piśmie i faryzeuszów. Uczeni w Piśmie byli specjalistami w dziedzinie Prawa. Podkreślali w interpretacji przepisów Prawa znaczenie właściwych intencji serca. Jezus nie krytykuje ich nauki, lecz ich serca, intencje, którymi się kierują, ponieważ uważają się za ludzi religijnych. Tymczasem uczeni w Piśmie i faryzeusze, oraz wspólnoty religijne, którymi oni kierowali były wrogo nastawione do chrześcijan żydowskiego pochodzenia.

Człowiek sprawiedliwy jest prawy, prostolinijny, czyniący to, co słuszne, jest także prawdomówny i wierny. Ludzie sprawiedliwi często doświadczają wielkiego bólu i straty. Niczym nie zasłużyli sobie na takie przeżycia. Kiedy spotyka ich niesprawiedliwość dalecy są od posądzania Boga o postępowanie niesprawiedliwe wobec nich. Wierzą oni, zgodnie z Pismem świętym, że Bóg jest sprawiedliwy i postępuje sprawiedliwie.

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++

oraz rozważania:

Olśniewające wypełnienie Prawa i Proroków!

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

53. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Niemy zaczął mówić

Czwartek, 12 marca 2015 roku
Łukasz 11, 14-23

Raz wyrzucał złego ducha u tego, który był niemy. A gdy zły duch wyszedł, niemy zaczął mówić i tłumy były zdumione. Lecz niektórzy z nich rzekli: "Przez Belzebuba, władcę złych duchów, wyrzuca złe duchy". Inni zaś, chcąc Go wystawić na próbę, domagali się od Niego znaku z nieba. On jednak, znając ich myśli, rzekł do nich: "Każde królestwo wewnętrznie skłócone pustoszeje i dom na dom się wali. Jeśli więc i szatan z sobą jest skłócony, jakże się ostoi jego królestwo? Mówicie bowiem, że Ja przez Belzebuba wyrzucam złe duchy. Lecz jeśli Ja przez Belzebuba wyrzucam złe duchy, to przez kogo je wyrzucają wasi synowie? Dlatego oni będą waszymi sędziami. A jeśli Ja palcem Bożym wyrzucam złe duchy, to istotnie przyszło już do was królestwo Boże. Gdy mocarz uzbrojony strzeże swego dworu, bezpieczne jest jego mienie. Lecz gdy mocniejszy od niego nadejdzie i pokona go, zabierze całą broń jego, na której polegał, i łupy jego rozda. Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie; a kto nie zbiera ze Mną, rozprasza.


"Gdy zły duch wyszedł, niemy zaczął mówić". Szatan blokuje naszą zdolność mówienia, możność posługiwania się słowem. Mówienie, jest wypowiadaniem tego, co jest w sercu. Powinno ono być roztropne, rozsądne, przewidujące następstwa mojej wypowiedzi. Otwartość i szczerość, prawdomówność chronią od złego. Nie można zapominać, że przyczyniają się do oczyszczenia relacji z innymi. Zły duch stosuje metodę, którą wprowadza w styl życia wielu osób, nie ujawniania tego, co naprawdę myślą i czują. To, czego nie wypowiem, a jest rzeczywistością bolesną, spowodowaną rozczarowaniem, niedomówieniem – może niszczyć we mnie zdolność mówienia tego, co prawdziwe. Nie dzielenie się z innymi osłabia więzi a nawet je niszczy. Zasada ta odnosi się zarówno do relacji z Bogiem, jak i z ludźmi.

Kiedy nie otwieramy swojego serca, osłabia się jego dobra wrażliwość. Zamknięte serce ulega deprawacji. Myśli i odczucia, przeżycia, rany serca powinny być oczyszczane przez rozmowę z Bogiem i z człowiekiem. Dialog wycisza, uspokaja, uwalnia od gniewu i agresji. Konieczne jest dzielenie się z tymi, którzy są otwarci na słowo Jezusa. Nie należy wchodzić w dialog z osobami sfrustrowanymi, rozgoryczonymi, poddanymi duchowi buntu i negacji. Owoc naszej rozmowy może być taki, jakiego jest ducha ten, z którym rozmawiam.

Jezus walczy o zdolność człowieka do mówienia, wyrażania myśli i uczuć serca. Po uwolnieniu od Złego ducha, zaczął mówić. Pierwszym, który stanął przed nim, jako rozmówca, był Jezus. Naszego rozmówcę poznajemy po tym, co rodzi się w naszym sercu. Mamy na uwadze ducha "mocy i miłości, i trzeźwego myślenia" (2 Tm 1,7).

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

56. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Będziesz miłował

Piątek, 13 marca 2015 roku
Marek 12,28b-34

"Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań?" Jezus odpowiedział: "Pierwsze jest: Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz, Pan jest jeden. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Drugie jest to: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Nie ma innego przykazania większego od tych". Rzekł Mu uczony w Piśmie: "Bardzo dobrze, Nauczycielu, słusznie powiedziałeś, bo Jeden jest i nie ma innego prócz Niego. Miłować Go całym sercem, całym umysłem i całą mocą i miłować bliźniego jak siebie samego daleko więcej znaczy niż wszystkie całopalenia i ofiary". Jezus widząc, że rozumnie odpowiedział, rzekł do niego: "Niedaleko jesteś od królestwa Bożego". I nikt już nie odważył się więcej Go pytać.


Konieczna jest świadomość tego, co w życiu pierwsze. Pierwsze jest słuchanie Boga. On jest. Słuchając Go poznajemy, że jest naszym Bogiem, kiedy mówi do nas. Bóg mówiąc do człowieka, w tym objawia swoją miłość. Wyrazem naszej miłości jest słuchanie Boga. Słuchać, to równocześnie odpowiadać, czyli wypełniać. Nie słucha ten, kto nie wypełnia słów Boga. Odpowiadanie Bogu zgodne z pragnieniem Jego serca, jest naszym powołaniem.

Albo człowiek miłuje całym sercem, umysłem, duszą i mocą, albo nie miłuje wcale. Boga nie można miłować jedynie jakąś częścią siebie. Miłość obejmuje wszystko, co dla człowieka jest ważne. Co jest ważne? Serce, umysł, dusza i moc. Szukając odpowiedzi na pytanie, jaki jest człowiek, co jest dla niego ważne, jaka jest jego relacja z Bogiem, winien patrzeć na to, czym on żyje w sercu, w umyśle, w duszy oraz w jakie sprawy najczęściej angażuje swój czas, entuzjazm, pragnienia.

Pierwsza część przykazania miłości wyjaśnia wszystko. Ten, kto miłuje Boga, miłuje też człowieka. Jezus wyjaśnia, że miłość do drugiego winna być w nas taka, jaką mamy do samych siebie. Dlaczego czasem źle traktujemy innych? Ponieważ nie ma w nas miłości do siebie samych. Ten brak miłości do siebie, wskazuje na brak miłości Boga. Bóg mnie miłuje, bez względu na to, jak żyję. Miłość samego siebie nie może pojawić się wtedy, kiedy nasze życie będzie całkowicie uporządkowane. To nie jest możliwe. Kochamy siebie takimi, jacy w tej chwili jesteśmy, a jesteśmy grzesznikami.

Nie może mówić ktoś, iż miłuje Boga i bliźniego, jeśli nie miłuje siebie samego. Czym jest miłość samego siebie? Jest przede wszystkim patrzeniem na siebie w prawdzie. Dostrzeganiem zarówno dobra jak i zła, swojej wielkości i małości. Miłość, to szacunek do siebie, poznanie i rozwijanie darów otrzymanych od Boga. Bycie dla siebie dobrym, miłosiernym, wyrozumiałym, przebaczającym, cierpliwym, łagodnym. Poniżanie samego siebie w sercu prowadzi do braku miłości nie tylko własnej osoby, lecz także Boga i bliźniego.

Miłość, o której mówi Jezus, odnosi się najpierw do Boga, potem do bliźniego, a następnie do mnie samego. Nie mogę być innym dla Boga, dla drugiego człowieka, a innym dla siebie. Po odniesieniu do własnej osoby poznaję, czy jest we mnie miłość, którą dał mi Pan.

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

57. Droga Krzyżowa - Narodu Polskiego

"Co jest największą wartością? Nie mądrość ludzka, nie urząd, nie bogactwo. Największą wartością jest poświęcenie się dla dobra ludzi. I kto poświęca siebie dla drugiego znajdzie wszystko. A kto poświęca drugiego dla siebie straci wszystko".(z Księgi Narodu: Pielgrzymstwa Polskiego Adama Mickiewicza)


I. Niewinny Jezus skazany na śmierć przez żydów.
I Rzeczpospolita nie prowadziła wojen zaborczych, jej katolicka ludność nie prześladowała nikogo. Była potęgą, a kolonii nie zakładała. Mimo to Rosja wykorzystując i wzniecając powstanie Chmielnickiego 1654-1686, zabierając nam Zadnieprze, rozpoczynając ekspansję na Zachód skazała Polskę na śmierć.

II. Jezus bierze Krzyż by zbawić świat.
28.11.1768 r. w Barze na Podolu organizuje się Konfederacja, która bierze na swoje ramiona ciężar ratowania Polski. 4.III.1768 r. powołany został związek wojskowy konfederacji. Konfederacji "Wolność i niepodległość Ojczyzny, wiarę świętą katolicką własnym życiem i krwią bronić, gwałtów nie czynić... na zdrajców, kara i śmierć". Hasło: Jezus Maryja, umrzeć albo zwyciężyć. Walki Konfederacji Barskiej trwały 4 lata przy udziale 200 tysięcy ochotników. I chociaż zakończyły się klęską to jednak mesjański sens tej ofiary zrozumiały następne pokolenia, zmagające się z rosyjską przemocą "Za wolność naszą i waszą".

III. Jezus upada pod Krzyżem pierwszy raz
W lutym 1772 r. Rosja zawiera tajny układ o przeprowadzeniu rozbioru Rzeczypospolitej z Austrią i Prusami. Rosja zajęła około 100 tys.km kw., Austria 80 tys.km kw., a Prusy ponad 30 tys. kw.. Upadek był ciężki, a droga męki długa jeszcze i daleka jak pisał później Słowacki "gdy szaty matki naszej na troje pocięto. To wielu zdrajców przedzieżgnięto i skalano, a wszystkich nas łańcuchem z trupem powiązano".

IV. Jezus spotyka Matkę.
"Solidarności" przypadnie budowanie wskrzeszonej III Rzeczypospolitej opartej na wartościach dziejowych - chrześcijańskich. Wśród tłumu otaczającego Jezusa jedynie Jego Matka najlepiej rozumiała to co się działo z Jej Synem.
Caryca Katarzyna II chcąc nadać pozory legalności I rozbioru mimo zgody jej kochanka Króla St. Augusta i rządu, zarządała zgody Sejmu. Większość sejmików na których wybierano posłów na ten "specjalny sejm" uznała, że najwłaściwszą odpowiedzią będzie bojkot. Zdrajcy i zwolennicy "mniejszego zła", posługując się groźbami, szantażem i przekupstwem zdołali wybrać tylko około 100 posłów, czyli 1/3 tej ilości , która normalnie konstytuowała Izbę Polską. Ziemię Nowogrodzką reprezentował Tadeusz Rejtan, który razem ze swymi przyjaciółmi narażając się zaprotestował. Zapłacił za to konfiskatą majątku sam poniósł śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach. Wobec posłów wypowiedział słowa: "Zabijcie mnie, zdepczcie, lecz nie zabijajcie Ojczyzny".

V. Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść Krzyż Jezusowi przez to niejako identyfikuje się z Jezusem.
W historii narodu polskiego Kościół Katolicki zidentyfikował się z narodem polskim. Początek identyfikacji dała Konfederacja Barska, która przyjmowała do swoich szeregów tylko Polaków Katolików. Nie przyjmowała prawosławnych, ponieważ władzę duchową, nad nimi sprawował car, ani protestantów, gdyż ci podlegali pod Króla Pruskiego. Kościół Katolicki nigdy nie zdradził narodu Polskiego. Naród Polski nie zdradził Kościoła.

VI. Spotkanie Św. Weroniki. Konstytucja Trzeciego Maja
Konstytucja 3 Maja jest w naszych dziejach momentem wzniosłym. Równała ona wszystkie stany, wprowadzała tron dziedziczny oraz naprawiała Rzeczypospolitą. Weronika ocierając twarz przywraca Jezusowi jego godność ludzką. Konstytucja 3 Maja przywróciła Polsce jej należną godność w oczach Europy i świata. Była pierwszą najbardziej demokratyczną Konstytucją w Europie, drugą po Stanach Zjednoczonych. Minister pruski dzień ogłoszenia Konstytucji 3 Maja nazwał największym wydarzeniem w wieku, a caryca Katarzyna II była oburzona. Konstytucji tej bała się Rosja carska, Rosja bolszewicka, rządy PRL i PRL-bis ponieważ już ona budowała solidarność wszystkich stanów.

VII. Jezus powtórnie upada.
W naszej historii to II rozbiór Polski. Rosja była za słaba by walczyć samodzielnie z Polską skłoniła Prusaków do współudziału. Umowa rozbiorowa została podpisana 23.1.1793 r. Rosja posiadała 250 tys. km kw., Prusy 53 tys. km kw.. 22 lipca 1793 r. sejm w Grodnie złożony ze zdrajców (Targowiczan) podpisał traktat rozbiorowy.

VIII. Jezus pociesza płaczące niewiasty.
Płacz niewiast nie przyniósł ulgi cierpiącemu, ale był wyrazem solidarności z nim. Po raz pierwszy w naszych dziejach chłopi stanęli solidarnie ze szlachtą w powstaniu Kościuszkowskim w 1794r. i w bitwie pod Racławicami wnieśli istotny wkład w dzieło zwycięstwa. Około 3,5 tys. powstańców przepędziło garnizon rosyjski liczący prawie 8 tys. wojska. 22.IV. I794r. wybuchło zwycięskie powstanie w Wilnie. Kościuszko chcąc zmobilizować do walki większą ilość chłopów awansował na oficera Bartosza Głowackiego, a pod Połańcem 7.V.1794r. ogłosił universal, zapewniający chłopom wolność osobistą i zwolnienie od pańszczyzny tych chłopów, którzy przystąpią do powstania. Powstanie zakończyło się tragiczną bitwą pod Maciejowicami 10.X.1794r. Ranny Kościuszko dostał się do niewoli. W początkach listopada 1794r. Suworow dokonał rzezi Pragi. Nie płaczcie nade mną, lecz nad sobą i waszymi dziećmi. Bez przestrzegania zasad moralności i solidarności ludzie i narody będą dla siebie gorsi od wilków.

IX. Jezus upada trzeci raz.
III rozbiór Polski.Takim upadkiem był w naśladowaniu Chrystusa III rozbiór Rzeczypospolitej dokonany w r. 1795. Potęga Jagiellonów w gruzach, królowie w grobach. Została korona, symbol władzy. Opatrzność sprawiła, że wcześniej po potopie szwedzkim Król Jan Kazimierz we Lwowie złożył koronę czyniąc Matkę Bożą, Królową Korony Polskiej. Polaków z trzech zaborów łączyła Maryja, Królowa Polski, Częstochowa stała się stolicą duchową Polaków. Stanisław August Poniatowski 25 .XI. 1795 r. ogłosił swoją abdykację, państwo polskie przestało istnieć. Rosja zagarnęła nam ponad 500 tys. km kw., Prusy 148 tys. km kw., Austria 123 tys.km kw. Pod zabór Rosji trafiło ponad 6 milionów ludzi Rzeczypospolitej. Pod panowanie Prus 3 miliony, Austrii 4 miliony. Mocarstwa zaborcze zobowiązały się między sobą, że nigdy nie wprowadzą do swych tytułów imienia ani łącznego określenia Królestwo Polskie, które odtąd zniesione będzie na zawsze. Uzgodniono też wspólną politykę dotyczącą Kościoła Katolickiego poddając go pod kontrolę państw zaborczych. Kontakty z Rzymem miały być ograniczone lub całkowicie wyeliminowane. Księża mieli pełnić funkcję urzędników państwowych, prowadzących sprawy z zawieraniem małżeństw, urodzin i zgonów. Klasztory miały być likwidowane, a seminaria duchowne poddane ścisłej kontroli władz świeckich.

X. Jezus odarty z szat.
Nagość jest symbolem gorzkiej prawdy. Dla Polaków gorzką prawdą była rusyfikacja. Rosja chciała nie tylko ziemi polskiej, ale i duszy polskiej, dlatego rusyfikowano Polaków. W listopadzie 1830 r. kadeci po zdobyciu Arsenału z bronią rozpoczęli powstanie. We wrześniu 1831 padła Warszawa. Zwyciężona, ale nie pokonana. Wojsko polskie szło na emigracyjną tułaczkę. Duch polskiej narodowości chronił się w poematach i dramatach wieszczów: Mickiewicz "Pan Tadeusz", Słowacki "Kordian", Krasiński "Irydion".

XI. Przybicie do krzyża.Powstanie styczniowe 1863-64.
Prasa organiczna przygotowała warstwy chłopskie do powstania. Chłopi nie ruszyli clo walki, omanieni przez cara uwłaszczeniem zajęli nawet wrogie stanowiska clo powstańców. Powstanie upadło. Zsyłki i terror zastraszyły to pokolenie Polaków. Dążenia wolnościowe zostały przybite do krzyża na lat. 50. Dopiero dzieci tych ojców w czasie I wojny światowej zdali egzamin przed historia. Po 123 latach II.XI. 1918 r. wskrzesili II Rzeczypospolitą. Powstanie trwało 15 miesięcy. Czynnie walczyło w powstaniu około 200 tys. ochotników. Ponad 20 tys. zginęło, 40 tys. zesłano na Sybir. Około 10 tys. wyemigrowało, skonfiskowano prawie 5 tys. majątków. Przeprowadzono kasatę klasztorów katolickich, a nawet całych zakonów. Były to wielkie ofiary.

XII. Śmierć na Krzyżu. IV rozbiór Polski.
Krótko trwała niepodległość II Rzeczypospolitej. Związek Sowiecki - Stalin i Rzesza Hitlera w nocy z 23/24 sierpnia 1939 r. podpisały na Kremlu dwa układy: jawny - zwany traktatem o nieagresji i tajny zwany protokołem dodatkowym. W tym ostatnim zaznaczono IV rozbiór Polski. Granica między Rosją a Niemcami miałaby przebiegać po linii rzeki Narew, Wisła i San. 28 września 1939r. w prasie niemieckiej i sowieckiej publikowano zdjęcia wspólnych parad i defilad. Agresorzy dzielili się łupem 52% obszaru Polski zagarnęli sowieci.
Do biologicznego zniszczenia Polski miały posłużyć:
1) zniszczenie inteligencji
2) zachęcanie do przerywania ciąży
3) rozpicie alkoholem narodu.

XIII. Zdjęcie z krzyża. Powstanie Warszawskie
W naturze matki tkwi mocne przeżywanie cierpień dziecka. Na widok ran Jezusa miecz boleści przeszył Serce Maryi. Taką sama. raną dla Polaków było Powstanie Warszawskie (1VIII 3.X.1944r.). Do powstania zachęcali sowieci. Polacy w tym czasie nie wymawiali Związkowi Sowieckiemu jego wspólnej walki z Hitlerem przeciwko Polsce. Nie wymawiali zbrodni , łagrów, Katynia, Miednoje i innych. W tym czasie tak, jak Polacy tak i Rosjanie walczyli na śmierć i życie z potęgą Hitlera. Pomoc Rosji uchroniłaby wielu od śmierci. Przyczyniłaby się do rozbrojenia i przepędzenia Niemców. Sowieci postąpili inaczej. Wstrzymali działania frontowe. Nie wyrażali zgody na lądowanie samolotów alianckich, przyglądali się jak kona Warszawa. Nawiązali do niechlubnej tradycji Rosji, która od XVII wieku skazywała Polskę na zagładę.

XIV. Złożenie do grobu
Chrystus w grobie.
Przeciwnicy Jego osiągnęli swój cel. Jednak bali się czegoś, skoro grób opieczętowali i zmusili władze decyzyjne do postawienia straży.
W 1945 r. Rosja osiągnęła swój cel. Cala Polska znalazła się pod ich okupacją. Dla zniszczenia narodu polskiego kontynuowała cele ustalone z Hitlerem, a nawet je udoskonaliła. W miejsce zachęty do zabijania nienarodzonych wprowadzono ustawę z 27.IV.1957r. legalizującą zbrodnię ludobójczą. Rozpito Polaków tak, że przypada 11 litrów alkoholu na głowę mieszkańca. Systematycznie niszczono inteligencję polską. Ponadto zadłużono naród na wiele pokoleń. Zatruto środowisko naturalne, rozbito więzi społeczne, systematycznie odcinano naród od jego historii. Stalin dla osiągnięcia tych celów powołał rząd złożony z Targowicy aktualnych enkawódzistów, którzy za srebrniki judaszowskie niszczyli Naród Polski. Wyróżniającymi zbrodniarzami byli: Bierut, od 1923 członek partii komunistycznej bolszewickiej, Jaruzelski - pracujący w czasie wojny w zwiadzie konnym. (W zwiadzie pracowali tylko enkawódziści). Minc - pseudoekonomista; Berman - prawnik, szef bezpieki; Brystigrowa - szatanistka, wróg Kościoła oraz inni. Wielu z nich lub ich synów działa obecnie w strukturach państwa polskiego, dokonując destrukcji i utrzymując kontakty z mocodawcami w Moskwie. Jest to współczesna Targowica wysługująca się Moskwie bądź masonerii.

+++
Droga Krzyżowa Chrystusa nie zakończyła się grobem lecz Zmartwychwstaniem zwycięstwem. Droga Krzyżowa narodu polskiego też zakończy się zmartwychwstaniem III Rzeczypospolitej, wolnej, niezależnej i suwerennej.
Znakami dla nas są:
a) papież Polak. Gomułka nie wpuścił papieża Pawła VI do Polski. Matka Boża, którą Bóg dał nam ku obronie, sprawiła że z Polski wyszedł papież, który za PRL i PRL-bis był w Polsce,
b) "Solidarność" Polska. O polskim papieżu na zachodzie pisano, że pochodzi z narodu pijaków. Z tego narodu "Pijaków" powstała polska Solidarność. To nie potęga zachodu zniszczyła system komunistyczny, ale "Solidarność". Wprawdzie zdradzana i opluwana przez tzw. doradców, byłych towarzyszy z PZPR. Mamy nadzieję i pewność, że powstanie polska "Solidarność", która nawiąże do korzeni swoich przodków, dla których Bóg, Honor, Ojczyzna były największą wartością.

Teksty: Ks.kanonik Marian Lipski

+ † +
Ojcze nasz...
Zdrowaś Maryjo...
Chwała Ojcu...

Któryś za nas cierpiał Rany...

Jezu Chryste… zmiłuj się nad nami…
I Ty… Któraś Współcierpiała…
Matko Bolesna…
Przyczyń się za nami…”


+++

WOKÓŁ KRZYŻA... Ostateczne Zwycięstwo...?

avatar użytkownika intix

58. Słowo Boże na dziś...

SŁOWO

+++
a także:

Powróćmy do Pana!

Sobota, 14 marca 2015 roku
Oz 6,1-6

"Chodźcie, powróćmy do Pana! On nas zranił i On też uleczy, On to nas pobił, On ranę zawiąże. Po dwu dniach przywróci nam życie, a dnia trzeciego nas dźwignie i żyć będziemy w Jego obecności. Dołóżmy starań, aby poznać Pana; Jego przyjście jest pewne jak świt poranka, jak wczesny deszcz przychodzi On do nas, i jak deszcz późny, co nasyca ziemię". Cóż ci mogę uczynić, Efraimie, co pocznę z tobą Judo? Miłość wasza podobna do chmur na świtaniu albo do rosy, która prędko znika. Dlatego ciosałem ich przez proroków, słowami ust mych zabijałem, a Prawo moje zabłysło jak światło. Miłości pragnę, nie krwawej ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń.


Jedyną odpowiedzią na zagubienie człowieka, jest jego powrót do Pana. Bóg rani, aby człowiek zaczął myśleć o swoim powołaniu i ostatecznym przeznaczeniu. Ranienie człowieka przez Boga jest równoznaczne z Jego uwrażliwianiem ludzkiego serca, a tym samym, odzyskiwaniem go. Bóg rani dla uleczenia, a drogą prowadzącą do uzdrowienia, jest oczyszczające cierpienie duchowe, moralne i fizyczne. Zmagamy się z Bogiem, walczymy z Nim, choć o tym nie wiemy, nie jesteśmy świadomi tego.

Bóg pielęgnuje człowieka słuchającego Jego Słowa. Konieczne jest dostrzeżenie w ranach, które są naszym udziałem, źródła nawrócenia. Bóg odzyskuje nas przez swoje i nasze rany. Gdybyśmy nie pozwolili się zranić, On nie mógłby się do nas zbliżyć, aby nas uleczyć. Dostrzec w swoim zranieniu rękę Boga, to wejść w przestrzeń oddziaływania Jego Ducha. Życie odzyskujemy przez rany, które zadaje nam Bóg. On są Jego pocałunkiem. W taki sposób możemy żyć w Jego obecności.

Tam, gdzie rany człowieka, tam i wołanie Boga, który pragnie być poznany. Najczęściej zranienie rodzi sprzeciw, bunt, gniew, trwanie w żalu. Poznanie Pana chroni przed niezrozumieniem Jego zamiarów. On przychodzi do nas w swoim czasie, nie w tym, który dla nas wydaje się zbawienny.

Nasza miłość Boga jest chwilą. Teraz kocham Pana, lecz za chwilę, kiedy pojawi się ciosanie trudnym doświadczeniem, ona znika, jakby jej nigdy nie było. Bóg posyła proroków. Bóg daje swoje Słowo przez kochającego mnie, zatroskanego człowieka. Słowa ludzi, którzy kochają, bolą, kiedy Bóg upomina się o nas.

Poznając Boga, znamy Jego pragnienia. Jakie one są? Najważniejszym z nich jest miłość. Bóg, który jest Miłością, chce być kochanych przez tych, których stworzył i zbawił i uświęca z miłości. Drugim pragnieniem Boga jest to, aby człowiek Go poznawał, nieustannie poznawał. To bowiem prowadzi do zbliżenia, takiej bliskości, która jest życiem w Jego obecności.

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++
oraz rozważania

Faryzeusz i celnik – w nas!?

***
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

59. Słowo Boże na dziś...

SŁOWO

+++
a także:

Zbliż się do światła

Niedziela, 15 marca 2015 roku
IV Niedziela Wielkiego Postu
Jan 3,14-21


A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu.


Mojżesz wywyższył węża na pustyni. W taki sposób Bóg leczy, uzdrawia swój lud. Jak można leczyć wężem? To nie jest leczenie wężem, to leczenie wiarą. Wiara leczy, nie przedmioty materialne, nie to, co stworzone przywraca życie, lecz sam Stwórca. Ten, kto wierzy w Chrystusa teraz odzyskuje życie wieczne w sobie. Trzeba umieć patrzeć na ten świat, który, z jednej strony nas niszczy, zatruwa, pozbawia tego, co w człowieku boskie, duchowe; z drugiej zaś, patrzenie na świat z wiarą pomaga człowiekowi odzyskać bliskość życia z Bogiem. Wiara, to życie w bliskości Boga.

Żeby się nie zniechęcić i nie załamać, i nie twierdzić, jak czynią to niektórzy, że Bóg o nas zapomniał, trzeba odzyskać wzrok wiary, przez patrzenie na Chrystusa Ukrzyżowanego. Patrząc na Pana, nie giniemy, lecz przechodzimy ze śmierci do życia. Nikt z nas nie został przeznaczony na potępienie, lecz wszyscy do zbawienia.

Wiara uwalnia od potępienia. Jej brak jest pozbawianiem się Bożego Miłosierdzia. Wiara jest zaproszeniem Boga, jej brak, odrzuceniem zaproszenia. Wiara jest propozycją Boga do życia człowieka w świetle. Niewiara, to decyzja na życie w ciemności. Niewiara, to umiłowanie życia w ciemności, umiłowanie złych czynów.

Czyniąc zło doprowadzam do tego, że narasta we mnie nienawiść do tego, co Boże, święte i czyste. Złe uczynki sprawiają, że oddalam się od światła, a tym samym od Boga, od Jego życia we mnie. Wiara czyni moje życie przejrzystym, klarownym, jednoznacznym. Niewiara sprawia, że życie moje jest skomplikowane, zagmatwane, niejednoznaczne, z dnia na dzień coraz trudniejsze.

Spełnianie wymagań prawdy, życie w prawdzie, jest trudne, wymagające, lecz dające pocieszenie, którego świat dać nie może. To prawda wyzwala, nieprawda zaś czyni niewolnikiem. Życie w prawdzie daje nam umocnienie i głębokie przeświadczenie o wygraniu życia, zarówno doczesnego jak i wiecznego. Życie w nieprawdzie, to przegrana. Życie w nieprawdzie to czyny człowieka nie dokonane w Bogu, On w nich nie obecny. To, co czynimy bez Chrystusa, co nie czynimy dla Niego, jest pozbawione światła. I to jest niewiara, i to jest brakiem patrzenia na Krzyż.

Tak ważna i odnawiająca nasze życia wiary jest antyfona do dzisiejszego Psalmu: „Kościele święty, nie zapomnę ciebie”. W Kościele, w słowie Bożym czytanym i słuchanym oraz wyjaśnianym we wspólnocie, buduje się, odnawia i pogłębia moja wiara, moje spojrzenie na krzyż. Zapomnienie o Kościele, to zapomnienie o Chrystusie Ukrzyżowanym i Zmartwychwstałym, to zapomnienie o konieczności odnowy życia, aby postępować w światłości. Życie w światłości, to życie w Bogu.

Ks. Józef Pierzchalski SAC
+++
oraz rozważania

W RADOŚCI albo STRAPIENIU – dwa rodzaje istnienia

***
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

61. O ignorancji religijnej

O ignorancji religijnej

Jest to grzech, do którego się właściwie nawet nie poczuwamy, gdyż trwanie w nim uważamy za stan zupełnie normalny. Sądzimy, że uległość starczy za wiedzę, że nieznajomość spraw Bożych stanowi owo „ubóstwo ducha”, które prowadzi do Królestwa niebieskiego, że wreszcie przekraczanie „wiary prostaczków” byłoby zarozumiałością.

Pod pretekstem „szanowania i nienaruszania świętych tajemnic” nie zajmujemy się tedy wcale doktryną wiary katolickiej. Sądzimy nadto, że nasze obowiązki religijne są natury czysto praktycznej, że natomiast w dziedzinie intelektualnej jedynym obowiązującym nas nakazem jest posłuszeństwo. Uważamy, że aby być dobrym katolikiem wystarczy spełniać przykazania boskie i kościelne, umieć na pamięć Skład Apostolski i wiedzieć, kiedy należy odpowiedzieć „amen”.

Bylibyśmy niepomiernie zdumieni, gdyby nam zarzucono, że stanowisko takie graniczy z herezją. A przecież w gruncie rzeczy zbliża się ono do stanowiska pragmatystów i relatywistów, dla których prawda jako taka nie ma znaczenia. Jeśli nie miłujemy Boga także i umysłem naszym, wypieramy się Go nieświadomie, albowiem inteligentnego człowieka, który nie dba o poznanie życia i objawień Bożych, jeden już tylko krok dzieli od istotnego ateizmu.

Sądzimy, że wstępne wiadomości z katechizmu, które się nam niegdyś obiły o uszy, stanowią dla dobrego katolika dostateczne zaopatrzenie, mogące go aż po grobową deskę chronić od głodu duszy. Godzimy się na to, aby dzieci nasze pobierały w szkole lekcje religii, uważamy nawet, że jest to wcale skuteczny środek do utrzymania ich na pewnym poziomie moralnym. Postępy ich jednak w każdym innym przedmiocie nauczania wydają się nam sprawą nierównie ważniejszą. Naukę religii uważamy raczej za rozrywkę, niż za potężny czynnik w ukształtowaniu charakteru dziecka, a podczas gdy każda inna gałąź wiedzy otwiera wszelkie drogi, wiedza religijna według naszego mniemania do niczego nie prowadzi. Tak tedy w wychowaniu dzieci naszych popełniamy ten sam błąd, któremu za własnych szkolnych czasów hołdowaliśmy sami.

Niejednokrotnie idziemy w tym rozumowaniu jeszcze dalej i - nie przyznając się do tego otwarcie - gotowi jesteśmy mniemać, że wiedza religijna jest rzeczą niezbyt zajmującą a zupełnie niepotrzebną, że nie jest stworzona dla ludzi, żyjących w świecie i że, aby się w niej zagłębiać, trzeba mieć specjalne zamiłowanie czy też powołanie.

Co za tym idzie, unikamy jak ognia kazań niedzielnych uważając, że istnieją one jedynie jako rodzaj umartwienia zarówno dla głoszącego je kapłana, jak i dla słuchających ich dewotek. Nie wpada nam nawet na myśl, że słowo Boże powinno docierać do uszu ludzi „normalnych”, sądzimy przeciwnie, że nawet kapłan zdziwiłby się, widząc na swym kazaniu człowieka, zajętego całym szeregiem ważnych i praktycznych spraw. To też udając się na Mszę św. w niedzielę, dowiadujemy się skwapliwie o taką, na której nie ma kazania […].

Jeśli przypadkiem nie możemy się uchylić od kazania, słuchamy go nie słysząc. Zapadamy w stan neo-buddystycznego kwietyzmu, z którego wyrywamy się tylko chwilami, aby obserwować kapłana lub śledzić, w jaki sposób „wybrnie” z jakiegoś bardziej zawiłego problemu. […]

Zdarza się też, że szczegółowo, choć nie w najlepszej intencji, rozbieramy naukę jakiegoś mniej wytrawnego kaznodziei. Zwracamy baczną uwagę na każde niewłaściwie użyte słowo, na każdą niedokładność, czyhamy wprost na jakiś niefortunny zwrot czy nie dość trafne porównanie i doskonale się tym kosztem bawimy.

Inaczej rzecz się przedstawia, jeśli kazanie wygłasza kapłan znany i uznany za wielkiego kaznodzieję. Słuchanie takich konferencji jest modne i w dobrym tonie. Z jego słów staramy się jednak podchwycić przede wszystkim aluzje polityczne lub społeczne, finezje psychologiczne, zręcznie i dowcipnie skreślone sylwetki bliźnich — słowem wszystko, prócz samego tylko słowa Bożego. Wskutek tego najlepsze nawet kazanie, zamiast rozniecać w nas iskrę Bożą, staje się pewnego rodzaju emocją towarzyską, a omawianie go w kole znajomych przyczynia się wybitnie do ożywienia najbliższej herbatki.

Jakub Bebout, Grzechy zaniedbania, Warszawa 1939, s. 20-24.
http://www.pch24.pl/o-ignorancji-religijnej,34491,i.html

avatar użytkownika intix

62. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Syn twój żyje

Poniedziałek, 16 marca 2015 roku
Jan 4,43-54

Po dwóch dniach wyszedł stamtąd do Galilei. Jezus wprawdzie sam stwierdził, że prorok nie doznaje czci we własnej ojczyźnie. Kiedy jednak przybył do Galilei, Galilejczycy przyjęli Go, ponieważ widzieli wszystko, co uczynił w Jerozolimie w czasie świąt. I oni bowiem przybyli na święto. Następnie przybył powtórnie do Kany Galilejskiej, gdzie przedtem przemienił wodę w wino. A w Kafarnaum mieszkał pewien urzędnik królewski, którego syn chorował. Usłyszawszy, że Jezus przybył z Judei do Galilei, udał się do Niego z prośbą, aby przyszedł i uzdrowił jego syna: był on bowiem już umierający. Jezus rzekł do niego: «Jeżeli znaków i cudów nie zobaczycie, nie uwierzycie». Powiedział do Niego urzędnik królewski: «Panie, przyjdź, zanim umrze moje dziecko». Rzekł do niego Jezus: «Idź, syn twój żyje». Uwierzył człowiek słowu, które Jezus powiedział do niego, i szedł z powrotem. A kiedy był jeszcze w drodze, słudzy wyszli mu naprzeciw, mówiąc, że syn jego żyje. Zapytał ich o godzinę, o której mu się polepszyło. Rzekli mu: «Wczoraj około godziny siódmej opuściła go gorączka». Poznał więc ojciec, że było to o tej godzinie, o której Jezus rzekł do niego: «Syn twój żyje». I uwierzył on sam i cała jego rodzina. Ten już drugi znak uczynił Jezus od chwili przybycia z Judei do Galilei.


Ojcostwo ojca przejawia się między innymi w mądrej, czyli zdrowej, racjonalnej, uzasadnionej trosce o dziecko. Do niego należy poznanie dziecka: w jakim kierunku zmierza jego rozwój, a także co jego dziecku realnie zagraża, lub zagrażać może. Mamy na uwadze choroby zarówno ciała, jak i duszy. Ojciec winien szukać kogoś, kto dziecku pomoże, a nie zaszkodzi. Ojcostwo, lub macierzyństwo, to takie staranie o człowieka, gdzie może on z różnych chorób wychodzić. Wychodzić, a nie w nich trwać, czy nowych nabywać. Ojcostwo i macierzyństwo jawne się staje, gdy pomagamy drugiemu, by on żył jako zdrowy, w szerokim tego słowa znaczeniu.

Ojciec: "Usłyszał, że Jezus przybył" To przybycie Jezusa jest zachętą, żeby przybyć do Niego. Nie usłyszał o Nim przez przypadek. Był cały nastawiony na ratowanie syna, który był już umierający. W wewnętrznej trosce o człowieka, dochodzą do nas wieści, które jak światło, pokazują sposób rozwiązania problemu. Kochając syna, wyrusza w drogę. Dla osoby, którą kochamy, każdy trud, nie jest za ciężki. Trzeba kochać człowieka, by w trosce o niego, dotrzeć do Boga samego. Bez troski o człowieka, bez miłości do kogoś żyjącego na ziemi, nie zdecydujemy się na miłość do Pana. Dla wielu osób miłość, rozumiana jako troska o drugą osobę, która w danej chwili jest w potrzebie, jest rzeczywistością obcą.

Jezus stawia ojca w obliczu próby, zanim uzdrowi jego syna. Każdy dar, o który prosimy Boga, jest poprzedzony próbą. Niekiedy nie otrzymujemy, bo próbą się zniechęcamy. Próba na jaką jesteśmy wystawieni ma oczyścić nasze intencje, ale także odsłonić stan naszej wiary i miłości. "Jeżeli znaków i cudów nie zobaczycie, nie uwierzycie". Moglibyśmy powiedzieć, że temuż ojcu nie zależy na zobaczeniu spraw nadzwyczajnych, lecz jedynie aby syn był zdrowy. Każdą próbę można pomyślnie przejść, jeśli spełnimy jeden warunek – kogoś kochamy. Przyznać należy, że słowo kochać, niekiedy budzi w człowieku lęk. Miłość do człowieka, otwiera Serce Jezusa na udzielanie się człowiekowi. Miłość do człowieka sprawia, że wierzymy wiarą, która umożliwia otrzymanie tego, o co szczerze prosimy. Gdzie miłość, tam i wiara niezbędna, aby Bóg mógł czynić to, co sam zamierzył.

Ojciec nie prosi o znak, lecz o przyjście Jezusa do jego domu: "Panie, przyjdź, zanim umrze moje dziecko!" Wierzy, że pojawienie się Jezusa w jego domu, uzdrowi syna.

"Idź, syn twój żyje". Słowo Jezusa wstrzymuje proces umierania, co więcej, uzdrawia. Słowo Boże dane nam jest do codziennego rozważania, byśmy byli zdrowi. Człowiek rozważający słowo Jezusa uczestniczy w wydarzeniach, które postrzega, jako znaki i cuda. Jakość rozważania tego słowa jest możliwa do oglądu i rozeznania po stanie zdrowia duchowego, moralnego, ale również psychicznego.

Ojciec jest posłany do zobaczenia cudu. Tak Bóg nagradza człowieka za wiarę – radością z uzdrowienia osoby którą kocha. Uzdrowienie zdaje się również być zależne od tego, jaka jest wiara proszącego i jego miłość do tego, za którym prosi. Szedł do Jezusa, jako ufający, wracał od Niego jako wierzący, jako ten, który uwierzył samemu słowu.

Ks. Józef Pierzchalski SAC
+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

65. Słowo Boże na dziś...

SŁOWO

+++
a także:

Panie, nie mam człowieka

Wtorek, 17 marca 2015 roku
Jan 5,1-3a.5-16


Było święto żydowskie i Jezus udał się do Jerozolimy. W Jerozolimie zaś znajduje się Sadzawka Owcza, nazwana po hebrajsku Betesda, zaopatrzona w pięć krużganków. Wśród nich leżało mnóstwo chorych: niewidomych, chromych, sparaliżowanych. Znajdował się tam pewien człowiek, który już od lat trzydziestu ośmiu cierpiał na swoją chorobę. Gdy Jezus ujrzał go leżącego i poznał, że czeka już długi czas, rzekł do niego: "Czy chcesz stać się zdrowym?" Odpowiedział Mu chory: "Panie, nie mam człowieka, aby mnie wprowadził do sadzawki, gdy nastąpi poruszenie wody. Gdy ja sam już dochodzę, inny schodzi przede mną". Rzekł do niego Jezus: "Wstań, weź swoje łoże i chodź". Natychmiast wyzdrowiał ów człowiek, wziął swoje łoże i chodził. Jednakże dnia tego był szabat. Rzekli więc Żydzi do uzdrowionego: "Dziś jest szabat, nie wolno ci nieść twojego łoża". On im odpowiedział: "Ten, który mnie uzdrowił, rzekł do mnie: Weź swoje łoże i chodź". Pytali go więc: "Cóż to za człowiek ci powiedział: Weź i chodź?" Lecz uzdrowiony nie wiedział, kim On jest; albowiem Jezus odsunął się od tłumu, który był w tym miejscu. Potem Jezus znalazł go w świątyni i rzekł do niego: "Oto wyzdrowiałeś. Nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przydarzyło". Człowiek ów odszedł i doniósł Żydom, że to Jezus go uzdrowił. I dlatego Żydzi prześladowali Jezusa, że to uczynił w szabat.


Gdy patrzymy na chromego, który rozpaczliwie rozgląda się za kimś, kto pomógłby jemu wejść szybko do wody, z pewnym zażenowaniem słuchamy pytania, jakie Jezus kieruje do Niego: „Czy chcesz stać się zdrowym?” Jednak tak postawiony problem dotyka kwestii najbardziej istotnej. Chromy musi określić, czego naprawdę chce. Bycie zdrowym łączy się z powinnością bycia odpowiedzialnym, rozważnym, otwartym i szczerym. Każdy podejmuje indywidualnie decyzję wejścia na ścieżkę zdrowia. Zdrowie zakłada uprzednie nazwanie swojego poplątania, uświadomienia braku wewnętrznej równowagi i przyczyn, które do tego doprowadziły. Ponadto po okresie bolesnych wewnętrznych zmagań dociera do nas, że nic nie możemy uczynić bez stawania przed Bogiem i pokornego proszenia.

Wszystko w naszym życiu jest łaską, o wszystko prosimy. Jest to sytuacja, w której doświadczamy upokorzenia, ale równocześnie i niezwykłego wprost wywyższenia. Uznając własną niemożność zaradzenia chorobie odkrywam, że nie jestem Bogiem. Nie wszystko jest do spełnienia przeze mnie. Mam prawo być słabym. Nie wolno mi tego prawa samemu się pozbawiać.

Jezus wsłuchuje się w słowa paralityka. Jego skarga jest nam dobrze znana: „Panie, nie mam człowieka”. Jesteśmy chorzy z powodu braku przyjaciół, osób nam życzliwych. Brak przyjaciół wskazuje na to, że albo ich nie potrzebujemy, albo też nie potrafimy nikomu zaufać, nie jesteśmy zdolni do tego, aby się otworzyć i powierzyć w ręce drugiego swoje osobiste przeżycia i problemy. Brak przyjaźni jest cierpieniem. Brak przyjaciół może doprowadzić do wielu chorób. Jesteśmy zdrowiem dla innych.

Poprzez nasze zdrowie duchowe służymy światu. Pytaniem numer jeden nie jest to, jak dużo robimy, ani ilu ludziom pomagamy, ale czy posiadamy pokój wewnętrzny?. Jezus w pewnym sensie nie robił niczego. „A wszyscy, którzy się Go dotknęli, odzyskiwali zdrowie” (Mk 6,56) Emanował pokojem, który uzdrawiał. Chcemy pokoju wewnętrznego. Nie cieszy nas aktywność zewnętrzna, osiągnięcia na polu naukowym, kulturalnym, towarzyskim, jeśli za tym wszystkim nie ma wewnętrznego pokoju. Bliska więź z Jezusem jest tym, co nadaje sens każdemu naszemu dążeniu, działaniu i każdej decyzji, która sprowadza na nas błogosławieństwo pokoju.

Wzbudzamy w sobie wzajemnie chęć życia, wiarę w to, że warto zmagać się z trudnościami, w których nie jesteśmy pozostawieni samym sobie. Chorujemy, gdy uznajemy się za ludzi bezwartościowych, wyschniętych, wyczerpanych. Nikt nas nie kocha, nikt nas nie przyciąga do życia myśleniem o naszych sprawach.

W życiu naszym ważne jest to, chcieć jednej rzeczy, dążyć do czegoś jednego. Kiedy energia rozkłada się w różnych kierunkach, to człowiek będzie dążył do celu nie tylko z o wiele mniejszą siłą, ale rozszczepienie energii sprawi również, że siła ta będzie osłabiona z powodu nieustannych konfliktów, jakie ta sprzeczność rodzi. W celach, jakie zamierzamy osiągnąć można dostrzec nierozwiązywalne sprzeczności. Niezdecydowanie w tym, czego naprawdę pragniemy, czy powinniśmy chcieć pojawić się może działanie bez przekonania, nieproduktywność, odczucie nudy, często frustracja i poważne kłopoty. Nie można chcieć iść za Chrystusem i pragnąć tego, co proponuje świat. Nie można lać „młodego wina do starych bukłaków”. Konieczne jest zorientowanie na jedną drogę, na której będziemy realizowali zasady właściwe tej drodze.

Chromy wykazuje dobrą wolę. W chorobie, niemożności poruszania się, opuszczenia przez innych zachował swoją wielkość i godność. Nosi w sobie pragnienie zmian, lecz niemożność fizyczna blokuje ich realizację. Jesteśmy zbyt słabi, aby realizować to, czego oczekuje od nas dobra wola. Bywa i tak, że jesteśmy zmęczeni lub brak nam konsekwencji w dążeniach. Stąd dobra wola nie znajduje sprzymierzeńców w naszych słabościach, wadach i lenistwie. Jednak tym, co może skutecznie wspomóc dobrą wolę jest nasze sumienie.

Jest w nas pragnienie bycia ważnymi, oryginalnymi, ciekawymi, zatrzymującymi innych nad naszymi pytaniami, pomysłami, rozumowaniem w trudnych kwestiach. Chcemy dominować nad innymi, mieć władzę, doczekać chwili, w której innych podporządkujemy sobie. Chcemy, aby nas ceniono. Tymczasem nie jesteśmy dostrzegani w naszym zaangażowaniu, możliwość trosce o małżeństwo i rodzinę, o tych, z którymi tworzymy wspólnotę życia i działania. Chcemy być wolnymi od samotności. Czujmy się izolowani z racji nieumiejętności intelektualnych i emocjonalnych, takiego a nie innego środowiska urodzenia, które, naszym zdaniem, zmniejsza naszą możliwość zaistnienia w „wielkim świecie”. Tęsknimy za przyjaźnią i stałym związkiem z kimś, kto nas zrozumie i pokocha. Marzymy o nie odczuwaniu nudy, pustki i zniechęcenia. Chcemy być komuś potrzebni i użyteczni.

Wielu z nas cierpi z racji pogłębiających się w nas problemów moralnych i duchowych. Dramatyczne staje się poszukiwanie rozwiązań za wszelką cenę, w celu powrotu do równowagi wewnętrznej. Tymczasem, rozwiązaniem wprowadzającym nas w odczuwanie zdrowia duchowego jest stanie się człowiekiem całkowicie pozbawionym poczucia własnej ważności. Osobą stającą w centrum naszego życia i uzdrawiającą nas moralnie i duchowo, jest Jezus Chrystus. Potrzebujemy odpowiedzi na pytanie „Czy miłujesz Mnie?” (J 21,15). Chcemy doświadczenia miłości Boga. Nasze zranienia, zagubienie i upadki umożliwiają usłyszenie pytania i odpowiedź na nie ze szczególną wrażliwością serca. Wpatrując się w Jezusa, którego ciało nosi w sobie widoczne rany po ukrzyżowaniu i wsłuchując się w pytanie skierowane do św. Piotra odczuwamy, że Jego pytanie jest połączone z naszymi ranami, naszym bólem i smutkiem.

Odkrywając rany Jezusa, odkrywamy Jego miłość. On pokazuje swoje rany, nie po to, aby się z nimi obnosić, ale w tym celu, abyśmy się w nich ukryli z własnymi zranieniami. Chcemy odpocząć, poczuć się bezpiecznymi i kochanymi. Na wiele pytań odnoszących się do zła, jakiego doznaliśmy od innych, nie znajdziemy odpowiedzi. Nie chodzi też o to, aby w każdym bolesnym dla nas przypadku szukać odpowiedzi. Wiedza o tym, dlaczego ktoś nas skrzywdził, nas nie uleczy. Uzdrowi nas miłość Jezusa emanująca z Jego ran. W nich należy ukryć wszystko to, co boli, niepokoi i odbiera chęć życia. Poznać miłości Jezusa jest równoznaczne z uwierzeniem w nią: „Myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam” (1 J 4,16). Poznając miłość Boga odczuwamy, że wycisza ona w nas pragnienie bycia ważnym. Zostajemy uwolnieni od niepokoju związanego z marginalizowaniem nas i naszych pomysłów, oraz tego, co wnosimy w życie innych.

Nasze chcenie obejmuje również potrzebę zrobienia czegoś wyjątkowego, co mogłoby spotkać się z uznaniem osób nam bliskich. Tymczasem Jezus proponuje inne rozwiązanie - naszą ograniczoną i bardzo warunkową miłość uczynić bramą dla nieograniczonej i bezwarunkowej miłości Bożej.

Tak istotne jest dla nas znalezienie sposobu na zaspokojenie naszej największej tęsknoty, jaką w sobie nosimy. Dla wielu jest to tęsknota za bliskością i uczuciem. Dla innych tym, czego naprawdę chcą, jest życie duchowe. Chcemy być ludźmi szczęśliwymi. Nie łączy się to z posiadaniem dużych pieniędzy, odniesionym sukcesem czy popularnością. Natomiast szczęście ma swoje źródło w miłości przyjaźni i jasnym określeniem celu własnego życia.

Ks. Józef Pierzchalski SAC
+++

Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

67. Słowo Boże na dziś...

SŁOWO

+++
a także:

Kto słucha słowa mego...ma życie wieczne

Środa, 18 marca 2015 roku
Jan 5,17-30


Żydzi prześladowali Jezusa, ponieważ uzdrowił w szabat. Lecz Jezus im odpowiedział: "Ojciec mój działa aż do tej chwili i Ja działam". Dlatego więc usiłowali Żydzi tym bardziej Go zabić, bo nie tylko nie zachował szabatu, ale nadto Boga nazywał swoim Ojcem, czyniąc się równym Bogu. W odpowiedzi na to Jezus im mówił: "Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Syn nie mógłby niczego czynić sam od siebie, gdyby nie widział Ojca czyniącego. Albowiem to samo, co On czyni, podobnie i Syn czyni. Ojciec bowiem miłuje Syna i ukazuje Mu to wszystko, co On sam czyni, i jeszcze większe dzieła ukaże Mu, abyście się dziwili. Albowiem jak Ojciec wskrzesza umarłych i ożywia, tak również i Syn ożywia tych, których chce. Ojciec bowiem nie sądzi nikogo, lecz cały sąd przekazał Synowi, aby wszyscy oddawali cześć Synowi, tak jak oddają cześć Ojcu. Kto nie oddaje czci Synowi, nie oddaje czci Ojcu, który Go posłał. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto słucha słowa mego i wierzy w Tego, który Mnie posłał, ma życie wieczne i nie idzie na sąd, lecz ze śmierci przeszedł do życia. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, że nadchodzi godzina, nawet już jest, kiedy to umarli usłyszą głos Syna Bożego, i ci, którzy usłyszą, żyć będą. Podobnie jak Ojciec ma życie w sobie, tak również dał Synowi: mieć życie w sobie samym. Przekazał Mu władzę wykonywania sądu, ponieważ jest Synem Człowieczym. Nie dziwcie się temu! Nadchodzi bowiem godzina, w której wszyscy, którzy spoczywają w grobach, usłyszą głos Jego: a ci, którzy pełnili dobre czyny, pójdą na zmartwychwstanie życia; ci, którzy pełnili złe czyny, na zmartwychwstanie potępienia. Ja sam z siebie nic czynić nie mogę. Tak, jak słyszę, sądzę, a sąd mój jest sprawiedliwy; nie szukam bowiem własnej woli, lecz woli Tego, który Mnie posłał".


Żydzi prześladowali Jezusa, ponieważ mówił, że jest równy Bogu. Zostaje oskarżony o bluźnierstwo z powodu przypisywanego sobie prawa przebaczania grzechów, które należy się jedynie Bogu. Odpuszczanie grzechów jest niczym innym, jak udzielaniem życia, a to może czynić jedynie Bóg. Jezus mówi, że czyni jedynie to, co usłyszał od Ojca. On czyni wyłącznie to, co się Ojcu podoba.

Jezus działa w szabat, ponieważ Bóg działa w szabat od początku czasów. Żydzi zarzucali Jezusowi, że nie zachowywał szabatu. Dosłowne tłumaczenie tekstu posuwa się jeszcze dalej w określeniu postawy Jezusa: "unieważniał szabat", a ponadto Boga czynił swoim Ojcem. Zdaniem Żydów, dwa wielkie bluźnierstwa kwalifikujące na śmierć.

Niektórzy Żydzi chcieli odzyskać Jezusa dla narodu żydowskiego poprzez uczynienie z Niego wielkiego nauczyciela, którym oczywiście był, ale tylko człowieka, a nie Boga. Twierdzenie o tym, że jest Bogiem, przekreśliło plany niektórych. Zwykły człowiek będący "wielkim nauczycielem", który naucza, że jest równy Bogu, musiałby być albo szaleńcem, albo szatanem z piekła rodem. To twierdzenie Jezusa, że jest równy Ojcu, będąc Bogiem stały się przyczyną pierwszych zanotowanych prób zabicia Go.

"Syn nie może zrobić nic sam z siebie". Jako człowiek byłby zdolny do nieposłuszeństwa Bogu i forsowania własnej woli, przeciwnej woli Bożej. Będąc Bogiem, Jezus "nauczył się posłuszeństwa" i całkowicie podporządkował się woli Ojca prze moc Ducha Świętego, który jest w Nim. Jezus nie jest kimś gorszym od Ojca. Doskonałe poddanie się i posłuszeństwo jest znakiem Jego Boskiej doskonałości, a pielęgnowani woli innej niż wola Boża byłoby przejawem niższości względem Boga.

"Ojciec nie sądzi nikogo". Przekazał cały sąd Synowi. "Kto nie czci Syna, nie czci Ojca, który Go posłał". Jest to pogląd wyrażający jasno prawdę o tym, że nie można czcić i wielbić Boga i wierzyć w Niego, nie wierząc jednocześnie w Jezusa Mesjasza, Syna Bożego.

"Zmartwychwstanie do życia, zmartwychwstanie na sąd". Są dwa rodzaje śmierci i zmartwychwstania. Jeden rodzaj przeznaczono dla tych, których Bóg uznał za sprawiedliwych, bo czynili dobro. Oznacza to, że zaufali śmierci Jezusa będącej przebłaganiem za ich grzechy. Zostali w ten sposób zanurzeni w Jego śmierci i wskrzeszeni do życia wiecznego. Drugi rodzaj sądu jest dla tych, którzy czynili zło. Oni nie zaufali Jezusowi, dlatego czeka ich "druga śmierć" (Ap 20,12-15).

Ks. Józef Pierzchalski SAC
+++

Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

68. Słowo Boże na dziś...

SŁOWO

+++
a także:

Z bólem serca szukaliśmy Ciebie

Czwartek, 19 marca 2015 roku
Św. Józefa, Oblubieńca NMP

Łukasz 2,41-51a


Rodzice Jezusa chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go. Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami. Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: "Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie". Lecz On im odpowiedział: "Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?" Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział. Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany.


Rodzice Jezusa chodzili razem z Synem do miasta świętego, świętowali razem, trzymali się razem. Ich życie można opisać zwrotem "chodzili razem". Mieli potrzebę przebywania ze sobą, towarzyszenia sobie wzajemnie. W taki sposób tworzyła się między nimi silna więź uczuciowa, duchowa. Ponieważ "chodzili razem", zdążali w tym samym kierunku, pragnąc osiągnięcia tego samego celu. W znacznym stopniu czas "chodzenia razem" wypełniał ich życie. Ich powołanie wyrażało się w byciu pielgrzymami "do domu Ojca".

Chodząc razem byli dla siebie wsparciem, służyli sobie radą, słuchaniem wzajemnym. Byli szczęśliwi ze sobą. Ludzie, którzy źle się czują ze sobą, nie chodzą razem, lecz trzymają się oddzielnie. Przez taką obecność, bliskość można poznać siebie i drugiego. Z takie poznania rodzi się potrzeba przebywania z drugim, lub dokonujemy odkrycia, że nie odpowiadamy sobie, czujemy się przytłoczeni obecnością drugiego.

Bóg nie chce, żeby mężczyzna był sam. Na drodze Józefa postawił Maryję. Ale i odwrotnie patrząc, można powiedzieć, że Bóg nie chce, aby kobieta była sama, stąd na drodze Maryi stawia Józefa. On i ona stanowią całość. Oddzielnie są jedynie połową, częścią tęskniącą za relacją, za wspólnym wędrowaniem.

Ks. Józef Pierzchalski SAC
+++
a także:

Prowokujący BÓL SERCA

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

69. „Pójdźcie do Józefa!”


„Pójdźcie do Józefa!”

Zgodnie z tym, co ogłoszono na Soborze Trydenckim, prawdą wiary jest, że święci wstawiają się w niebie za ludźmi, którzy na ziemi wznoszą ku nim swe modlitwy. Dlatego dobrze i pożytecznie jest wzywać każdego z nich z osobna lub wszystkich ich razem wziętych, bowiem są oni naszymi orędownikami u Jezusa Chrystusa, Pana naszego, i, dzięki ich pomocy, może nam zostać dane to, czego potrzebujemy.

Sobór Trydencki stwierdza również, że owo wstawiennictwo świętych w niczym nie przeciwstawia ani nie umniejsza najwyższego i powszechnego pośrednictwa Jezusa Chrystusa, naszego jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi. Wierzymy, że święci, w ojczyźnie niebieskiej, znają nasze modlitwy i liczymy na ich wysłuchanie.

Otóż, wstawiennictwo świętego Józefa jest najdoskonalsze i najpotężniejsze ze wszystkich, z wyłączeniem tylko Najświętszej Dziewicy; jest ono najbardziej uniwersalne, rozciągając się na wszystkie potrzeby, tak duchowe, jak i doczesne, oraz na wszystkich ludzi, jakiegokolwiek stanu i pozycji społecznej by byli, ze szczególnym uwzględnieniem najuboższych robotników. Stąd to do niego w pierwszej kolejności winniśmy się zwracać w naszych zmartwieniach.

W pewnym sensie powiedzieć możemy, że święty Józef, choć tak blisko związany zarówno z Jezusem, jak i z Maryją, bardziej jest jednak złączony z Najświętszą Dziewicą, bowiem jest dla Niej prawowitym małżonkiem, podczas gdy dla Jezusa jest „tylko” ojcem przybranym i opiekunem. Poprzez Maryję, Matkę Jezusa, święty Józef wchodzi w bezpośrednią relację z Jezusem i, jako pierwszoplanowa postać, zostaje włączony do misterium Wcielenia Słowa.

Jako że Chrystus jest jedynym Pośrednikiem przed obliczem Ojca, a drogą dotarcia do Chrystusa jest Maryja, Jego Matka, tak bezpieczną i niemal nieuniknioną drogą, by dotrzeć do Maryi, jest święty Józef, w ten sposób się bowiem układa naturalny porządek relacji między nimi. Tego właśnie naucza papież Benedykt XV: „Od świętego Józefa bowiem idziemy do Maryi, a przez Maryję do źródła wszelkiej świętości – Pana Jezusa”.

Ojciec, który ma taką samą władzę jak na ziemi

W rzeczy samej, święty Józef, jako małżonek i ojciec, ma nad Maryją i Jezusem szczególną moc wstawiennictwa, które w pewnym sensie nazwać możemy wszechmocnym, większym niż u innych świętych. Wstawiennictwo to można też nazwać „autorytarnym”: tak jak Jezus i Maryja byli mu posłuszni na ziemi, tak i teraz w niebie nadal ulegają jego woli i spełniają jego prośby.

„Stąd się wnosi, że modlitwy do świętego Józefa odnoszą wielki skutek przed obliczem Boga, mówi karmelita, brat Justyn z Miechowa. Pozostali święci zanoszą prośby Chrystusowi Panu błagając, niczym sługi; Józef czyni to z pewnym władztwem, jako ojciec, którego Chrystus, posłuszny na ziemi, nadal słucha w niebie, bowiem dziecięce uczucie, jakim darzył Józefa, nie wygasło, lecz zachowało się w Nim wiekuiście”.

Tak o tym pisze kardynał Sebastian Leme: „Równe poleceniom są prośby, jakie święty Józef zanosi Jezusowi, mówią Gérson i święty Alfons. Kolumną świata nazywa go Kościół. Skoro tak wielka jest moc świętego Józefa przed Bogiem, słuszne jest, by wszyscy prosili o jego wstawiennictwo, zwłaszcza że skutkuje ono we wszelkich naszych potrzebach, duchowych i doczesnych, a przede wszystkim w godzinie śmierci”.

A uczony kardynał Vives y Tutó dodaje: „Pewne jest, iż we wszystkim winniśmy się zwracać do Boga, początku wszelkiego dobra i Pana wszelkich łask; lecz żeby uzyskać to z całą pewnością, zwróćmy się do Boga za pośrednictwem Patriarchy świętego Józefa, którego prośby zawsze są wysłuchiwane, bowiem nie pochodzą od zwykłego pośrednika, sługi czy przyjaciela, lecz ojca, który rozkazuje i rządzi, z taką samą władzą, jaką miał na ziemi”.

Wstawiennictwo świętego Józefa można więc określić jako niezawodne. Święta Teresa z Avila zwykła powtarzać: „Nie pamiętam, bym kiedykolwiek, aż do tej chwili prosiła go, o jaką rzecz, której by mi nie wyświadczył”.

Orędownik we wszelkich potrzebach

Święty Józef może nam przyjść z pomocą w najróżniejszych potrzebach. Niemniej jednak znany jest ze szczególnego wsparcia w problemach rodzinnych, kłopotach finansowych i związanych z pracą czy w trudnej sytuacji mieszkaniowej; pomaga także wytrwać w cnotach, broni przed niebezpieczeństwami oraz jest patronem dobrej śmierci.

Leon XIII napomina: „Szlachetnie urodzeni patrząc na obraz świętego Józefa niech uczą się od niego, jak zachować godność nawet wtedy, gdy się nie wiedzie. Bogaci niech się uczą, które dobra trzeba wszelkimi siłami najbardziej zdobywać. Biedacy i rzemieślnicy i ci wszyscy, którzy mniejszym cieszą się majątkiem, powinni ze swej strony także się do świętego Józefa uciekać i upatrywać w nim to, co mogliby naśladować”.

Również i Jan Paweł II doniosłych upatruje korzyści w zwiększeniu nabożeństwa do czcigodnego patrona: „Dzięki temu cały lud chrześcijański nie tylko jeszcze gorliwiej będzie się uciekał do świętego Józefa i ufnie wzywał jego opieki, ale także będzie miał zawsze przed oczyma jego pokorną, dojrzałą służbę i udział w ekonomii zbawienia”.

Jeśli Józef może nam dać pociechę w naszych zmartwieniach, może nam także pomóc pogodzić się z naszym cierpieniem, tak, byśmy je uczynili drogą wiodącą do uświęcenia.

Możemy się zwracać do świętego Józefa zarówno, by prosić o uzdrowienie chorego, jak i by go przygotować do dobrej śmierci. Lub po to, by nam dopomógł cierpliwie znosić choroby oraz nauczył widzieć w nich korzyść dla naszej duszy.

Patron dobrej śmierci

Zgodnie z przekazem tradycji, świętemu Józefowi w ostatnich chwilach życia towarzyszyli sam Pan Jezus i przenajświętsza Maryja. Któż mógłby mieć śmierć bardziej godną pozazdroszczenia? Święty Józef, który tak dobrze poznał, czym jest udręka, przychodzi z pomocą temu, kto go wzywa za życia i w godzinie śmierci. Całe nasze życie usłane jest cierpieniem, jednak najtragiczniejszy ból człowiek odczuwa w godzinie swojej śmierci.

„Jeśli wszyscy chrześcijanie – pisze teolog Angelo Rainero – nieustannie w ciągu życia potrzebują pewnej i skutecznej ochrony, która szczęśliwie ich powiedzie przez próby i strapienia codzienności, a odsunie ataki złych mocy, jakże jej bardzo potrzebują w ostatnich momentach swojego życia, gdy są już o krok do wieczności”.

„Idźmy do Józefa, jeśli pragniemy wsparcia i pocieszenia – radzi święty Alfons Maria Liguori. Nigdy nie przestawajmy, każdego dnia i wiele razy dziennie, polecać się jego opiece, bowiem jego moc wstawiennictwa u Boga przyćmiewa możliwości wszystkich innych świętych i tylko go w tym przewyższa Najświętsza Dziewica”.

Niech nam posłużą na zakończenie słowa, które 1 maja 1955 roku wygłosił papież Pius XII, ustanawiając na ten dzień święto Józefa Robotnika: „Jeśli pragniecie być blisko Chrystusa, my to także dziś powtarzamy: ite ad Joseph, pójdźcie do Józefa”.

Tekst ukazał się w książce „Pójdźcie do Józefa!” autorstwa Plinia Marii Solimeo, wydanej przez Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. ks. Piotra Skargi. Można ją nabyć w Księgarni Kontrrewolucji.
http://www.pch24.pl/pojdzcie-do-jozefa-,13420,i.html
______________________________________________



avatar użytkownika gość z drogi

71. :) Tak ,już wiele Osób odmawia Tą Litanię

„Jeśli pragniecie być blisko Chrystusa, my to także dziś powtarzamy: ite ad Joseph, pójdźcie do Józefa”
serdezne pozdrowienia dlaPolski :)

gość z drogi

avatar użytkownika intix

72. Słowo Boże na dziś...

SŁOWO

+++
a także:

Mieli zamiar Go zabić

Piątek, 20 marca 2015 roku
Jan 7,1-2.10.25-30


Jezus obchodził Galileę. Nie chciał bowiem chodzić po Judei, bo Żydzi mieli zamiar Go zabić. A zbliżało się żydowskie Święto Namiotów. Kiedy zaś bracia Jego udali się na święto, wówczas poszedł i On, jednakże nie jawnie, lecz skrycie. Niektórzy z mieszkańców Jerozolimy mówili: "Czyż to nie jest Ten, którego usiłują zabić? A oto jawnie przemawia i nic Mu nie mówią. Czyżby zwierzchnicy naprawdę się przekonali, że On jest Mesjaszem? Przecież my wiemy, skąd On pochodzi, natomiast gdy Mesjasz przyjdzie, nikt nie będzie wiedział, skąd jest". A Jezus ucząc w świątyni, zawołał tymi słowami: "I Mnie znacie, i wiecie, skąd jestem. Ja jednak nie przyszedłem sam od siebie; lecz prawdziwy jest tylko Ten, który Mnie posłał, którego wy nie znacie. Ja Go znam, bo od Niego jestem i On Mnie posłał". Zamierzali więc Go pojmać, jednakże nikt nie podniósł na Niego ręki, ponieważ godzina Jego jeszcze nie nadeszła.


"Mieli zamiar Go zabić". Niezwykła jest miłość, która robi swoje nie zrażając się nieustannym odrzucaniem. Znał ich zamiary. Był świadomy tego, że słowa ich nie przekonają o miłości, z którą przyszedł. Potrzeba czegoś więcej – oddania życia. Wszedł w ich zamiar. Nie opierał się, choć doznawał lęku i trwogi. Wszystko dlatego, aby poznali miłość, jaką Bóg umiłował. Wielu nie wierzy słowom Jezusa o miłości. Potrzeba największej ceny. Wielu mieszkańców Jerozolimy wiedziało o spisku na życie Nauczyciela z Nazaretu. Powtarzali o tym z ust do ust, ale nic nie zrobili, aby powstrzymać spiskujących.

Jak wielki jest lęk w człowieku, jak wielka w nim ciemność, gdy decyduje on o zabiciu Miłości. Mieszkańcy Jerozolimy zachowują się tak, jakby uczestniczyli w polowaniu na Jezusa ("Jawnie przemawia i nic Mu nie mówią"). Zaistniał podział na tych, którzy nie wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem i na tych, którzy wierzyli, że przyszedł z nieba. Jezus do końca mówi o Ojcu, który Go posłał. Nie znajduje oparcia w uczniach. Już zaznacza się Jego osamotnienie wśród swoich. Ci, do których mówił, zachowywali się tak, jakby Go nie słyszeli. Oni już posiadali swoją teorię o Jego pochodzeniu. Jezus doświadcza ogromnej bezradności, a nawet bezsilności. Przestali Go słuchać. Nie wierzą w to, co mówi. Jezus doświadcza bolesnego odrzucenia. Cierpi czekając na "godzinę", która nadchodzi.

Ks. Józef Pierzchalski SAC
+++
a także:rozważania:

Zaślepiająca ZŁOŚĆ BEZBOŻNYCH!

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

73. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Nigdy jeszcze nikt nie przemawiał tak, jak Ten człowiek przemawia

Sobota, 21 marca 2015 roku
Jan 7,40-53



Wśród tłumów słuchających Jezusa odezwały się głosy: "Ten prawdziwie jest prorokiem". Inni mówili: "To jest Mesjasz". Jeszcze inni mówili: "Czyż Mesjasz przyjdzie z Galilei? Czyż Pismo nie mówi, że Mesjasz będzie pochodził z potomstwa Dawidowego i z miasteczka Betlejem?" I powstało w tłumie rozdwojenie z Jego powodu. Niektórzy chcieli Go nawet pojmać, lecz nikt nie odważył się podnieść na Niego ręki. Wrócili więc strażnicy do kapłanów i faryzeuszów, a ci rzekli do nich: "Czemuście Go nie pojmali?" Strażnicy odpowiedzieli: "Nigdy jeszcze nikt nie przemawiał tak, jak Ten człowiek przemawia". Odpowiedzieli im faryzeusze: "Czyż i wy daliście się zwieść? Czy ktoś ze zwierzchników lub faryzeuszów uwierzył w Niego? A ten tłum, który nie zna Prawa, jest przeklęty". Odezwał się do nich jeden spośród nich, Nikodem, ten, który przedtem przyszedł do Niego: "Czy Prawo nasze potępia człowieka, zanim go wpierw przesłucha i zbada, co czyni?" Odpowiedzieli mu: "Czy i ty jesteś z Galilei? Zbadaj, zobacz, że żaden prorok nie powstaje z Galilei". I rozeszli się każdy do swego domu.


Czy Chrystus wprowadza rozdwojenie? Wydaje się, że przychodząc w swoim słowie jedynie pokazuje, że w człowieku jest rozdwojenie, podział, niezdecydowanie, rozdarcie wewnętrzne, doświadczanie niejasności w odniesieniu do Jego Osoby.

Do czego prowadzi rozdwojenie w człowieku? Do chęci użycia siły, do presji wobec drugiego, do przemocy: "chcieli Go nawet pojmać". A równocześnie widzimy, że człowiek rozdwojony, rozdarty w sobie, nie do końca mający jasność pewnych spraw, które dzieją się w nim, czy wokół niego, jest osobą słabą, a nawet tchórzliwą. Zabiera głos, jest – jak się może wydawać – zdecydowany, wie czego chce. Lecz gdy trzeba przełożyć deklaracje na wykonanie: "nikt nie odważył się podnieść na Niego ręki".

Osoby wewnętrznie rozdwojone, podzielone, tworzą koalicję z podobnymi sobie. Równocześnie, będąc w takim stanie ducha, można odczuwać czyjąś niezwykłość, niepowtarzalność. Możemy doświadczać chwil, w których jesteśmy pod wrażeniem słów Jezusa, będąc wewnętrznie rozdartymi, podzielonymi.

Kim byli ci, którzy odkryli niezwykłe piękno w tym, co mówił Jezus? Byli strażnikami. Nie byli to przywódcy duchowi narodu, ludzie wykształceni w Pismach Świętych czy w Prawie Mojżeszowym. Posiadali oni umiejętność spontanicznego reagowania na wielkość drugiego człowieka w tym, co mówił. Umieć zobaczyć wielkość drugiego choćby przeciw niemu było wielu. Zobaczyć i uznać wielkość drugiego człowieka choćby podziw dla niego był niekorzystny w oczach innych. Nawet gdyby prowadził mnie do odrzucenia przez tych, którzy są powszechnie szanowanymi i uznawanymi za ludzi, którzy mają zawsze rację. W słowach, które mówimy, jest zapisana nasza wielkość lub małość. Jest nasz strach, lub odwaga, pogłębiające się rozdwojenie wewnętrzne lub zwiastun zapowiadający powrót równowagi i łagodności.

Może warto odpowiedzieć na pytanie: "Czy i wy daliście się zwieść?" W życiu człowieka nie jest najważniejsze to, kto pyta, lecz – o co pyta. Podobnie, nie jest tak ważne kto mówi, lecz – co mówi. Czy komuś dałem się zwieść? Gdy na to przyzwolimy, możemy popaść w rozdwojenie. Faryzeusze, którzy wypowiadali szybkie sądy, oceny, w które nie wolno było wątpić – czyż nie są żałośni. Zwiedzeni przez swój lęk, przez strach o własne znaczenie w oczach innych. Pojawił się ktoś, kto "przemawia tak, jak nikt inny dotąd nie przemawiał". Jest w tym bardzo dobry, odnosi sukces, inni za nim idą, są zachwyceni. Dla nich ta sytuacja jest bardzo niebezpieczna. Trzeba atakować. Czyż pycha, nie jest podstawą, źródłem powstającego w człowieku rozdwojenia?

Ks. Józef Pierzchalski SAC
+++
a także rozważania:

FASCYNUJĄCY JEZUS – leczenie Miłością!
+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika gość z drogi

74. Szczęść Boże Intix,

i Blogmedia24.p.l
dobrego ,sobotniego Dnia... :)

gość z drogi

avatar użytkownika intix

76. Słowo Boże na dziś...

SŁOWO

+++
a także:

Chcemy ujrzeć Jezusa

Niedziela, 22 marca 2015 roku
V Niedziela Wielkiego Postu
Jan 12,20-33

A wśród tych, którzy przybyli, aby oddać pokłon Bogu w czasie święta, byli też niektórzy Grecy. Oni więc przystąpili do Filipa, pochodzącego z Betsaidy Galilejskiej, i prosili go mówiąc: "Panie, chcemy ujrzeć Jezusa". Filip poszedł i powiedział Andrzejowi. Z kolei Andrzej i Filip poszli i powiedzieli Jezusowi. A Jezus dał im taką odpowiedź: "Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec. Teraz dusza moja doznała lęku i cóż mam powiedzieć? Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny. Nie, właśnie dlatego przyszedłem na tę godzinę. Ojcze, wsław Twoje imię!". Wtem rozległ się głos z nieba: "Już wsławiłem i jeszcze wsławię". Tłum stojący to usłyszał i mówił: "Zagrzmiało!" Inni mówili: "Anioł przemówił do Niego". Na to rzekł Jezus: "Głos ten rozległ się nie ze względu na Mnie, ale ze względu na was. Teraz odbywa się sąd nad tym światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony. A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie". To powiedział zaznaczając, jaką śmiercią miał umrzeć.


Grecy chcieli ujrzeć Jezusa. To pragnienie bardzo poruszyło Jego uczniów. Idą z tą wieścią do Nauczyciela. Pragnienie zobaczenia Jezusa należy w sobie rozwijać. Ono jest z Boga. Jest tęsknotą ludzkiego serca. Samo pragnienie Boga jest już Jego uwielbieniem, jest modlitwą. Takim pragnieniem należy się modlić, a wówczas pogłębia się ono w nas. Należy modlić się dobrymi pragnieniami, które są w nas z Ducha Świętego.

Gdy Jezus usłyszał o pragnieniu Greków wypowiedział się na temat "godziny Syna Człowieczego". Jest to czas, w którym Jezus będzie cierpiał, umrze i zmartwychwstanie. To jest godzina Jezusa, w której zostanie uwielbiony. Godzina ta jest najważniejszym wydarzeniem Jego życia na ziemi i misji, z którą przyszedł do człowieka z woli Ojca. Równocześnie wyraża ona potępienie dla świata przeciwnego Prawu Bożemu. W tym czasie Jezus objawi całą perfidię, podstęp i nienawiść szatana, któremu świat w sposób bezmyślny ulega.

Ziarno wrzucone w ziemię musi obumrzeć. Trzeba coś stracić, aby pojawiło się w nas życie piękniejsze od dotychczasowego. Potrzebne są straty dla umocnienia się w wierze, dla jakości naszego życia. Obumieranie, czyli ogołocenie będące cierpieniem, dotknięciem przez brzydotę prowadzi do rozwoju życia. Ziarno obumierając, wydaje życie z siebie. Myślę o Jezusie Chrystusie, "niepodobnym do człowieka mężu boleści, obarczonym cierpieniem za nasze winy". Równocześnie jest On "najpiękniejszym spośród synów ludzkich.

W oddawaniu życia dla Jezusa odczuwamy samotność. Jest to jednak pozorne, ponieważ doświadczenie ciemności wewnętrznej przez człowieka jest znakiem największej bliskości Boga.

Ks. Józef Pierzchalski SAC
+++
a także rozważania:

Śmierć – RADOŚĆ i LĘK
+++
Bóg zapłać...


avatar użytkownika intix

78. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO
+++
a także:

Nie potępiam cię

Poniedziałek, 23 marca 2015 roku
Jan 8,1-11

Jezus natomiast udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Cały lud schodził się do Niego, a On usiadłszy nauczał ich. Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: Nauczycielu, tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz? Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus nachyliwszy się pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień. I powtórnie nachyliwszy się pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku. Wówczas Jezus podniósłszy się rzekł do niej: Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił? A ona odrzekła: Nikt, Panie! Rzekł do niej Jezus: I Ja ciebie nie potępiam. - Idź, a od tej chwili już nie grzesz!.


Kobieta cudzołożna boi się. Strach jest powodowany najczęściej uczynkami nieczystymi. Wprawia człowieka w wewnętrzne drżenie, namiętny niepokój. Sama by nie przyszła do Jezusa; nie stanęłaby pośrodku. To miejsce w pewnych sytuacjach było wyróżnieniem, zaznaczeniem ważności osoby, która tam stała. Trzeba stanąć na środku z tym, co człowiek w sobie nosi, kim jest, ze swoją nieczystością. Pozwolić się zobaczyć Jezusowi. Niezwykłe jest to, że w obecności faryzeuszów i uczonych w Piśmie, kobieta milczy. Oni by jej nie zrozumieli. Sami źle przeżywali swoją nieczystość, dlatego nie mieli serca dla tej, której czyny nieczyste stały się jawne. Byli bez serca, czyli zrozumienia dla siebie. Liczyło się Prawo, nie zaś zrozumienie. Rozumiejący, co mówi Bóg, spotykają Boga. Rozumienie drugiego, jest najgłębszą formą spotkania się z człowiekiem.

Nieczystość tej kobiety, posłużyła Żydom do wystawienia Chrystusa na próbę. Boga można kusić, prowokować słabością innego człowieka. Można się gorszyć drugim. Gorszą się ci, którzy nie widzą i nie słyszą. Faryzeusze i uczeni w Piśmie nie widzieli swojej nieczystości. Jezus mówiąc im o niej, otwiera im oczy, otwiera ich uszy. Nie Pan trzymał kamień w ręce, lecz ci, którzy kobietę przyprowadzili. Dopóki człowiek nie pozna stanu swojej duszy i swojego serca, chętnie bierze do ręki kamień i trzyma go, aby rzucić w drugiego. Poznanie swojego wnętrza sprawia otwarcie dłoni i wypuszczenie kamienia. Człowiek przestaje być zarozumiały, pewny siebie. Dociera do niego właściwy ogląd życia, gdy Jezus pokazuje to, czym żyje w sercu: „Kto z was jest bez grzechu?”

Jezus mógł dotrzeć do ich umysłu i serca, ponieważ „W dalszym ciągu Go pytali”. Możemy zobaczyć siebie we właściwym świetle, patrząc na nasz stosunek, nasze odniesienie do człowieka, który uczynił zło. Stosunek człowieka do czyniącego zło, objawia nasz stosunek do Boga, podobieństwo do Nauczyciela, lub jego brak.

Nieczystość jest nagłaśniana. Człowiek jest ośmieszany. Bycie w centrum, bycie nieczystym prowadzi do tego, że „Pozostał tylko Jezus i kobieta stojąca pośrodku”. Człowiek stoi na środku, będąc nieczysty, ale też stoi na środku, będąc czystym. Zostaje przymuszonym do stania na środku, lub sam decyduje o tym, gdyż chce wypowiedzieć swoją winę Bogu. Niewiasta cudzołożna zapewne nie zamierzała robić jakikolwiek rozrachunek ze swoim życiem. Spotkanie z Jezusem stało się chwilą dobrą na dokonanie zwrotu, powrotu do czegoś, co jest w nas niewinnością dziecka.

Faryzeusze i uczeni w Piśmie musieli odejść, by Jezus mógł podnieść niewiastę. Nieczystość i samotność. Nieczystość, samotność, odejście od ludzi w celu odnalezienia Kogoś, kto nie potępia. Za bardzo trzymamy się tych, którzy potępiają, sądzą, oczerniają, kopią dołki. Nie mamy przekonania do pozostania sam na sam z Mistrzem.

Oni odeszli, aby mogła wejść w dialog z Panem. Ta jej nieczystość, w pewnym sensie, umożliwiła jej spotkanie z Jezusem. Może nigdy by się przy Nim nie zatrzymała, żeby Go posłuchać. Człowiek nieczysty, przez swe czyny, bywa doprowadzony do sytuacji krańcowej wytrzymałości, aby zostawić ludzi, a wówczas spotkać i posłuchać Boga.

Faryzeusze i uczeni w Piśmie nie dojrzeli do rozumienia nie potępiania, nie rozumieli przebaczania człowiekowi grzeszącemu. Byli na etapie gorszenia się. Ten, kto się gorszy, jeszcze nie umie przebaczać. Człowiek za nieczystość chce potępiać, Bóg przebaczać. Człowiek, będąc grzesznikiem, nie umiejący żyć ze świadomością tego, jest jak pies gończy za grzesznikami. Niekiedy wygląda to tak, jakby sytuacja słabości innych ekscytowało go. Człowiek trzyma się Prawa. Nie odczuwa, co może dokonywać się w sercu osaczonej kobiety. Prawo mogą zachować ci, którzy umieją kochać, których pokochano. Jesteśmy nieczyści, ponieważ nie umiemy kochać.

Spotkanie kobiety z Jezusem stało się najważniejszym wydarzeniem jej życia, lekcją miłości, odkryciem, że jest dla kogoś ważna, jako człowiek, jako kobieta. Lekcja, w której doszło do odkrycia, że nie oczekuje się od niej, by dała swoje ciało, lecz by nauczyła się kochać. Uczymy się miłości, gdy odchodzimy od ranienia miłości Pana. „Nie potępiam”, jest siłą dla „nie grzesz więcej”.

Ks. Józef Pierzchalski SAC
+++
oraz rozważania:

Pochwycona na cudzołóstwie – Boże podejście (J 8,1-11)

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

79. Jak to powiedzieć, żeby nie powiedzieć - o.Stanisław Morgalla SJ



Częstą barierą przed wyznaniem grzechów w konfesjonale jest wstyd lub lęk. Przyznanie się do winy zawsze wiele nas kosztuje i jest krępujące. Trudno sobie wyobrazić, że ktoś o zdrowych zmysłach będzie beznamiętne wyznawał własne słabości czy niegodziwości. Uczuć w konfesjonale nie unikniemy. Moim zdaniem one są cennym wzmocnieniem wyznania grzechów i żalu za nie.
 
Uważny spowiednik niczym pudło rezonansowe wychwytuje te uczucia. Nie tylko wie, czy penitent żałuje swoich grzechów, ale też wyraźnie to odczuwa. Być może nawet to odczuwanie jest ważniejsze, bo trudno je oszukać, czego nie można powiedzieć o rozumie. Zwłaszcza jeśli penitent za wszelką cenę stara się zakamuflować jakiś grzech, a spowiednik jak diabeł święconej wody unika niepotrzebnych problemów w czasie obowiązkowego dyżuru.
 
Nowomowa
 
A niezliczone są sposoby na wyznawanie tych najbardziej wstydliwych grzechów tak, by ksiądz się ich domyślił i nie zadawał zbędnych pytań! Przyznam, że czasem toczy się swoista gra między penitentem i spowiednikiem, w której chodzi o dopełnienie formy z wyraźnym uszczerbkiem dla istoty spowiedzi, którą stanowią żal za grzechy i postanowienie poprawy. Można pokusić się o stwierdzenie, że powstała spowiednicza nowomowa. Penitenci mają bardzo bogaty zasób eufemizmów i określeń zastępczych, których używają przy wyznawaniu najtrudniejszych dla siebie grzechów. Niektórzy używają ich z premedytacją, z intencją ukrycia lub złagodzenia swojego przewinienia, inni po prostu nie potrafią ich nazwać i używają określeń zasłyszanych w mediach lub pochodzących z mowy potocznej.
 
Najczęściej dotyczy to sfery szóstego przykazania, grzechu masturbacji lub przedmałżeńskich relacji seksualnych. W tej materii na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci zachowanie ludzi bardzo się zmieniło i dziś niestety nikogo nie dziwi wspólne życie przed ślubem, które uwzględnia kontakty seksualne. Najczęściej przy takich okazjach w konfesjonale słyszy się wyznanie w rodzaju: “Kochałem się ze swoją dziewczyną" lub “Spałam z chłopakiem". W języku potocznym wydaje się ono jednoznaczne, ale w konfesjonale nasuwa wątpliwości co do świadomości grzechu. “Spaliśmy ze sobą" - to nie to samo, co “popełniliśmy cudzołóstwo" lub “zgrzeszyliśmy przeciw szóstemu przykazaniu" czy nawet “współżyliśmy ze sobą".
 
Nie chodzi mi o jakieś czepianie się słów, ale o zauważanie ważnych zmian na poziomie samego języka. Język wyraża przecież nie tylko proste i oczywiste treści, ale także naszą świadomość, jej głębię. Nie bez powodu pranie mózgu w systemach totalitarnych zaczynało się od poprawiania języka i tworzenia nowomowy. Wystarczy wspomnieć książki G. Orwella czy komunistyczny bełkot, którym posługiwała się PZPR. Podobną operację na języku można obserwować we współczesnej pop-kulturze, dlatego nie bez znaczenia jest jakiego języka używają młodzi przy wyznaniu grzechów. Młody człowiek, który mówi, że “uprawiał seks", wcale nie wyraża tym samym głębokiego przekonania o grzechu, ale przyznaje się do robienia czegoś, czego Kościół zakazuje. Przecież robi to, co wszyscy w jego wieku robią: uprawia seks tak samo jak sport. Sumienie nie wyrzuca mu tego jako grzechu ciężkiego, ale co najwyżej jako przekroczenie normy, podobne do jeżdżenia rowerem pod prąd. Zdarzyło mi się, że gdy przypomniałem o ciężarze tego grzechu, w odpowiedzi usłyszałem zdziwione: “Ależ proszę księdza, ja już mam 18 lat". A to dopiero pierwsze pokolenie wychowywane w wolnej Polsce...
 
Podobne językowe zabiegi dotyczą także mówienia o innych grzechach, a ich autorami bywają przedstawiciele duchowieństwa, jak i wykształconego laikatu. Przykłady można mnożyć. Przyznać się do tego, że “minąłem się z prawdą", to nie to samo, co powiedzieć, że “skłamałem". Powiedzenie wprost, że “kradłem", w niczym nie przypomina elegancji sformułowania: “skorzystałem z luk w prawie podatkowym". “Jestem krzywoprzysiężcą" brzmi zupełnie inaczej niż “pomogłem w sądzie mojej dalszej rodzinie", “załatwiłem sobie rentę" to coś zupełnie innego, niż “dałem łapówkę".

Więcej ortopatii niż ortodoksji
 
Nasz problem z przyznawaniem się do winy wynika chyba z nieakceptowania reguł walki duchowej, która zakłada nieustanny wysiłek, zwycięstwa, ale i klęski (które nie są jednoznaczne z grzechami!). Powiedziałbym nawet, że zanika w nas świadomość tej walki. Straciliśmy poczucie nieustannego zmagania się ludzkiego serca, zmagania nie tylko między dobrem i złem, ale także między dobrem rzeczywistym a pozornym. Wolimy wizję statyczną własnego życia duchowego, frontony, które można utrzymywać w czystości, dlatego regularnie je pobielamy jak ewangeliczne groby. W rzeczywistości życie duchowe jest szalenie dynamiczne, wielobarwne: kto nie podejmuje walki, ten przegrywa. To sfera, w której jak nigdzie indziej obowiązuje “efekt motyla": wielkie zdrady i skandale zaczynają się od zlekceważonych drobnych niewierności i półprawd. Tymczasem my nie umiemy pogodzić się z porażką, nie godzimy się na swoją słabość, dlatego wolimy zafałszować prawdę i robić dobrą minę do złej gry. Trudno nam samym się z tym uporać, a co dopiero, jeśli musimy do tej prawdy dopuścić inne osoby.
 
Trudno powiedzieć, czy spowiadający się najbardziej boją się spowiednika, Boga czy też właśnie samego przyznania się do grzechu. Pewnie wszystkiego po trochu albo też jednoczesnego dramatycznego zapętlenia, tj. reakcji Bożego przedstawiciela na wyznanie grzechów. Niestety reakcje te są często nazbyt emocjonalne. Gniew, złość, wstręt czy nawet nienawiść spowiednika, które znajdują swoje przełożenie na konkretne słowa, a nawet gesty, są niebezpiecznym nieporozumieniem. Gwałtowne uczucia spowiednika, choć mają prawo się pojawiać, powinny być trzymane na wodzy. Tym bardziej że podnoszenie głosu, krzyki i połajanki, które niestety się zdarzają, są często tym silniejsze, im większą frustrację i bezsilność za sobą kryją. Pod względem skuteczności są odwrotnie proporcjonalne do zamierzonego celu. Lepiej być nadmiernie życzliwym niż zbyt ostrym czy agresywnym.
 
Mówię tu oczywiście o sferze emocji w konfesjonale, a nie o poprawności nauczania, choć może i na ten temat warto zrobić pewną dygresję. W konfesjonale nie ortodoksja jest najważniejsza, ale ortopatia, czyli zdolność właściwego odczuwania. Nie jest przypadkowe, że tak doskonale rozumiemy słowo ortodoksja, a znaczenia pojęcia ortopatia będziemy poszukiwać w słownikach wyrazów obcych. W naszym polskim Kościele bowiem zbyt dużą wagę przywiązujemy do poprawności wiary, ze szkodą dla przeżycia religijnego, dla doświadczenia religijnego, które bez uczuć i emocji jest zimne i puste. Gdyby było inaczej, moglibyśmy się spowiadać maszynie liczącej. Konfesjonał to nie komora celna na pograniczu ziemi i nieba, lecz miejsce spotkania osób, w którym pod osłoną znaków uczestniczy sam Bóg. W imię czego zatem wykluczać z tego spotkania emocje i uczucia, które właściwie traktowane mogą bardzo pomóc autentycznemu doświadczeniu religijnemu?
 
“Pogromca dusz" w piżamie
 
Lęk, wstyd, żal są więc mile widziane na spowiedzi. Tym milej, im bardziej wyraźnie korespondują z rozumem i wolą człowieka, czyli im bardziej są wyrazem zintegrowanej i dojrzałej osobowości. Każdej ludzkiej czynności towarzyszy jakaś emocja lub uczucie, więc i spowiedź powinna mieć emocjonalne zabarwienie. Odrobina lęku nie jest zła, podobnie jest ze wstydem czy żalem, które w naturalny sposób wiążą się z tym sakramentem. Bez tremendum także i fascinosum1 byłoby pozbawione smaku! Lęk nie tylko straszy, ale i ostrzega przed niebezpieczeństwem. Nie jest nim jednak spowiedź, ale grzech i uporczywe w nim trwanie.
 
Lęk może też wynikać z chorobliwej nadwrażliwości lub z jakichś traumatycznych doświadczeń, np. ze spotkania ze zbyt porywczym księdzem. Co robić w przypadku panicznego lęku przed spowiedzią? Przychodzi mi na myśl metoda terapeutyczna nazywana “intencją paradoksalną W. Frankla", polega ona na prowokowaniu sytuacji lękowej. Panicznie boisz się spowiedzi u ks. X., to poproś go o spowiedź i najlepiej na samym początku powiedz, jak bardzo się boisz. Lęk się zmniejszy lub ustąpi. Może nie zadziała to w każdym przypadku, ale tym zdrowszym i nieznerwicowanym na pewno pomoże. Innym sposobem na lęk przed spowiednikiem jest prosta wizualizacja, tj. wyobrażenie sobie go w sytuacji odmiennej, np. w piżamie lub na grządce pietruszki. To automatycznie zmniejsza nadmierny niepokój przed konkretnym człowiekiem, nawet jeśli będzie to największy “pogromca dusz" w okolicy. Każdy ma jednak własne i niepowtarzalne lęki, które można zrozumieć jedynie w szerszym kontekście jego osobowości, dlatego trudno podać uniwersalne rozwiązania.
 
Przede wszystkim jednak nie należy tłumić lęku, ani tego traumatycznego, ani naturalnego. Zwykle kończy się to unikaniem spowiedzi przez długie lata lub unikaniem wyznania grzechów, które są źródłem tych lęków. W konsekwencji grozić to może duchową stagnacją, a nawet zatwardziałością serca. Dotyczy to nie tylko świeckich, ale i kapłanów. Spowiadałem już w życiu kapłanów, którzy po urazie wyniesionym z konfesjonału sami przestali się spowiadać, i to na wiele lat, będąc jednocześnie bardzo wyrozumiałymi spowiednikami.
 
To nie jest sentymentalizm
 
Oczywiście dla ważności spowiedzi cała ta emocjonalna atmosfera w konfesjonale jest niepotrzebna. Tym niemniej gdybyśmy sprowadzili wszystko do kwestii ważności, to groziłby nam z kolei formalizm, z którym nagminnie stykam się przy okazji spowiedzi świątecznych. Jego przejawem jest to, że dorośli, inteligentni ludzie spowiadają się jak dzieci przed Pierwszą Komunią. Utrwalili sobie jeden schemat spowiedzi i trwają w nim przez całe lata. Nawet formułka wstępna pozostała ta sama, nie wspominając już o części wyznawanych grzechów. Ta formalna poprawność działa na mnie zawsze alarmująco. Widać reforma sakramentu spowiedzi i jego nowa formuła nie dotarła do zwykłych chrześcijan.
 
Ambicją spowiednika powinno być to, aby penitent wzbudził w sobie żal doskonały, czyli miłość do Boga, a do tego konieczne jest poszerzenie jego wiedzy religijnej i - co najważniejsze - pouczenie go o ogromie Bożej miłości i miłosierdzia. Penitent powinien nie tylko dowiedzieć się o Bożej miłości, ale poczuć się bezwarunkowo kochany także przez kapłana, który słucha jego spowiedzi. To nie jest sentymentalizm, ale głęboko ojcowskie uczucie, które dociera lepiej niż straszenie piekłem czy Bożymi plagami.

o.Stanisław Morgalla SJ
http://www.katolik.pl/jak-to-powiedziec--zeby-nie-powiedziec,1417,416,cz.html

avatar użytkownika intix

80. Episkopat zakazał tzw. spowiedzi furtkowej

Biskupi jednoznacznie stwierdzili, że właściwą formą jest "wypróbowana i przyjęta w Kościele praktyka spowiedzi generalnej".

Zgodnie z decyzją nr 2/368/2015 Konferencji Episkopatu Polski z dnia 12 marca 2015 r. KEP podjęła decyzję o zakazie stosowania praktyki tzw. "spowiedzi furtkowej". Biskupi jednoznacznie stwierdzili, że właściwą formą jest "wypróbowana i przyjęta w Kościele praktyka spowiedzi generalnej".

- Konferencja Episkopatu Polski podczas 368. Zebrania Plenarnego, które odbyło się w Warszawie w dniach 11-12 marca 2015 r., po zapoznaniu się z opinią komisji teologicznej w sprawie tzw. spowiedzi furtkowej, na podstawie art. 9 Statutu KEP podjęła decyzję o zakazie stosowania tej praktyki - napisano w dokumencie podpisanym przez przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, abp Stanisława Gądeckiego i sekretarza generalnego KEP bp Artura Mizińskiego.

- Właściwą formą jest wypróbowana i przyjęta w Kościele praktyka spowiedzi generalnej, sprawowana zgodnie z obowiązującymi przepisami, dotyczącymi sakramentu pokuty i pojednania - piszą biskupi.

Decyzja wchodzi w życie z dniem podjęcia.



W związku z pytaniami w komentarzach: o zastrzeżeniach do spowiedzi "furtkowej" wraz z wyjaśnieniem pojęcia można przeczytać  TUTAJ. O spowiedzi generalnej na przykład TUTAJ.

http://gosc.pl/doc/2399181.Episkopat-zakazal-tzw-spowiedzi-furtkowej
+++
Załączam też:

O dobrej spowiedzi – dossier - Ks. Jacek Bałemba SDB



avatar użytkownika intix

83. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO
+++
a także:

Będziecie Mnie szukać

Wtorek, 24 marca 2015 roku
Jan 8,21-30


A oto znowu innym razem rzekł do nich: "Ja odchodzę, a wy będziecie Mnie szukać i w grzechu swoim pomrzecie. Tam, gdzie Ja idę, wy pójść nie możecie". Rzekli więc do Niego Żydzi: "Czyżby miał sam siebie zabić, skoro powiada: Tam, gdzie Ja idę, wy pójść nie możecie?" A On rzekł do nich: "Wy jesteście z niskości, a Ja jestem z wysoka. Wy jesteście z tego świata, Ja nie jestem z tego świata. Powiedziałem wam, że pomrzecie w grzechach swoich. Tak, jeżeli nie uwierzycie, że JA JESTEM, pomrzecie w grzechach swoich". Powiedzieli do Niego: "Kimże Ty jesteś?" Odpowiedział im Jezus: "Przede wszystkim po cóż jeszcze do was mówię? Wiele mam o was do powiedzenia i do sądzenia. Ale Ten, który Mnie posłał jest prawdziwy, a Ja mówię wobec świata to, co usłyszałem od Niego". A oni nie pojęli, że im mówił o Ojcu. Rzekł więc do nich Jezus: "Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że JA JESTEM i że Ja nic od siebie nie czynię, ale że to mówię, czego Mnie Ojciec nauczył. A Ten, który Mnie posłał, jest ze Mną; nie pozostawił Mnie samego, bo Ja zawsze czynię to, co się Jemu podoba". Kiedy to mówił, wielu uwierzyło w Niego.


Uwierzenie Jezusowi czyni nas wolnymi. Wierzyć Jemu, to wprowadzić Go we własne życie, czyli w myślenie, chcenie, decydowanie, w motywacje, we wszelkie przeżycia radosne i trudne. Jesteśmy grzesznikami, ale przez wiarę stajemy się świadomymi naszych grzechów. Przez świadomość uzyskujemy władzę nad naszymi namiętnościami i przyzwyczajeniami, nad myślami, które wprowadzały w niewolę. Po naszym myśleniu rozpoznajemy całkowitą zależność od Jezusa, będącą wiarą, albo niewolę, w której trwamy z powodu niewiary.

Słuchający Jezusa, nie rozumieli tego, co mówił. A przecież byli świadkami znaków, które czynił. To czyny wyjaśniają słowa Jezusa. Nie można oddzielać słów od czynów (znaków, cudów) naszego Pana. Największym znakiem, przez który da świadectwo prawdzie, będzie wywyższenie Go na krzyżu i zmartwychwstanie. Przekonuje ten, który daje swoje życie za innych. Poznajemy Jezusa w Jego ukrzyżowaniu i zmartwychwstaniu.

Jezus jest silny. Jego siłą jest Ojciec, który Go nie opuszcza. Źródłem siły jest wypełnianie tego, czego nauczył się od Ojca, wpatrywanie się nieustanne w tego, który Go posłał. Wierność, lojalność jest źródłem wewnętrznej mocy.

Ks. Józef Pierzchalski SAC
+++

Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

85. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO
+++
a także:

Poczniesz i porodzisz Syna

Środa, 25 marca 2015 roku
>ZWIASTOWANIE PAŃSKIE
>DZIEŃ ŚWIĘTOŚCI ŻYCIA

Łukasz 1,26-38


W szóstym miesiącu posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca. Na to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? Anioł Jej odpowiedział: Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Na to rzekła Maryja: Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa Wtedy odszedł od Niej anioł.


Już byli poślubieni. Już wybrali. Uzgodnili, jak chcą żyć. Czyż Bóg się zagapił i nie przysłał swojego anioła wtedy, gdy była ku temu właściwa chwila? Najwyższy nawiedza Maryję i Józefa i zmienia ich plany na przyszłość. U nich wszystko, od tej chwili, będzie inaczej: i z miłością małżeńską, życiem rodzinnym, z wszelkim planowaniem.

Przyszedł Bóg i Maryja doznaje wielkiej radości. Trzeba wówczas zanurzyć ludzką radość, płynącą ze związku mężczyzny z kobietą, w tej radości, która napełnia niegasnącym weselem i duszę i ciało człowieka. Maryja czysta, wolna, kochająca, "pełna łaski" – sprawy Boże stawia jako najważniejsze. Swoje ludzkie szczęście, bezpieczeństwo, osobiste pragnienia powierza Ojcu, który wie, co czyni.

Bóg wchodzi w to, co człowiek zaplanował. Objawia swoje plany wówczas, gdy nadchodzi "Jego godzina". Jan Paweł II mówił: "Czy można powiedzieć Bogu – nie! Czy można powiedzieć Chrystusowi – nie! Oczywiście – można. Człowiek jest wolny; ale: czy wolno i w imię czego – wolno?" Dowiadujemy się o planach Bożych nie na początku życia, lecz gdy ono trwa. Nie znamy swojej przyszłości. Taka sytuacja może napełniać ogromnym przerażeniem. Wielu ludzi nie wie, co będzie z ich małżeństwem, zdrowiem, wychowaniem dzieci. Pytają wróżek, kart, uczestniczą w seansach spirytystycznych. Jedynie Bóg wie, co będzie z nami. Nie trzeba się bać, gdyż jesteśmy w Jego rękach. On czuwa nad człowiekiem. Jest zawsze, kiedy człowiek Go potrzebuje.

Nie wszystko trzeba poznać, co odnosi się do naszej przyszłości. Gdy chcemy wiedzieć w czasie, którego Bóg nie przewidział na objawienie nam swoich tajemnic, zaczynamy buntować się, zniechęcać, podejrzewać Go, że działa na naszą niekorzyść. Brak koncentracji na kreowaniu własnego szczęścia, bezpieczeństwa, spokoju, umożliwi przyjęcie Bożych zamiarów. Czystość serca, otwiera człowieka na rozumienie tego, co mówi Bóg. Czystość jest wolnością ducha. Mogę zrozumieć mojego Pana nie wtedy, gdy jestem niewolnikiem, lecz wówczas, gdy uczestniczę w "wolności synów Bożych". Czystość, a tym samym wolność w Duchu Świętym, przygotowuje człowieka do wybrania tego, co "miłego Bogu i co doskonałe". Pragnienie życia w czystości, jest równoznaczne z pragnieniem życia w łasce. Człowiek w tej sytuacji poznaje, że miłuje Boga ponad wszystko i wszystkich. W czystości zostaje nam objawiona przyczyna naszej radości, a jest nią Bóg. Czystość owocuje głęboką przynależnością do tego, "który mnie umiłował i samego siebie wydał za mnie". Niepokalana, należy do Pana. Czystość karmi się słuchaniem i posłuchaniem Ojca, we wszystkim. Maryja słuchając Boga pozwala, aby On uczynił ją Matką Swojego Syna. Macierzyństwo Maryi bierze początek z propozycji Boga i zgody na nią Niepokalanej.

Maryja wraz z Józefem, znaleźli sens życia w tworzeniu warunków do tego, aby człowiek poznał, pokochał i naśladował Jezusa. Jedni płaczą, aby inni mogli się śmiać. Inni cierpią, aby ktoś odzyskał zdrowie, również to duchowe. Jedni oddają życie Bogu, aby ci, którzy nie szukają Boga, "zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy".

Maryja kochała Józefa z wzajemnością. Bóg odsłania swoje plany przed tymi, którzy kochają, ponieważ oni rozumieją, co mówi Bóg i chcą tego, czego On pragnie. Św. Augustyn powiedział: "Dajcie mi człowieka, który kocha, a on zrozumie, co mówię". Bóg Ojciec nie chce, żeby Maryja była osamotniona wśród ludzi. Stawia przy Jej boku mężczyznę, Józefa. Na drodze naszego życia otrzymujemy wsparcie zarówno od Boga, jak i od przyjaznego nam człowieka. Dobrze jest mieć kogoś tak bliskiego w życiu, a równocześnie zaufanego, jak Maryja.

Ks. Józef Pierzchalski SAC
+++
oraz rozważania:

ZAUFAĆ Bogu jak MARYJA, a nie Achaz!

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

87. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO
+++
a także:

Kto zachowa moją naukę, nie zazna śmierci na wieki

Czwartek, 26 marca 2015 roku
Jan 8,51-59

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli kto zachowa moją naukę, nie zazna śmierci na wieki». Rzekli do Niego Żydzi: «Teraz wiemy, że jesteś opętany. Abraham umarł i prorocy – a Ty mówisz: Jeśli kto zachowa moją naukę, ten śmierci nie zazna na wieki. Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Abrahama, który przecież umarł? I prorocy pomarli. Kim Ty siebie czynisz?» Odpowiedział Jezus: «Jeżeli Ja sam siebie otaczam chwałą, chwała moja jest niczym. Ale jest Ojciec mój, który Mnie chwałą otacza, o którym wy mówicie: "Jest naszym Bogiem", ale wy Go nie znacie. Ja Go jednak znam. Gdybym powiedział, że Go nie znam, byłbym podobnie jak wy – kłamcą. Ale Ja Go znam i słowa Jego zachowuję. Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień – ujrzał [go] i ucieszył się». Na to rzekli do Niego Żydzi: «Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś?» Rzekł do nich Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Zanim Abraham stał się, JA JESTEM». Porwali więc kamienie, aby je rzucić na Niego. Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni.


Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli kto zachowa moją naukę, nie zazna śmierci na wieki». Rzekli do Niego Żydzi: «Teraz wiemy, że jesteś opętany. Abraham umarł i prorocy – a Ty mówisz: Jeśli kto zachowa moją naukę, ten śmierci nie zazna na wieki. Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Abrahama, który przecież umarł? I prorocy pomarli. Kim Ty siebie czynisz?» Odpowiedział Jezus: «Jeżeli Ja sam siebie otaczam chwałą, chwała moja jest niczym. Ale jest Ojciec mój, który Mnie chwałą otacza, o którym wy mówicie: "Jest naszym Bogiem", ale wy Go nie znacie. Ja Go jednak znam. Gdybym powiedział, że Go nie znam, byłbym podobnie jak wy – kłamcą. Ale Ja Go znam i słowa Jego zachowuję. Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień – ujrzał [go] i ucieszył się». Na to rzekli do Niego Żydzi: «Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś?» Rzekł do nich Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Zanim Abraham stał się, JA JESTEM». Porwali więc kamienie, aby je rzucić na Niego. Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni.

Żydzi podnieśli kamienie, by ukamienować Jezusa. Kamień, to rzeczywistość pozbawiona życia. Postawa nie przyjmowania słów Jezusa była konsekwencją ich "serc kamiennych". Kamienie, które wzięli do rąk, były świadectwem przeciwko nim. Cała rozmowa Jezusa z Żydami zwieńczona jest symbolem kamienia. Ich serca pozostały twarde i nieczułe na słowa Pana. Kamienie podniesione z ziemi, miały stać się siłą niszczącą Jezusa. To ważne, co człowiek chce, co może, a co powinien zachować. "Jeśli kto zachowa moją naukę". To, co zachowujemy, tym się kierujemy. Słowa, obrazy, przeżycia, wstrząs, jakiego doznaliśmy, staje się światłem lub pogrążaniem w ciemności. Nauka Jezusa uchroni człowieka przed utratą tego wszystkiego, co jest w nim szlachetne, dobre i czyste. Można powiedzieć, że zachowanie nauki Pana, uwolni człowieka od głodu na wieczność. Śmierć była identyfikowana z głodem. Mówimy o wiecznym głodzie miłości. Życie słowem Jezusa uniemożliwia śmierci dostęp do człowieka na wieczność.

Mówienie o Bogu nie oznacza, że znam Boga. Mówię o Nim tak, jak mnie nauczono, natomiast dramatem moim jest fakt, że nie spotkałem Go jeszcze osobiście, przez wiarę i miłość. "Wy Go nie znacie" Jezus zna Ojca, zna Abrahama, jest wieczny. Żydzi nie byli w stanie Go przyjąć, ponieważ patrzyli na Niego, jak na każdego innego śmiertelnika. Słuchanie Jezusa w taki sposób, jak słuchamy i poznajemy człowieka, może uniemożliwiać Jego poznanie. A przecież do Niego należy czas i wieczność. On jest Alfa i Omega, Początek i Koniec. Żydzi nie tyle nie mogli, ile nie chcieli przekroczyć granic własnego myślenia, słuchając Jezusa. Nie byli zdolni spojrzeć na Tego, który stał przed Nimi, jak na Wielbionego Boga. Nieumiejętność wyjścia czy niechęć do przekraczania granic swojego myślenia, by wejść w myślenie Jezusa doprowadziło do tego, że "porwali kamienie, aby je rzucić na Niego". Gdzie nie ma argumentów, a za wielką cenę człowiek chce mieć rację, może pojawić się agresja, przemoc, chęć niszczenia kogoś, kogo nie rozumiem, lub nie chcę przyjąć za prawdę tego, co mówi.

Usiłowano Jezusa ukamienować jak cudzołożną kobietę. To, co On mówił, uznali za bluźnierstwo, nieczystość. Jezus burzył ich dotychczasowe myślenie, proponując rozumienie Jego Osoby, Jego przyjścia. Bóg ukrywający się przed człowiekiem. Bóg nie stosujący przemocy, "cichy i pokorny", nie narzucający się, nie atakujący. Kamienie, które Żydzi wzięli z ziemi, by ukamienować Jezusa, wskazują na to, że są pozbawieni życia w sobie. Kamień jest zimy i twardy. On jest świadkiem nie do przyjęcia przez nich, nauki Jezusa. Serce z kamienia, to serce zamknięte na słowo Jezusa. Jezus nie pozwolił na ukamienowanie siebie. Znakiem było to, że nie rzucono kamieniami w Jezusa, lecz zatrzymanie go w swojej dłoni. Można się opamiętać. Biblia mówi też, że Jezus jest kamieniem. Kto potknie się o ten kamień, upadnie na własną swą zgubę. Na Sądzie Ostatecznym Chrystus – "kamień odrzucony przez budujących", doprowadzi do skruszenia swoich "wrogów". Teraz, w czasie oczekiwania na powtórne przyjście Pana, Jezus jest "kamieniem upadku i skałą zgorszenia" i "znakiem, któremu sprzeciwiać się będą". Trzymając w dłoni kamień, jeszcze mam czas na podjęcie decyzji, opamiętanie się, może już ostatnie, zanim nie będzie za późno. Gdy pojawia się wiara i miłość w sercu człowieka, staje się on żywym kamieniem.

Ks. Józef Pierzchalski SAC
+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

90. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Za który z tych czynów chcecie Mnie ukamienować?

Piątek, 27 marca 2015 roku
Jan 10,31-42


I znowu Żydzi porwali kamienie, aby Go ukamienować. Odpowiedział im Jezus: "Ukazałem wam wiele dobrych czynów pochodzących od Ojca. Za który z tych czynów chcecie Mnie ukamienować?" Odpowiedzieli Mu Żydzi: "Nie chcemy Cię kamienować za dobry czyn, ale za bluźnierstwo, za to, że Ty będąc człowiekiem uważasz siebie za Boga". Odpowiedział im Jezus: "Czyż nie napisano w waszym Prawie: Ja rzekłem: Bogami jesteście? Jeżeli Pismo nazywa bogami tych, do których skierowano słowo Boże – a Pisma nie można odrzucić – to jakżeż wy o Tym, którego Ojciec poświęcił i posłał na świat, mówicie: "Bluźnisz", dlatego że powiedziałem: "Jestem Synem Bożym?" Jeżeli nie dokonuję dzieł mojego Ojca, to Mi nie wierzcie! Jeżeli jednak dokonuję, to choćbyście Mnie nie wierzyli, wierzcie moim dziełom, abyście poznali i wiedzieli, że Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu". I znowu starali się Go pojmać, ale On uszedł z ich rąk. I powtórnie udał się za Jordan, na miejsce, gdzie Jan poprzednio udzielał chrztu, i tam przebywał. Wielu przybyło do Niego, mówiąc, iż Jan wprawdzie nie uczynił żadnego znaku, ale że wszystko, co Jan o Nim powiedział, było prawdą. I wielu tam w Niego uwierzyło.


Człowiek, będąc blisko kamienia, może być blisko Boga. Mając "serce z kamienia", jest zdolny prowadzić dialog z Bogiem. Próba ukamienowania Jezusa, świadczy o bezradności tych, którzy nie posiadali żadnych argumentów na to wszystko, co widzieli i słyszeli ze strony Nauczyciela z Nazaretu. Jezus budzi emocje, zmusza do zajęcia postawy, jasnego opowiedzenia się za lub przeciw Jego słowu. Kamienie w rękach Żydów to znak tego, czego było w nich w nadmiarze: sprzeciw, odrzucenie słowa, odcięcie się od słów usłyszanych, obawa przed słowem. Czyż nie dlatego zginął Jan Chrzciciel, że Herodiada bała się tego, co może wyniknąć ze słów proroka znad rzeki Jordan? Gdy pojawia się opór na zmiany, przychodzi czas na próbę zniszczenia tego, co nowe, niezrozumiałe, wiążące się z ryzykiem, koniecznością uwierzenia komuś, z odwagą, zaufaniem.

Cuda, jakie Jezus czynił, nie przekonały Żydów o Jego boskim pochodzeniu. A przecież dobra nie może czynić zły człowiek, tak jak złe czyny, nie pochodzą z serca człowieka dobrego. Dobroć, objawia dobrego. Jaka mowa, takie i serce; jakie dzieła, postępowanie, takie i zakorzenienie. Jezus oczekuje wiary. Jego nie można inaczej poznać, pokochać, naśladować, jak tylko w wierze. Chcąc zbliżyć się do Niego, należy uważnie patrzeć na to wszystko, co nas otacza. O Nim mówi zarówno kamień, jak i wschód słońca. O Bogu mówi wszystko, co istnieje. Uwierzenie jest progiem, po przekroczeniu którego widzimy, słyszymy i dotykamy dzieła Boże. "Wszystko jest możliwe dla tego, który wierzy". Żydzi nie byli obojętni na Jezusa. To, co mówił, budziło ich niepokój. Czyż wiary człowieka nie poprzedzają chwile, niekiedy lata poszukiwań i nurtującego, twórczego niepokoju? Pojawia się zżymanie na tych, którzy wierzą, a przy tym cyniczne określanie ich postaw religijnych, a nawet drastyczne odrzucanie. Jezus daje człowiekowi czas na uwierzenie: daje czas na odrzucenie Jego i Jego nauki, a potem na powrót do niej.

Ks. Józef Pierzchalski SAC
+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

91. Droga Krzyżowa


+ +

Droga Krzyżowa
o życiu wewnętrznym, oparta
na Piśmie Świętym i Dzienniczku s. Faustyny


+ +

Ojcze nasz...
Zdeowaś Maryjo...
Chwała Ojcu...

„Któryś za nas Cierpiał Rany…
Jezu Chryste… zmiłuj się nad nami…
I Ty… Któraś Współcierpiała…
Matko Bolesna…
Przyczyń się za nami…”



+ + +
avatar użytkownika intix

92. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Szukali Jezusa

Sobota, 28 marca 2015 roku
Jan 11,45-57


Wielu spośród Żydów przybyłych do Marii, ujrzawszy, to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego. Niektórzy z nich udali się do faryzeuszów i donieśli im, co Jezus uczynił. Wobec tego arcykapłani i faryzeusze zwołali Najwyższą Radę i rzekli: "Cóż my robimy wobec tego, że ten człowiek czyni wiele znaków? Jeżeli Go tak pozostawimy, to wszyscy uwierzą w Niego, i przyjdą Rzymianie, i zniszczą nasze miejsca święte i nasz naród". Wówczas jeden z nich, Kajfasz, który w owym roku był najwyższym kapłanem, rzekł do nich: "Wy nic nie rozumiecie i nie bierzecie tego pod uwagę, że lepiej jest dla was, gdy jeden człowiek umrze za lud, niż miałby zginąć cały naród". Tego jednak nie powiedział sam od siebie, ale jako najwyższy kapłan w owym roku wypowiedział proroctwo, że Jezus miał umrzeć za naród, a nie tylko za naród, ale także, by rozproszone dzieci Boże gromadzić w jedno. Tego więc dnia postanowili Go zabić. Odtąd Jezus już nie występował wśród Żydów publicznie, tylko odszedł stamtąd do krainy w pobliżu pustyni, do miasteczka, zwanego Efraim, i tam przebywał ze swymi uczniami. A była blisko Pascha żydowska. Wielu przed Paschą udawało się z tej okolicy do Jerozolimy, aby się oczyścić. Oni więc szukali Jezusa i gdy stanęli w świątyni, mówili jeden do drugiego: "Cóż wam się zdaje? Czyżby nie miał przyjść na święto?" Arcykapłani zaś i faryzeusze wydali polecenie, aby każdy, ktokolwiek będzie wiedział o miejscu Jego pobytu, doniósł o tym, aby Go można było pojmać.


Żydzi nie analizują znaków, które Jezus czynił, lecz widzą w nich przede wszystkim zagrożenie dla siebie. Pod płaszczykiem zagrożenia dla narodu i religii tak naprawdę myślą o sobie i swoich interesach. Dlaczego Jezus ma umrzeć? "By rozproszone dzieci Boże, zgromadzić w jedno". Tam jest rozproszenie, gdzie człowiek odczuwa zagrożenie. Rozpraszamy się wewnętrznie przez pojawiające się uczucia zagrożenia i strachu.

Śmierć Jezusa jest tęsknotą, wołaniem za spotkaniem. Kto ma się spotkać? Człowiek z Bogiem i człowiek z człowiekiem. Jedność jest tam gdzie zrozumienie i przebaczenie. Zrozumienie dla ludzkiej biedy i niemożności zaradzenia jej dokonało się w śmierci Pana. Przebaczenie sprowadza jedność. To, co boli (krzyż) – jednoczy.

To, co boli, wychowuje do jednoczenia.

Jest taki czas, kiedy wyjaśniamy swoje racje drugiemu. Gdy ich nie przyjmuje, wychodzimy w milczeniu i cierpimy. Jezus przekonywał do czasu, potem pozwolił się ukrzyżować. Jedno i drugie przemawia. Słowa bez ofiary nic by nie wyjaśniały. A jeśli nie wyjaśniają, to i nie objawiają miłości Boga.

"Odszedł do krainy, w pobliżu pustyni (ze swoimi uczniami)". Może dlatego aby powrócić do przeżyć podczas swojego pierwszego pobytu w tym miejscu. Do czegoś, do kogoś wracamy. Może po to, aby być w pobliżu. Dobre przeżycia, przez które przeszliśmy potrafią wzmacniać w chwilach zagubienia. Dobrze jest odwołać się do przeszłości, w której byliśmy mocni duchem. Gdy jestem nierozumiany, najprościej byłoby się wycofać. Brak zrozumienia, to wstęp do bardziej bolesnego doświadczenia i trzeba się na nie przygotować.

Pustynia: Bóg, szatan, ale i uczniowie. Jezus jest "bogatszy" o swoich uczniów. W kogo, lub w co jestem bogatszy, od doświadczenia wywołanego przez moją samotność, zdradę osoby bliskiej, grzech, który napełnił mnie bólem i smutkiem?

Ks. Józef Pierzchalski SAC
+++

Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

95. Słowo Boże na dziś...

SŁOWO

+++
a także:

Przychodzi w imię Pańskie

Niedziela, 29 marca 2015 roku
>NIEDZIELA PALMOWA MĘKI PAŃSKIEJ

>XXX Światowy Dzień Młodzieży

Marek 11,1-10

Gdy się zbliżali do Jerozolimy, do Betfage i Betanii na Górze Oliwnej, posłał dwóch spośród swoich uczniów i rzekł im: «Idźcie do wsi, która jest przed wami, a zaraz przy wejściu do niej znajdziecie oślę uwiązane, na którym jeszcze nikt z ludzi nie siedział. Odwiążcie je i przyprowadźcie tutaj! A gdyby was kto pytał, dlaczego to robicie, powiedzcie: Pan go potrzebuje i zaraz odeśle je tu z powrotem». Poszli i znaleźli oślę przywiązane do drzwi z zewnątrz, na ulicy. Odwiązali je, a niektórzy ze stojących tam pytali ich: «Co to ma znaczyć, że odwiązujecie oślę?» Oni zaś odpowiedzieli im tak, jak Jezus polecił. I pozwolili im. Przyprowadzili więc oślę do Jezusa i zarzucili na nie swe płaszcze, a On wsiadł na nie. Wielu zaś słało swe płaszcze na drodze, a inni gałązki ścięte na polach. A ci, którzy Go poprzedzali i którzy szli za Nim, wołali: «Hosanna! Błogosławiony Ten, który przychodzi w imię Pańskie. Błogosławione królestwo ojca naszego Dawida, które przychodzi. Hosanna na wysokościach!»


Niedziela Palmowa jest trudnym czasem, który przeżywamy wraz z Jezusem. Z jednej strony są Ci, którzy knują przeciwko Niemu, jak by Go zgładzić. Inni stają po Jego stronie, wiwatują na Jego cześć, cieszą się Panem, jako Mesjaszem i Królem Izraela. Wiara zwolenników Jezusa jest jednak bardzo słaba. Wierzą w Niego do czasu. Kiedy ujawnią się Ci, którzy są przeciwnikami Jezusa, przestraszeni, będą decydować o ukrzyżowaniu Pana.

Radosne okrzyki podczas wjazdu do Jerozolimy wznosili ci, którzy byli za Jezusem, a równocześnie byli przeciwko Niemu. To osoby wahające się, niezdecydowane, chwiejące się w swoich poglądach. Wystarczyło pokierować tłumem aby przechylić ich sympatie na swoją stronę. Wydaje się, że w zależności od tego, kto nimi kierował, szli w taką stronę bez głębszego zastanowienia.

Jezus mógł przekonać tych ludzi, zdobyć ich na swoją stronę. Tymczasem nie czyni niczego aby ich pozyskać. Słowa Jezusa miały moc. Pamiętamy, kiedy słudzy świątyni wrócili do swoich przywódców powiedzieli z entuzjazmem o Chrystusie: „Jeszcze nigdy nikt nie przemawiał tak, jak ten człowiek przemawia”. Jedno czy drugie zdanie mogło spowodować przypływ sympatii i poparcia dla Pana. Jezus nie uczynił niczego, aby tych ludzi pozyskać na swoją stronę.

Dlaczego Jezus tego nie czyni? Wydaje się, że był niechętny tłumom. Wiedział jakie mechanizmy nimi rządzą. Kiedy chciano Go obwołać Królem, oddalił się od tłumów. Dlaczego Jezus nie przekonuje, nie perswaduje, nie używa słów, które mogłyby ludzi przekonać? Zauważa bowiem, że tłumy bardziej interesują się doczesnością: zdrowiem, chlebem, odnoszeniem zwycięstwa nad innymi, niż Królestwem Bożym.

Jezus nie został posłany przez Ojca przede wszystkim dla zaspokojenia ludzkich potrzeb związanych z życiem w doczesności. Jeśli to czyni, są to zdarzenia nieczęste. Nie odwołuje się też do ludzkich potrzeb. Nie usiłuje przekonać człowieka do siebie tym, co może dać, co poprawi jego samopoczucie, stan zdrowia, co zaspokoi głód, co zapewni mu większe poczucie bezpieczeństwa. Człowiek zasadniczo skupiony jest na tym, aby zaspokoić swoje potrzeby doczesne. Interesują go także ci, którzy przychodzą z konkretną ofertą zaspokojenia jego potrzeb. Wielu obecnie uznaje teorię, iż, jeśli chcesz mieć ludzi po swojej stronie, odpowiadaj pozytywnie na ich potrzeby, oczekiwania, pragnienia.

Jezus tymczasem odwołuje się nie do tego, co przyrodzone, lecz do rzeczywistości nadprzyrodzonej. Odwołuje się do tego, co jest nieegoistyczne i bezinteresowne.

Ks. Józef Pierzchalski SAC
+++
oraz rozważania:

JEZUS – przykład POKORY do naśladowania

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

97. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:
Namaściła Jezusowi nogi, a włosami je otarła

Poniedziałek, 30 marca 2015 roku
WIELKI PONIEDZIAŁEK
Jan 12,1-11


Na sześć dni przed Paschą Jezus przybył do Betanii, gdzie mieszkał Łazarz, którego Jezus wskrzesił z martwych. Urządzono tam dla Niego ucztę. Marta posługiwała, a Łazarz był jednym z zasiadających z Nim przy stole. Maria zaś wzięła funt szlachetnego i drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi nogi, a włosami je otarła. A dom napełnił się wonią olejku. Na to rzekł Judasz Iskariota, jeden z uczniów Jego, ten, który Go miał wydać: "Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim?" Powiedział zaś to nie dlatego, jakoby dbał o biednych, ale ponieważ był złodziejem, i mając trzos wykradał to, co składano. Na to Jezus powiedział: "Zostaw ją! Przechowała to, aby Mnie namaścić na dzień mojego pogrzebu. Bo ubogich zawsze macie u siebie, ale Mnie nie zawsze macie". Wielki tłum Żydów dowiedział się, że tam jest; a przybyli nie tylko ze względu na Jezusa, ale także by ujrzeć Łazarza, którego wskrzesił z martwych. Arcykapłani zatem postanowili stracić również Łazarza, gdyż wielu z jego powodu odłączyło się od Żydów i uwierzyło w Jezusa.


Można patrzeć na Jezusa i odkrywać Jego pragnienia, chwile, które nadejdą i być bardzo blisko Niego w tym co trudne, przerażające, napełniające lękiem. Taką osobą jest Maria namaszczająca nogi Jezusa. Tym gestem Maria wchodzi razem z Jezusem w przeżywanie Jego Męki, Śmierci i Zmartwychwstania. Prosty gest będący miłością, troską, wyrazem oddania wszystkiego, czyli siebie. Kochający widzi więcej, dalej, głębiej. On odczuwa, przewiduje. Wydaje się, że Maria nie wiedziała, co czyni. Nie miała świadomości, że to namaszczenie jest przygotowaniem na mękę i śmierć. Wyczuwała jednak, że to jest szczególny czas Pana.

Maria jest skupiona na Osobie Jezusa; Judasz na tym, co mógłby zdobyć – na ewentualnych pieniądzach ze sprzedaży olejku. Skupienie się na pieniądzach sprawia, że można przegapić to, co najważniejsze. Można słuchać i nie usłyszeć Boga.

Wycierając włosami stopy Jezusa, Maria powierza swoje piękno, moc, życie. Jezus ją broni przed fałszywą troską Judasza o ludzi biednych. Dając Panu swoje piękno wchodzi w obszar Jego troski, czuwania nad nią i nad tym, co dla niej dobre. Okazanie dobra przez Marię doprowadza do ujawnienia się tego, co uczeń Pana skrywał w sercu. Kiedy pojawia się dobro, w pobliżu zawsze jest obecne zło, jako alternatywa przekonywująca, logicznie uzasadniona troską o dobro innych. Niezwykle istotne jest rozeznawanie i dokonywanie wyboru między dobrem (Maria) a pozornym oczekiwaniem na dobro (Judasz).

„Bo ubogich zawsze macie u siebie, ale Mnie nie zawsze macie”. Nie ma w świecie równowagi w posiadaniu dóbr materialnych. Ubodzy, czyli cierpiący z powodu niezaspokojonych potrzeb i niesprawiedliwości. Ludzie ubodzy są ofiarą chciwości innych, żądzy władzy i naginania prawa. Mogą oni szukać jedynie skutecznej pomocy i wsparcia u Boga. Jakie jest uzasadnienie dla namaszczenia stóp Jezusa? Zbliżająca się chwila odejścia z tej ziemi przez mękę i śmierć. To jest czas świętowania, ostatnich chwil radości w takiej wspólnocie. Maria przeżywa ból i radość. Te dwie rzeczywistości zawsze się w życiu przenikają, wychowują człowieka i są składowymi jego szczęścia.

Jezus jest ubogim. Oddał całego siebie Ojcu. Jest też ubogi przez niezrozumienie, którego doznaje ze strony osób najbliższych. Mówi im o swojej męce i zbliżającej się śmierci, a oni patrzą na cenę olejku, jakim Maria namaszcza Jego nogi. Fizycznie są blisko, z Nim, natomiast sercem, rozumieniem nieobecni. Wielka samotność i osamotnienie, a tym samym najgłębsze doznanie ubóstwa. Najboleśniejsze nie jest to, że czegoś nie mamy z dóbr materialnych. Najbardziej boli nie odczuwanie z nami tych, dla których żyjemy, których kochamy, za których oddajemy nasze życie.

Ks. Józef Pierzchalski SAC
+++
oraz rozważania:

ZAMYSŁY SERC – UJAWNIONE! Uczta w Betanii

+++
Bóg zapłać...


avatar użytkownika intix

99. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Życie swoje oddasz za Mnie?

Wtorek, 31 marca 2015 roku
WTOREK WIELKIEGO TYGODNIA
Jan 13,21-33.36-38

Jezus w czasie wieczerzy z uczniami swoimi doznał głębokiego wzruszenia i tak oświadczył: "Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Jeden z was Mnie zdradzi". Spoglądali uczniowie jeden na drugiego niepewni, o kim mówi. Jeden z uczniów Jego, ten, którego Jezus miłował, spoczywał na Jego piersi. Jemu to dał znak Szymon Piotr i rzekł do niego: "Kto to jest? O kim mówi?" Ten oparł się zaraz na piersi Jezusa i rzekł do Niego: "Panie, kto to jest?" Jezus odpowiedział: "To ten, dla którego umaczam kawałek chleba i podam mu". Umoczywszy więc kawałek chleba, wziął i podał Judaszowi, synowi Szymona Iskarioty. A po spożyciu kawałka chleba wszedł w niego szatan. Jezus zaś rzekł do niego: "Co chcesz czynić, czyń prędzej". Nikt jednak z biesiadników nie rozumiał, dlaczego mu to powiedział. Ponieważ Judasz miał pieczę nad trzosem, niektórzy sądzili, że Jezus powiedział do niego: "Zakup, czego nam potrzeba na święta", albo żeby dał coś ubogim. On zaś po spożyciu kawałka chleba zaraz wyszedł. A była noc. Po jego wyjściu rzekł Jezus: "Syn Człowieczy został teraz otoczony chwałą, a w Nim Bóg został chwałą otoczony. Jeżeli Bóg został w Nim chwałą otoczony, to i Bóg Go otoczy chwałą w sobie samym, i to zaraz Go chwałą otoczy. Dzieci, jeszcze krótko jestem z wami. Będziecie Mnie szukać, ale jak to Żydom powiedziałem, tak i wam teraz mówię, dokąd Ja idę, wy pójść nie możecie". Rzekł do Niego Szymon Piotr: "Panie, dokąd idziesz?" Odpowiedział mu Jezus: "Dokąd Ja idę, ty teraz za Mną pójść nie możesz, ale później pójdziesz". Powiedział Mu Piotr: "Panie, dlaczego teraz nie mogę pójść za Tobą? Życie moje oddam za Ciebie". Odpowiedział Jezus: "Życie swoje oddasz za Mnie? Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: Kogut nie zapieje, aż ty trzy razy się Mnie wyprzesz".


Słowo „wzruszenie” nie oddaje atmosfery sceny, którą rozważamy. Jezus był „wstrząśnięty do głębi”, „udręczony na duchu”. Udręka jest męczarnią, cierpieniem, wchodzeniem w doświadczenie piekła. Jezus przeżywa dramat ucznia, który prowadzi własną grę, który podejmuje decyzje oddalające go od Nauczyciela.

Wiedział, że uczeń Go zdradzi. To jest źródłem udręki. Przez trzy lata Jezus mówił do niego. Judasz widział Jego cuda. Nie dostrzegał w tym znaku Królestwa Bożego, które nadchodzi. Oczy jego były przesłonięte troską o własny rozwój materialny. Fizycznie był blisko Nauczyciela, lecz sercem swych daleko od Niego. Jezus był dla niego kimś obcym, ponieważ nie odpowiadał na jego wewnętrzne pragnienia, potrzeby tworzenia dobrobytu na Ziemi. Chciał być bogatym, dlatego kradł. Był z Panem dla siebie, nie ze względu na Niego. Ukrywał się ze swoją biedą. Nie miał odwagi do uczciwego postępowania.

Nie będąc z Jezusem jesteśmy po stronie Jego Przeciwnika (diabła). Można być z Jezusem lub przeciwko Niemu. Nie ma trzeciej drogi. Obojętność, bycie neutralnym wobec Boga jest nieporozumieniem. Stawianie oporu Jezusowi jest możliwe. Budowanie własnego „szczęścia, dobrobytu” poza Nim, prowadzi do nieszczęścia. Tworzenie bez Jezusa jest niszczeniem własnego życia. Jezus doświadcza udręki w swoim uczniu, w jego nieuczciwości, w pozornym chodzeniu z tym, który go wybrał i zaufał.

Ks. Józef Pierzchalski SAC
+++

oraz rozważania:

JUDASZ – nostalgia za wielkością

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

102. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Jeden z was Mnie zdradzi

Środa, 1 kwietnia 2015 roku
ŚRODA WIELKIEGO TYGODNIA
Mateusz 26,14-25

Jeden z Dwunastu, imieniem Judasz Iskariota, udał się do arcykapłanów i rzekł: "Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam". A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników. Odtąd szukał sposobności, żeby Go wydać. W pierwszy dzień Przaśników przystąpili do Jezusa uczniowie i zapytali Go: "Gdzie chcesz, żebyśmy Ci przygotowali Paschę do spożycia?" On odrzekł: "Idźcie do miasta, do znanego nam człowieka i powiedzcie mu: «Nauczyciel mówi: Czas mój jest bliski; u ciebie chcę urządzić Paschę z moimi uczniami»". Uczniowie uczynili tak, jak im polecił Jezus, i przygotowali Paschę. Z nastaniem wieczoru zajął miejsce u stołu razem z dwunastu uczniami. A gdy jedli, rzekł: "Zaprawdę powiadam wam: jeden z was Mnie zdradzi". Zasmuceni tym bardzo, zaczęli pytać jeden przez drugiego: "Chyba nie ja, Panie?" On zaś odpowiedział: "Ten, który ze Mną rękę zanurza w misie, on Mnie zdradzi. Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane; lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził". Wtedy Judasz, który Go miał zdradzić, rzekł: "Czy nie ja, Rabbi?" Mówi mu: "Tak jest, ty".


Niewiele znaczyło dla Judasza życie Jezusa. Na tej samej szali kładzie życie Mistrza i trzydzieści srebrników. Jezus stał się dla ucznia „towarem”, który można sprzedać. Staje się tym samym człowiekiem roszczącym sobie prawo do posiadania Nauczyciela. Donosił na Jezusa i wziął pieniądze. Współpracował z tymi, którzy zastanawiali się nad tym, jak by Go zabić.

Chciwość odrzuca łaskę, czyni człowieka odpornym na działanie Boga. Był tak blisko Jezusa a serce więcej ceniło trzydzieści srebrników, niż Mistrza. Nie miał odwagi stanąć przed Jezusem i powiedzieć, że jest chciwy i kradnie. Nauczyciel znał dramat ucznia. Po co więc mówić skoro On wie? Jest to potrzebne temu, który mówi prawdę o własnej słabości. Mówienie prawdy wyzwala.

Jezus chce przeżywać Paschę z uczniami. Później na Golgocie będzie sam. Teraz byli blisko Niego a On tak blisko nich. Odczuł potrzebę powiedzenia o tym, co szczególnie bolało. Najbardziej boli niewierność, nieszczerość, zamknięcie się, nieufność, nielojalność. Boli zdrada uczyniona przez osobę, której ufamy, ze strony której nie spodziewaliśmy się zagrożenia. Gdy zdradzamy Boga dokonujemy zdrady samych siebie. Mogą zdradzić nas jedynie ci, którzy nas znają, poznali prawdę o nas, o naszych pragnieniach, słabościach, kłopotach, uzależnieniach, pragnieniach i dążeniach, o marzeniach, nawet o grzechach.

Mówimy nie po to, aby nasze sekrety zostały kiedykolwiek ujawnione. Mówimy, ponieważ nie jesteśmy zdolni nieść sami ciężaru naszych trudnych doświadczeń. Ufamy osobie przed którą otwieramy swoje serce i powierzamy nasze życie. Zdrada niszczy relacje, zrywa więzi, budzi lęk przed zaufaniem komukolwiek w przyszłości. Niszczy namiętność posiadania. Ten, który zdradza, czyni to tylko dlatego, że coś otrzyma, to, czego w sposób chorobliwy potrzebuje (pieniądze, władza, przywileje). Nie mogąc narzucić swojej woli Jezusowi, wydał Go. Odegrał rolę Boga. To była chwila pozornej władzy, iluzorycznego panowania nad Mistrzem.

„Umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował”, czyli nieskończenie. Jezus umiłował swoich do granic możliwości. Tą granicą jest oddanie życia, z miłości. Umiłował do końca, czyli do zamknięcia oczu na tej ziemi, do ostatniego tchnienia. Nie można nie oddać życia za tych, których się kocha. Miłość do tego prowadzi. „Swoim” jest ten, który jest kochany, dla którego jest miejsce w moim sercu.

Zastanawia mnie to, że Judasz był na Ostatniej Wieczerzy, patrzył na Jezusa, był tak blisko Niego, a nosił w sobie „pragnienie, aby Go wydać”. Będąc blisko Pana jesteśmy nakłaniani pragnieniami skierowanymi przeciwko Jezusowi. Judasz nie słuchał sercem tego, co mówi Jezus. Ono już było zajęte podstępem, udawaniem, wyrachowaniem, ciemnością. Nie opierał się uczuciom rozczarowania, zawiedzenia, poczucia bycia oszukanym przez Jezusa. Przyszedł do wspólnoty uczniów nie po to, aby chodzić za Panem, ale po to, aby się wzbogacić. Czy nie w tym celu Pan go wezwał, aby stał się bogaty duchem, bogaty Nim, w Jego słowo, w radowanie się Jego miłością i przyjaźnią?

Będąc zapatrzonymi w doczesność szukamy naszej pełni w tym, co widzimy, czego dotykają nasze ręce. Judasz zapatrzył się w pieniądze. Uwierzył, że one spełnią jego pragnienia, uczynią go szczęśliwym. Nasze życie jest zależne od pragnień, którym pozwalamy rozwijać się w sercu. Takie rodzą się w sercu pragnienia, jakie jest nasze zapatrzenie i zasłuchanie. Nie wszystko, na co patrzymy i czego słuchamy, jest źródłem pokoju serca. Będąc fizycznie blisko Najświętszego Sakramentu, można być Jego przeciwnikiem, jak Judasz w Wieczerniku.

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

105. Słowo Boże na dziś...


SŁOWO

+++
a także:

Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną

Czwartek, 2 kwietnia 2015 roku
CZWARTEK WIELKIEGO TYGODNIA
Jan 13,1-15



Było to przed Świętem Paschy. Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty, syna Szymona, aby Go wydać, wiedząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany. Podszedł więc do Szymona Piotra, a on rzekł do Niego: "Panie, Ty chcesz mi umyć nogi?" Jezus mu odpowiedział: "Tego, co Ja czynię, ty teraz nie rozumiesz, ale później to będziesz wiedział". Rzekł do Niego Piotr: "Nie, nigdy mi nie będziesz nóg umywał". Odpowiedział mu Jezus: "Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną". Rzekł do Niego Szymon Piotr: "Panie, nie tylko nogi moje, ale i ręce, i głowę". Powiedział do niego Jezus: "Wykąpany potrzebuje tylko nogi sobie umyć, bo cały jest czysty. I wy jesteście czyści, ale nie wszyscy". Wiedział bowiem, kto Go wyda, dlatego powiedział: "Nie wszyscy jesteście czyści". A kiedy im umył nogi, przywdział szaty, i gdy znów zajął miejsce przy stole, rzekł do nich: "Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? Wy Mnie nazywacie Nauczycielem i Panem i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem".


Jezus w Wieczerniku u stóp tych, którzy uciekną, gdy zostanie pojmany. Nie chcielibyśmy być potraktowanymi tak, jak On. Bywają sytuacje, w których należy pozwolić, by mnie osaczono absurdalnymi pomówieniami, pozostawiono, odrzucono, by ktoś, kto był tak bliski, na kogo uważałem, że zawsze mogę liczyć – "trzymał się ode mnie z daleka". Może tak było, że kiedy uczniowie opuścili Mistrza, On odczuł szczególną bliskość Ojca. W takim osaczeniu, potraktowaniu pogardliwym i nieuczciwym, mogę doświadczyć "jedno z Chrystusem". Mogę cierpieć z Nim, smucić się z Nim, razem z Panem moim doświadczać osamotnienia, zostawienia przez innych, gdy właśnie teraz ich potrzebuję.

Służyć tym, na których i tak nie mogę liczyć, a spodziewanie się, że mnie poprą, gdy będę coś przedstawiał, byłoby naiwnością i brakiem znajomości ludzi. Czyż nie jest to jakimś sensie piękne, bo przez Boga przewidziane – by służyć tym, na których się zawiodłem? Nie jest to tylko czas przeszły.

"Jesteście czyści, ale nie wszyscy". Czyści – czyli, mający dobre zamiary. Czyści – to służący również tym, którzy ich nie szanują, źle o nich mówią, patrzą na nich z politowaniem. Czyści – to niezrażający się, że niewiele rozumieją, co Bóg do nich mówi, co z nimi czyni, z ich życiem, lecz trwający, jakby widzieli Niewidzialnego. Czyści – to życzliwi dla nieżyczliwych, kulturalni wobec niewychowanych, nieszukający oparcia dla swojego działania w tym, "co ludzie powiedzą", jak odbiorą to, co powiem, lecz idący za natchnieniem Ducha, który pokazuje nam Jezusa mówiąc, abyśmy i my "tak czynili, jak" On nam uczynił.

"Panie, Ty chcesz mi umyć nogi?" Nie rozumiał. Nikt z ludzi nie rozumiał i nie rozumie "tak wielkiej miłości". Są miłości małe i wielkie. Te ostatnie, przez niektórych traktowane bywają jako niedorzeczne, niepotrzebne, będące nieporozumieniem, bo i tak osoba, o którą chodzi, tego nie zrozumie. Ludzie dorastają powoli do zrozumienia, jeśli na coś w swoim życiu Jezusowi pozwalają. Pozwolić Mu umyć mały palec u nogi, a potem drugi. Opór, by Jezus mnie nie dotknął – może być wielki. Dobrze jest uświadomić sobie ten opór obecny w moim sercu, w ciele, w myśleniu. Jego miłość jest większa od mojego oporu, czy uporu.

Opór wyrażony przez ucznia. Był blisko Mistrza na Górze Przemienienia. Usłyszał, "głos z nieba". Namioty chciał stawiać na górze, tak był poruszony, a może przestraszony. Gdy Bóg się objawia, czyż można nie być przestraszonym? Czyż nie idziemy tu tajemniczym szlakiem Maryi i Józefa? "Nie bój się Maryjo". "Nie bój się Józefie". To banie się, jest również doświadczeniem Boga. Wkraczając w moją materialną rzeczywistość, Bóg narusza w pewnym sensie mój dotychczasowy wymiar równowagi, moją małą stabilizację, poczucie bezpieczeństwa, pewność, oczywistość pewnych spraw, zdolność przewidywania.

Piotr nie rozumiał. Nie chciał tego, czego Jezus chciał dla niego. Mówił, że "nigdy" nie będzie mu Pan nóg umywał. A już za chwilę, oczekuje więcej, niż Jezus proponuje. Chodzenie po skrajnościach. Nie branie tyle i tego, co Chrystus daje, lecz: "nigdy nie będziesz mi". Często, nie wiemy, co czynimy. Czyż taka odpowiedź ucznia, nie raniła Mistrza? Nam trzeba zgodzić się na nie rozumienie Jezusa. Należy uczyć się z tym żyć.

Uczeń był blisko Jezusa również w Ogrodzie Oliwnym. Wynika z tego, że można być blisko Pana, a nie widzieć, nie słyszeć, nie wzruszać się tym, że dokonują się sprawy zbawienia człowieka, mojego zbawienia. Dlaczego tak jest? Ponieważ smutek jest bliżej serca ludzkiego, jest łatwiejszy, bardziej natarczywy, od zmysłów idący, składający się z przeżywania tego, co nie zrozumiałe, co ludzie nazywają: zainwestowaniem w niewłaściwego człowieka. Smutek był bliżej serca ucznia, nie zaś trwoga Jezusa, Jego pot, osamotnienie. To trudne – zgodzić się, że mojego Boga: ani wczoraj, ani dzisiaj, ani też, być może i jutro – nie rozumiem. Czy pociesza, czy cokolwiek zmienia Chrystusowe zapewnienie: "później to będziesz wiedział"?

Umycie moich nóg przez Jezusa jest warunkiem stania się Jego uczniem, przyjacielem. Umycie nóg jest równocześnie znakiem wprowadzenia do Królestwa niebieskiego. Brak zgody na umycie jest równoznaczne z zerwaniem relacji z Jezusem. Potem trzeba już odejść. Zgoda na to, aby Jezus umył uczniom nogi nie jest sprawą dowolności, ale warunkiem stania się Jego przyjacielem i nawiązania z Nim nowej, głębokiej więzi.

Umywanie nóg jest drogą miłości Jezusa do człowieka. Taką drogę pokazał Mu Ojciec. Taką drogę przechodzi Pan i ci, którzy uwierzyli w niego. Najwyższy czas, żeby Piotr to zrozumiał i nie opierał się. Piotr otwiera się na nowe rozumienie Jezusa. Przypuszczalnie nie rozumiał tego, co czynił Nauczyciel, ale nie wyobrażał sobie sytuacji, że miałby się z Nim rozstać. Bycie uczniem, to czynienie tego, co czyni Nauczyciel. Zrozumienie przyjdzie później. To jest trudne. Postawa ucznia wyraża się najpełniej w całkowitym zaufaniu Jezusowi, choćby to, co On robi wydawało się niedorzeczne, nieeleganckie, takie mało współczesne i upokarzające.

Droga, którą wskazuje Pan nie polega na panowaniu, rządzeniu, wyższości, lecz na służeniu, staniu się najmniejszym, wręcz poddanym. Jezus klęka przed uczniem. Uczeń powinien klękać przed tym, do którego jest posłany, aby Jego Królestwo stanęło otworem przed wszystkimi. Jezus pokazuje, że w taki sposób wyrażana jest miłość w Jego Królestwie. Umywanie nóg jest sposobem wejścia w nowe myślenie i odczuwanie, w świat Boga.

Umywanie nóg jest szaleństwem. Bez niego nie wchodzimy na drogę prowadzącą do zbawienia. Umywanie nóg jest przygotowaniem na doświadczenie „opuszczenia” przez Ojca, na odczuwanie poniżenia, „utraty” wiary, rozumienia przez najbliższych, pozostawienia przez tych, którym najbardziej ufaliśmy. Samemu trzeba się uniżać, aby przejść przez uniżenie, które nadejdzie. Jezus utożsamia się ze wszystkimi odczuwającymi opuszczenie przez Boga. W gestach słabości zawiera się mądrość zbawienia.

Słabość trzeba przyjąć, aby stała się naszą mocą i mądrością. Ważne jest to, jak patrzy na nas Ojciec, nie ludzie. Patrzenie Ojca jest siłą Syna. Patrzenie Nauczyciela, jest siłą ucznia. Jezus patrzy na mnie z miłością. Nie trzeba się bronić przed miłością. Umywanie nóg jest miejscem wyrażania miłości, a przez to, miejscem stawania się wrażliwym i pięknym, czułym i przebaczającym. Takim jest Pan, takimi stajemy się przez umywanie nóg innym, czyli służenie.

„Nie, nigdy nie będziesz mi nóg umywał”. Piotr nie był mężczyzną bojaźliwym. Sądził, że Jezus jest Mesjaszem silnym, a odkrył Go słabego. Piotr nosił w sobie ideał siły, prawdy, hojności, w którym dobrzy zwyciężają nad złymi. Kim jest Jezus, który klęka przed nim na kolana jak prosty służący? Piotr nie rozumie, ale zgadza się na prośbę Mistrza. Piotr jest wezwany do stania się małym, do umywania nóg innym, do budowania wspólnoty, w której słaby jest na pierwszym miejscu.

Trzeba najpierw wyrzec się swoich ludzkich pewników i pozwolić prowadzić się Bogu. Musi zgodzić się na przejście przez noc ciemną, zaakceptować fakt, że nie wszystko będzie rozumiał. Piotr ma trudności, żeby zgodzić się na taką przemianę. Zgadza się, żeby zostały umyte jego nogi, ale nie rozumie i nie może, przynajmniej chwilowo, stać się takim jak Jezus.

Możemy odkryć w sobie walkę między potrzebą posiadania racji i posiadania władzy, całkowitej kontroli, a przyjęciem drugiego, zaufaniem do Boga i do innych ludzi. Odczuwamy w naszym sercu walkę między potrzebą wspinania się wzwyż, aby przewodzić, i pragnieniem zejścia w dół, aby kochać, słuchać i być wrażliwym na inne osoby. Jezus wzywa, aby kochać, nawet nadmiernie, aż do końca. Poprzez ten gest, Jezus prosi, byśmy szli za Nim drogą małości, drogą komunii serc, przebaczenia, zaufania i wrażliwości.

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++
oraz rozważania:

WIECZERNIK – Miłość, Ofiara, Uczta, Kapłaństwo

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

107. Słowo Boże na dziś...

SŁOWO

+++
a także:

Niewiasto, oto syn Twój

Piątek, 3 kwietnia 2015 roku
WIELKI PIĄTEK MĘKI PAŃSKIEJ
Jan 18,1-19,42



Jezus wyszedł z uczniami swymi za potok Cedron. Był tam ogród, do którego wszedł On i Jego uczniowie. Także i Judasz, który Go wydał, znał to miejsce, bo Jezus i uczniowie Jego często się tam gromadzili. Judasz, otrzymawszy kohortę oraz strażników od arcykapłanów i faryzeuszów, przybył tam z latarniami, pochodniami i bronią. A Jezus wiedząc o wszystkim, co miało na Niego przyjść, wyszedł naprzeciw i rzekł do nich: «Kogo szukacie?» Odpowiedzieli Mu: «Jezusa z Nazaretu». Rzekł do nich Jezus: «Ja jestem». Również i Judasz, który Go wydał, stał między nimi. Skoro więc rzekł do nich: «Ja jestem», cofnęli się i upadli na ziemię. Powtórnie ich zapytał: «Kogo szukacie?» Oni zaś powiedzieli: «Jezusa z Nazaretu». Jezus odrzekł: «Powiedziałem wam, że Ja jestem. Jeżeli więc Mnie szukacie, pozwólcie tym odejść!» Stało się tak, aby się wypełniło słowo, które wypowiedział: «Nie utraciłem żadnego z tych, których Mi dałeś». Wówczas Szymon Piotr, mając przy sobie miecz, dobył go, uderzył sługę arcykapłana i odciął mu prawe ucho. A słudze było na imię Malchos. Na to rzekł Jezus do Piotra: «Schowaj miecz do pochwy. Czyż nie mam pić kielicha, który Mi podał Ojciec?» Wówczas kohorta oraz trybun razem ze strażnikami żydowskimi pojmali Jezusa, związali Go i zaprowadzili najpierw do Annasza. Był on bowiem teściem Kajfasza, który owego roku pełnił urząd arcykapłański. Właśnie Kajfasz poradził Żydom, że warto, aby jeden człowiek zginął za naród. A szedł za Jezusem Szymon Piotr razem z innym uczniem. Uczeń ten był znany arcykapłanowi i dlatego wszedł za Jezusem na dziedziniec arcykapłana, podczas gdy Piotr zatrzymał się przed bramą na zewnątrz. Wszedł więc ów drugi uczeń, znany arcykapłanowi, pomówił z odźwierną i wprowadził Piotra do środka. A służąca odźwierna rzekła do Piotra: «Czy może i ty jesteś jednym spośród uczniów tego człowieka?» On odpowiedział: «Nie jestem». A ponieważ było zimno, strażnicy i słudzy rozpaliwszy ognisko stali przy nim i grzali się. Wśród nich stał także Piotr i grzał się [przy ogniu]. Arcykapłan więc zapytał Jezusa o Jego uczniów i o Jego naukę. Jezus mu odpowiedział: «Ja przemawiałem jawnie przed światem. Uczyłem zawsze w synagodze i w świątyni, gdzie się gromadzą wszyscy Żydzi. Potajemnie zaś nie uczyłem niczego. Dlaczego Mnie pytasz? Zapytaj tych, którzy słyszeli, co im mówiłem. Oto oni wiedzą, co powiedziałem». Gdy to powiedział, jeden ze sług obok stojących spoliczkował Jezusa, mówiąc: «Tak odpowiadasz arcykapłanowi?» Odrzekł mu Jezus: «Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, to dlaczego Mnie bijesz?» Następnie Annasz wysłał Go związanego do arcykapłana Kajfasza. A Szymon Piotr stał i grzał się [przy ogniu]. Powiedzieli wówczas do niego: «Czy i ty nie jesteś jednym z Jego uczniów?» On zaprzeczył mówiąc: «Nie jestem». Jeden ze sług arcykapłana, krewny tego, któremu Piotr odciął ucho, rzekł: «Czyż nie ciebie widziałem razem z Nim w ogrodzie?» Piotr znowu zaprzeczył i natychmiast kogut zapiał. Od Kajfasza zaprowadzili Jezusa do pretorium. A było to wczesnym rankiem. Oni sami jednak nie weszli do pretorium, aby się nie skalać, lecz aby móc spożyć Paschę. Dlatego Piłat wyszedł do nich na zewnątrz i rzekł: «Jaką skargę wnosicie przeciwko temu człowiekowi?» W odpowiedzi rzekli do niego: «Gdyby to nie był złoczyńca, nie wydalibyśmy Go tobie». Piłat więc rzekł do nich: «Weźcie Go wy i osądźcie według swojego prawa!» Odpowiedzieli mu Żydzi: «Nam nie wolno nikogo zabić». Tak miało się spełnić słowo Jezusa, w którym zapowiedział, jaką śmiercią miał umrzeć. Wtedy powtórnie wszedł Piłat do pretorium, a przywoławszy Jezusa rzekł do Niego: «Czy Ty jesteś Królem Żydowskim?» Jezus odpowiedział: «Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie?» Piłat odparł: «Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Coś uczynił?» Odpowiedział Jezus: «Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd». Piłat zatem powiedział do Niego: «A więc jesteś królem?» Odpowiedział Jezus: «Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu». Rzekł do Niego Piłat: «Cóż to jest prawda?» To powiedziawszy wyszedł powtórnie do Żydów i rzekł do nich: «Ja nie znajduję w Nim żadnej winy. Jest zaś u was zwyczaj, że na Paschę uwalniam wam jednego [więźnia]. Czy zatem chcecie, abym wam uwolnił Króla Żydowskiego?» Oni zaś powtórnie zawołali: «Nie tego, lecz Barabasza!» A Barabasz był zbrodniarzem. Wówczas Piłat wziął Jezusa i kazał Go ubiczować. A żołnierze uplótłszy koronę z cierni, włożyli Mu ją na głowę i okryli Go płaszczem purpurowym. Potem podchodzili do Niego i mówili: «Witaj, Królu Żydowski!» I policzkowali Go. A Piłat ponownie wyszedł na zewnątrz i przemówił do nich: «Oto wyprowadzam Go do was na zewnątrz, abyście poznali, że ja nie znajduję w Nim żadnej winy». Jezus więc wyszedł na zewnątrz, w koronie cierniowej i płaszczu purpurowym. Piłat rzekł do nich: «Oto Człowiek». Gdy Go ujrzeli arcykapłani i słudzy, zawołali: «Ukrzyżuj! Ukrzyżuj!» Rzekł do nich Piłat: «Weźcie Go i sami ukrzyżujcie! Ja bowiem nie znajduję w Nim winy». Odpowiedzieli mu Żydzi: «My mamy Prawo, a według Prawa powinien On umrzeć, bo sam siebie uczynił Synem Bożym». Gdy Piłat usłyszał te słowa, uląkł się jeszcze bardziej. Wszedł znów do pretorium i zapytał Jezusa: «Skąd Ty jesteś?» Jezus jednak nie dał mu odpowiedzi. Rzekł więc Piłat do Niego: «Nie chcesz mówić ze mną? Czy nie wiesz, że mam władzę uwolnić Ciebie i mam władzą Ciebie ukrzyżować?» Jezus odpowiedział: «Nie miałbyś żadnej władzy nade Mną, gdyby ci jej nie dano z góry. Dlatego większy grzech ma ten, który Mnie wydał tobie». Odtąd Piłat usiłował Go uwolnić. Żydzi jednak zawołali: «Jeżeli Go uwolnisz, nie jesteś przyjacielem Cezara. Każdy, kto się czyni królem, sprzeciwia się Cezarowi». Gdy więc Piłat usłyszał te słowa, wyprowadził Jezusa na zewnątrz i zasiadł na trybunale, na miejscu zwanym Lithostrotos, po hebrajsku Gabbata. Był to dzień Przygotowania Paschy, około godziny szóstej. I rzekł do Żydów: «Oto król wasz!» A oni krzyczeli: «Precz! Precz! Ukrzyżuj Go!» Piłat rzekł do nich: «Czyż króla waszego mam ukrzyżować?» Odpowiedzieli arcykapłani: «Poza Cezarem nie mamy króla». Wtedy więc wydał Go im, aby Go ukrzyżowano. Zabrali zatem Jezusa. A On sam dźwigając krzyż wyszedł na miejsce zwane Miejscem Czaszki, które po hebrajsku nazywa się Golgota. Tam Go ukrzyżowano, a z Nim dwóch innych, z jednej i drugiej strony, pośrodku zaś Jezusa. Wypisał też Piłat tytuł winy i kazał go umieścić na krzyżu. A było napisane: «Jezus Nazarejczyk, Król Żydowski». Ten napis czytało wielu Żydów, ponieważ miejsce, gdzie ukrzyżowano Jezusa, było blisko miasta. A było napisane w języku hebrajskim, łacińskim i greckim. Arcykapłani żydowscy mówili do Piłata: «Nie pisz: Król Żydowski, ale że On powiedział: Jestem Królem Żydowskim». Odparł Piłat: «Com napisał, napisałem». Żołnierze zaś, gdy ukrzyżowali Jezusa, wzięli Jego szaty i podzielili na cztery części, dla każdego żołnierza po części; wzięli także tunikę. Tunika zaś nie była szyta, ale cała tkana od góry do dołu. Mówili więc między sobą: «Nie rozdzierajmy jej, ale rzućmy o nią losy, do kogo ma należeć». Tak miały się wypełnić słowa Pisma: Podzielili między siebie szaty, a los rzucili o moją suknię. To właśnie uczynili żołnierze. A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: «Niewiasto, oto syn Twój». Następnie rzekł do ucznia: «Oto Matka twoja». I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie. Potem Jezus świadom, że już wszystko się dokonało, aby się wypełniło Pismo, rzekł: «Pragnę». Stało tam naczynie pełne octu. Nałożono więc na hizop gąbkę pełną octu i do ust Mu podano. A gdy Jezus skosztował octu, rzekł: «Wykonało się!» I skłoniwszy głowę oddał ducha. Ponieważ był to dzień Przygotowania, aby zatem ciała nie pozostawały na krzyżu w szabat – ów bowiem dzień szabatu był wielkim świętem – Żydzi prosili Piłata, aby ukrzyżowanym połamano golenie i usunięto ich ciała. Przyszli więc żołnierze i połamali golenie tak pierwszemu, jak i drugiemu, którzy z Nim byli ukrzyżowani. Lecz gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda. Zaświadczył to ten, który widział, a świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy wierzyli. Stało się to bowiem, aby się wypełniło Pismo: Kość jego nie będzie złamana. I znowu na innym miejscu mówi Pismo: Będą patrzeć na Tego, którego przebili. Potem Józef z Arymatei, który był uczniem Jezusa, lecz ukrytym z obawy przed Żydami, poprosił Piłata, aby mógł zabrać ciało Jezusa. A Piłat zezwolił. Poszedł więc i zabrał Jego ciało. Przybył również i Nikodem, ten, który po raz pierwszy przyszedł do Jezusa w nocy, i przyniósł około stu funtów mieszaniny mirry i aloesu. Zabrali więc ciało Jezusa i obwiązali je w płótna razem z wonnościami, stosownie do żydowskiego sposobu grzebania. A na miejscu, gdzie Go ukrzyżowano, był ogród, w ogrodzie zaś nowy grób, w którym jeszcze nie złożono nikogo. Tam to więc, ze względu na żydowski dzień Przygotowania, złożono Jezusa, bo grób znajdował się w pobliżu.


Golgota jest miejscem, na którym poznajemy Boga mocnego i słabego zarazem. Ten, który kocha, jest mocny i słaby zarazem. Różne osoby przyszły pod krzyż. Są tacy, którzy przyszli zobaczyć co się ciekawego wydarzy. Poznanie jest dobre, lecz obecność pod krzyżem wymaga współodczuwania, współcierpienia, z którego płynie poznanie tajemnicy Krzyża. Uczymy się patrzeć na Chrystusa jako na Króla. To jest niezwykle trudne. Królowanie jest panowaniem nad innymi. Jezus pozwolił, by człowiek zadał Jemu ból i w ten sposób zbliżył się i poznał Go. Pozwolił sobą dysponować. Pozwolił się ukrzyżować, żeby ludzie poznali Jego miłość.

Nie można powiedzieć niektórym ludziom o miłości, nie można ich przekonać do miłości Boga, jeśli Go wpierw nie zaatakują, nie upokorzą. Królowanie jest przyjmowaniem upokorzenia od tych, których się kocha. Czyż upokorzony nie jest bardziej przekonywujący od tego, któremu wszystko układa się w życiu pomyślnie? Czyż upokorzony, głodny, cierpiący, nie ma nam więcej do powiedzenia, niż ten, który jest zawsze i przez wszystkich szanowany, nie doznający bólu głodu, nie doświadczający trudu cierpienia? Upokorzenie jest możliwe do przyjęcia i przeżycia wówczas, kiedy człowiek kocha. Doświadczanie upokorzenia nie niszczy, lecz daje cierpliwość, wyrozumiałość, męstwo i sens tego, co robię dla drugiego.

Łotr, mówiący do Pana: "Wybaw siebie i nas". On się boi. Nie panuje nad cierpieniem, bólem, rozczarowaniem, że tak trzeba to życie zakończyć. Nie czyni się winnym tego, jak żył. Gdy człowiek nie poczuwa się do winy, cierpi więcej, niż ten, w którym jest przyznanie się do "nie przestrzegania dróg Pańskich". Zobaczmy że drugi łotr panuje nad sobą, nad emocjami i bólem. W cierpieniu możliwy jest rozsądek, choć uznać należy, że nie każdy sięga po niego. Rozsądek ma swój początek w prawdziwej ocenie swojego życia i życia osób, z którymi przyszło mi żyć. Rozsądek zaznacza się w stwierdzeniu, że jakiś problem, trudność, słusznie mnie spotyka ponieważ nie zachowałem w życiu zasad, reguł, które porządkują życie. "My ponosimy słuszną karę za nasze grzechy, ale On nic złego nie uczynił".

Można być blisko Jezusa, a równocześnie tak daleko od Niego, jak było w to w przypadku złego łotra. Bliskość Boga, nie zapewnia jeszcze mądrości naszym decyzjom, wyborom. Frustracje, bunt, gniew – potrafią być tak silne, że zaślepiają osobę, która przez lata tymi namiętnościami karmiła się. Można jedynie mieć nadzieję, że Chrystus wobec łotra odniósł te same słowa, jakie dotyczyły tych, którzy Go ukrzyżowali: "Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią".

"Ojcze, w ręce Twoje, oddaję ducha Mego". Ojciec łączy całe życie Jezusa. Imię Ojca spaja całą Jego działalność: "Nie moja, ale Twoja wola niech się stanie". Bezwarunkowe oddanie Ojcu jest treścią życia Pana, Jego pokarmem. Jezus jednoczy się z Ojcem, również w swoim człowieczeństwie. Krzyż, miejsce przeklęte, staje się miejscem spotkania z Ojcem i miejscem naszego zbawienia. Podobnie i moja słabość, może być miejscem mojego spotkania się z Bogiem.

Lekkomyślność, głupota sprawiają, że wyrządzamy sobie nawzajem cierpienie. Nasze rany bywają długo otwarte, boleśnie przeżywamy swój czas. Delikatne dotknięcie ran, powoduje dotkliwe cierpienie. Wrażliwość, nadwrażliwość, urazowość często nam towarzyszy. Na krytykę, odrzucenie, złą opinię, niesprawiedliwość – urazowość jest wielka i z tym trzeba coś zrobić. Albo podatność na zranienia będzie nas niszczyć, będzie powodem konfliktów, albo ta podatność na zranienia, będzie wykorzystana inaczej.

Należy być świadomym podatności na zranienie. Warto zobaczyć, że w tym jest zawarte niebezpieczeństwo: bunty wobec Boga, agresywne nastawienie do innych, zamykanie się w sobie. Podatność na zranienie jest ludzkim krzyżem. Krzyż może być tajemniczym miejscem spotkania z Ojcem, wzorem Jezusa. To, co jest przekleństwem życia, to, co należałoby wyeliminować, może stać się miejscem ofiarowania siebie. Nie należy unikali konfrontacji, z podatnością na zranienie. Natomiast ważne, byśmy pytali: co cierpienie robi ze mną, albo – co ja robię z moim cierpieniem. W każdym cierpieniu możliwe jest wyjście Jezusa: "Ojcze, w ręce Twoje oddaję moje życie, moje cierpienie".

"Ojcze, w ręce Twoje oddaję ducha mego". Aby dojrzała w nas świadomość powierzenia swojego życia przez śmierć, Jezus nie broni życia, lecz je oddaje. Żeby dobrze umrzeć trzeba komuś powierzyć swoje życie. Żeby dobrze żyć trzeba komuś powierzyć swoje życie. Człowiekowi nie można powierzyć swojego życia. Prośmy, byśmy coraz głębiej doświadczali Boga, jako Ojca, który dał nam życie.

Ks. Józef Pierzchalski SAC

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

108. Droga Krzyżowa


+ +

Droga Krzyżowa na Pierwszy Piątek Miesiąca


+ +

Krople łez

Rozważania Drogi Krzyżowej z pozycji Matki Zbawiciela



+ +
Ojcze nasz ...
Zdrowaś Maryjo...
Chwała Ojcu...
„Któryś za nas Cierpiał Rany…
Jezu Chryste… zmiłuj się nad nami…
I Ty… Któraś Współcierpiała…
Matko Bolesna…
Przyczyń się za nami…”


+++

avatar użytkownika intix

110. Słowo Boże na dziś...

SŁOWO

+++
a także:

Powstał, nie ma Go tu

Sobota, 4 kwietnia 2015 roku
WIGILIA PASCHALNA W WIELKĄ NOC
Marek 16,1-8


Po upływie szabatu Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba, i Salome nakupiły wonności, żeby pójść namaścić Jezusa. Wczesnym rankiem w pierwszy dzień tygodnia przyszły do grobu, gdy słońce wzeszło. A mówiły między sobą: "Kto nam odsunie kamień od wejścia do grobu?" Gdy jednak spojrzały, zauważyły, że kamień był już odsunięty, a był bardzo duży. Weszły więc do grobu i ujrzały młodzieńca siedzącego po prawej stronie, ubranego w białą szatę; i bardzo się przestraszyły. Lecz on rzekł do nich: "Nie bójcie się! Szukacie Jezusa z Nazaretu, ukrzyżowanego; powstał, nie ma Go tu. Oto miejsce, gdzie Go złożyli. Lecz idźcie, powiedzcie Jego uczniom i Piotrowi: Idzie przed wami do Galilei, tam Go ujrzycie, jak wam powiedział". One wyszły i uciekły od grobu; ogarnęło je bowiem zdumienie i przestrach. Nikomu też nic nie oznajmiły, bo się bały.


Wschodzi słońce. Jest ono symbolem Chrystusa, który zmartwychwstaje. Słońce też wyraża to, że niewiasty zrozumiały więcej, niż uczniowie Jezusa. One miały odwagę iść do grobu Pana. Idąc martwiły się, w jaki sposób poradzą sobie z kamieniem zasłaniającym wejście do grobu. Kamień wyraża to wszystko, co utrudnia nasze życie. Nie wiemy jak sobie poradzić. Zdążanie do Jezusa, w Jego stronę, pragnienie służenia Mu sprawia, że to, co było trudnością, ustępuje. Niewiasty spostrzegły kamień odsunięty od grobu. Jezus usuwa trudność z ich drogi. Najważniejsze jest to, że miał odwagę iść w Jego stronę.

Kobiety weszły do wnętrza grobu. Są odważne. Trzeba zmierzyć się z ciemnością, która również nas wypełnia. Zauważmy, że nie przychodzą pojedynczo, lecz trzymają się razem. Ciemność przeżywamy razem z innymi, wspierając się wzajemnie. Dodajemy sobie otuchy, odwagi. W ciemności i chłodzie grobu spotykają posłańca z nieba. Tam też doświadczają przerażenia. Zetknięcie się rzeczywistości ludzkiej z boską sprowadza na nas przerażenie. Uspokaja ich anioł zwiastowaniem. W grobie, zwiastowanie. W grobie rozbłysła Nowina Radosna – Pan Zmartwychwstał!

Cierpienie nie jest wieczne, i śmierć nie jest wieczna. Nie jest wieczny smutek i kłopoty. Po tym wszystkim przychodzi radość, która jest wieczna. Trudno nam przekraczać pewne granice. Trudno doświadczać własnych ograniczeń, zmierzyć się ze swoją ograniczonością i skończonością, niewiedzą i nieświadomością. Tyle jest w nas pytań, wątpliwości, niedowierzania. Trzeba kierować się wiarą, przeczuciem, sercem, które pała.

Kobiety nie poszły do uczniów, jak im powiedział anioł, ponieważ się bały. Nasz lęk bardzo wolno odchodzi z naszego życia. Doświadczenia duchowe, przez które przechodzimy, stają się naszą radością i umocnieniem. Nie jesteśmy jednak w stanie iść za tym, co mówią nam Bóg przez poruszenia w naszym sercu. Boimy się, jesteśmy niepewni, nie przekazujemy dalej naszego duchowego doświadczenia, ponieważ zwycięża w nas czynnik ludzki będący obawą, żeby nie zostać uznanym za człowieka niespełna rozumu. Uczniowie i niewiasty powoli zostają uzdrowieni ze ślepoty, po zmartwychwstaniu Jezusa. Trzeba za Nim chodzić, słuchać Go, pozwalać, aby wyjaśniał Pisma, aby przejrzeć, usłyszeć i uwierzyć. A potem za to wszystko – oddać swoje życie.

Ks. Józef Pierzchalski SAC
+++
a także:

Nadzieja...

+++
Bóg zapłać...

avatar użytkownika intix

111. Serdeczne Bóg zapłać...

Wszystkim... za wspólne Wielkopostne rozważania...
Załączam jeszcze:

360 Sekund...

Chrystus Zmartwychwstał! Prawdziwie Zmartwychwstał! Alleluja!

Szczęść Boże...