Boleści

avatar użytkownika FreeYourMind

Istnieją publicyści, co do których bez cienia przesady można powiedzieć, że mają jazdę. Primus inter pares jest T. Jastrun vel Smecz.

Pieszczotliwie pozwolę go sobie nazwać Smeczyk. Dla wieloletnich czytelników jego felietonów, a do takich się zaliczam, zawsze było wielką zagadką, skąd się biorą te wielkie burze hormonalne, które niemal w każdym tekście Smeczyka się ujawniają. Być może odpowiedzi na to pytanie nie znajdę nigdy, a więc pozostanie mi wyłącznie czytać Smeczyka i czytać, tak jak to robiłem, gdy ukazywał się na łamach "Rz" w "Plusie-Minusie" (dziś pewnie na myśl o tym ciarki wstrętu go przechodzą).

No więc, kolejny raz przeczytałem i dowiedziałem się, że naszego bohatera o mało ktoś wymiocinami nie potraktował:

"- Panie Jastrun, rzygać mi się chce, kiedy czytam pana teksty w "Newsweeku"."

Ponieważ akcja działa się w szpitalu psychiatrycznym, to Smeczyk wykazał się dużą wyrozumiałością, reagując w następujący sposób:

"- Jak pan będzie wymiotować, mogę potrzymać głowę - proponuję wspaniałomyślnie."

Na co pacjent:

" Spłoszony oddala się i już bezpieczny woła: - To Żydzi palili w piecach Polaków w czasie wojny!"

To zaś pozwoliło po raz kolejny snuć Smeczykowi refleksję nad polskim antysemityzmem:

"Czy to nie fascynujące, że ten wątek żydowski ujawnia się najłatwiej w obłędzie? Pytam psychiatrów, potwierdzają. To jakaś głębinowa groza i tajemnica płynąca z żydowskiego losu, tych niepojętych sąsiadów, których masowy mord nie został przeżyty. Zdumiewa siła tego, co płynie podziemnymi rzekami i tylko czasem wychodzi na wierzch."

Trzeba jednak zwrócić Smeczykowi honor, ponieważ od wizji polskiego antysemickiego obłędu pozwala nam przejść do konkretu zastygłych gum do żucia na krakowskim rynku, gum, które "wypluwa naród". Ja tam (od razu się przyznam) wyrzucam do kosza albo na trawnik (biodegradacja - część gum, jak zauważyłem, mój pies potajemnie zjada, fuj, dziadu), no więc nie wiem, czy jeszcze do tego narodu się zaliczam, czy nie, aczkolwiek wydaje mi się, że to tylko nieliczni należą do tych ostentacyjnie zaśmiecających chodniki czy pobocza. Nieważne. Smeczyk bowiem od konkretu przechodzi wszak i do ogółu:

"Coraz mniej czuję się Polakiem, coraz bardziej Europejczykiem (może po prostu człowiekiem)."

Każdy by tak chciał.

"A że wspólna Europa męczy się sama ze sobą? Wszystko zgadza się - ja też czasami męczę się sam ze sobą."

Wszyscy to mamy.

"Jak na dłoni już widać, jak świetnym dla nas pomysłem była Unia, lekarstwem na opóźnienia, niedogojone rany, neurasteniczną kłótliwość."

Tego akurat nie zauważyłem, ale się jeszcze rozejrzę po okolicy.

"Unia wymusza racjonalność, nowoczesność i sprawność, jakby świat nareszcie chciał coś dobrego dla nas zrobić."

Np. w sprawie stoczni.

"Rozumiem, że idea Unii może niepokoić społeczności Francji czy Anglii, te kraje muszą teraz jakoś łatać biedę i neurastenię, w którą Europę Wschodnią wpakowali. A obawa, że polskość nam się zagubi? Najpierw trzeba zapytać: jaka?"

Jaka polskość, jaka, jaka? Któż raczy wiedzieć? UE jeszcze jakiegoś dokładnego harmonogramu zajęć z polskości nam nie opracowała (komisarze i tak roboty mają bez liku), choć nasza minister edukacji uwija się jak w ukropie, by wybiec przed szereg w odpowiednim momencie, a i sam Smeczyk niewiele nam tu podpowiada, bo w każdym niemalże z felietonów nie może powstrzymać się przed jakimiś aktami obrzydzenia z powodu polskości.

No ale znowu nas zniosło w jakieś górnolotne rejony. Smeczyk wraca do rzeczywistości konkretu:

"Upokarza mnie, że zaczynam współczuć generałowi J., stary człowiek, który broni na sądzie prawie ostatecznym sensu swego życia."

Ja zaś coraz bardziej zaczynam współczuć Smeczykowi i koło się zamyka.

http://www.newsweek.pl/wydania/artykul.asp?Artykul=30179

napisz pierwszy komentarz