Admirał Unrug nie może wrócić do Ojczyzny

avatar użytkownika Maryla

Rodzina bohaterskiego obrońcy Helu adm. Józefa Unruga chciałaby sprowadzenia jego prochów do Polski. Zwraca jednak uwagę, że do tej pory nie odnaleziono szczątków jego towarzyszy broni, jak np. kmdr. Zbigniewa Przybyszewskiego, zamordowanych w okresie stalinowskim.

Po upadku komunizmu do Polski sprowadzono prochy kilku zasłużonych dla Ojczyzny Polaków, jednak wielu z nich wciąż znajduje się poza granicami. Należy do nich wiceadmirał Józef Unrug, dowódca obrony Wybrzeża, który skapitulował jako jeden z ostatnich 2 października 1939 roku.
- Na pewno jego powrót na lawecie jest oczekiwany przez wiele środowisk na Wybrzeżu i nie tylko. Nie trzeba, jak myślę, nikomu mówić, jakim mirem cieszył się admirał - dowódca floty przed wojną, podczas obrony Helu w 1939 r., jaką postawę wreszcie prezentował w oflagu - podkreśla dr Witold Mieszkowski, syn zamordowanego w okresie stalinowskim komandora Stanisława Mieszkowskiego, powojennego dowódcy marynarki wojennej.
Zaznacza jednak, że Unrug, zmarły w latach 70. we Francji, chciał się znaleźć na polskiej ziemi tylko w wypadku uhonorowania także jego podwładnych dotkniętych represjami w okresie stalinowskim. Odwołuje się do stanowiska syna wiceadmirała, Horacego Unruga, który już wiele lat temu, powołując się na ostatnią wolę ojca, sformułował pewne warunki przeniesieniach prochów do Polski.
- Honor marynarki został splamiony przez nieodwracalny krok mordu sądowego popełniony na wychowankach, byłych podwładnych admirała, współobrońcach Helu. Tego admirał nigdy nie zapomniał - stwierdził swego czasu syn Unruga. - Zgodnie z jego wolą i honorem powrót, oficjalny pogrzeb w Polsce jest jedynie możliwy, jeśli uprzednio lub równocześnie zostaną podobnie uczczeni jego koledzy, oficerowie Marynarki Wojennej RP, którzy niewinnie straceni lub zmarli w więzieniu, a następnie pośmiertnie zrehabilitowani, mają prawo do pamięci Narodu - podkreślał.
Zmarły admirał oczekiwał ustalenia winnych i ich osądzenia oraz ekshumacji komandorów: Zbigniewa Przybyszewskiego, Jerzego Staniewicza oraz Stanisława Mieszkowskiego skazanych w latach 50. jako ofiary rzekomego spisku w wojsku, a także uroczystego ich pochowania na Powązkach.
- Kwestia przeniesienia zwłok wiceadmirała Józefa Unruga z Montrésor na cmentarz Marynarki Wojennej na Oksywiu będzie (ewentualnie) aktualna dopiero po ekshumacji zwłok trzech komandorów na Łączce i po spełnieniu kilku warunków, które postawił admirał przed swoją śmiercią - podkreśla Mieszkowski.
Pierwszy z tych głównych warunków można uznać za w jakiejś mierze spełniony. W 1994 r. Sejm potępił zbrodniczą działalność UB i Informacji Wojskowej jako odpowiedzialnych za cierpienia i śmierć wielu tysięcy obywateli polskich. Gorzej z osądzeniem osób odpowiedzialnych za procesy oficerów przedwojennego WP, których komunistyczne władze oskarżały o rzekome "spiski w wojsku", w ramach których miały miejsce pokazowe procesy tzw. grupy Tatara czy właśnie proces grupy komandorów.
Nie jest spełniony natomiast warunek ekshumacji komandorów, co więcej, nie jest nawet pewne miejsce ich pochówku. Ma się to zmienić po planowanych na jesień pracach badawczych Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. - Są w tej chwili techniczne możliwości i da się to zrobić - podkreślał w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" dr Andrzej Kunert, sekretarz Rady.

Zenon Baranowski

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110805&typ=po&id=po13.txt

 

Wiceadmirał Józef Unrug
Dowódca Floty 1925 - 1939
Dowódca obrony Wybrzeża we wrześniu 1939


Był jednym z tych dowódców, którym Bóg powierzył honor Polaków w dniach tragicznej próby. Hel broniony przez podległych Admirałowi marynarzy skapitulował dopiero 2 października, jako ostatni punkt oporu armii polskiej w 1939 roku. Ale z polskim wybrzeżem i budową Polski Morskiej był Józef Unrug związany przez cały okres II Rzeczypospolitej. Na stanowisko dowódcy obrony Wybrzeża powołano Admirała w 1938 roku.

Ojciec J. Unruga był generałem pruskim, arystokratą chętnie widzianym w otoczeniu niemieckiego Cesarza Wilhelma. Matka przyszłego Dowódcy Floty nie znała języka polskiego. Po wojnie prusko - francuskiej w 1870 roku generał Tadeusz Unrug odszedł ze służby i osiadł w majątku wiejskim Sielec na Pomorzu, niedaleko Żnina. Tutaj też spędzał dzieciństwo przyszły Admirał.

http://olpi.pl/stowarzyszenie/patron.html

Film o wiceadmirale Józefie Unrugu

Reżyser: Anna Maria Mydlarska
Czas: 40'


Opowieść o Józefie Unrugu musi rozpocząć się od archiwalnych kadrów przypominajšcych wrzesień 1939 roku i dramatyczne wezwanie ówczesnego kontradmirała, dowódcy polskiej Floty i Obrony Wybrzeża: "Jesteśmy ostatnimi obrońcami ojczystej ziemi. Musimy do ostatniej chwili trwać na posterunku, aby zademonstrować światu, że żołnierz polski nawet w najcięższych warunkach nie odda bez walki ani piędzi ziemi. Największe ofiary i przelana krew staną się żywym świadectwem naszego trwania nad polskim morzem. Żołnierze! Obrona Helu jest nie tylko spełnieniem ślubu wobec naszych dzieci, szczególnie wobec naszych synów, jest nie tylko symbolem, ale także zwykłym żołnierskim obowiązkiem, którego w tej chwili wymaga od nas Polska i który z poświęceniem wypełnić musimy." 20 września na półwyspie Helskim admirał Józef Unrug nie znał szczegółów sytuacji militarnej i politycznej. A jednak podejmował decyzje niezwykle wyważone, nie dążył do tragicznego rozlewu krwi, nie ograniczał inicjatyw umożliwiajšcych dalszš walkę - zdołał odesłać część floty do Anglii, pozwolił na podjęcie indywidualnych prób wymknięcia się do neutralnej Szwecji. On, znany z rygoru i dyscypliny, nie stosował rygorystycznych norm wobec dezerterów ani wobec ludności cywilnej. Nie zrobił nic, co mogłoby odwrócić uwagę od symbolicznego, honorowego wymiaru obrony Wybrzeża, obrony Helu. A przecież nie było to takie proste - cale lato 1939 roku Unrug ciężko przechorował. Jak wspomina jego syn jego egzema nasilała się w okresach pogorszenia stosunków politycznych na świecie. W pierwszych dniach września Unrug niemal nie był w stanie pełnić wszystkich swoich obowiązków. Wielkim wysiłkiem woli zdołał jednak wbrew wszystkiemu zdobyć się na wykonanie tego, co uznał za swój najważniejszy obowiązek - dał przykład walki polskiego marynarza, który wywarł wielkie wrażenie, także na wrogiej armii. W filmie znajdą się wspomnienia niemieckich i polskich uczestników rozmów poprzedzających kapitulację i samej kapitulacji, podpisanej w sopockim Grand Hotelu.

Kim był człowiek, który budził tak wielki szacunek wąród swoich i wąród obcych? Urodził się w arystokratycznej rodzinie o wielkich patriotycznych tradycjach, ale jego matką była hrabianka z Saksonii. Urodził się w Niemczech i uczęszczał do niemieckich szkół. Tam skończył też szkołę morską i tam walczył jako niemiecki marynarz w I wojnie ąwiatowej, pływał na łodziach podwodnych. Otrzymał Krzyż Żelazny. W filmie znajdą się materiały fotograficzne z niemieckiego okresu życia - do którego Unrug jednak nie chciał powracać i idąc do niewoli odmówił nawet rozmów w języku niemieckim, posługując się tłumaczem.

Jego przyjazd do Polski w 26 lipca 1919 roku to początek służby Unruga idei Polski morskiej. Od podstaw budował polskie Wybrzeże, jego infrastrukturę, ale przede wszystkim starał się kształtować ludzi, którzy byliby zdolni do służby na morzu. Wysoka, elegancka sylwetka admirała z psem budziła postrach wąród marynarzy wszystkich szczebli w Gdyni i na Oksywiu, gdyż jak wspominali "trzymał ich w żelaznej dyscyplinie". Jego bardzo ścisłe i bardzo wysokie wymagania zderzały się z wizjami innych ludzi, często przychodzących do polskiej floty z zupełnie innych środowisk (zwłaszcza z marynarki rosyjskiej). Dokumenty epoki świadczą o tym, że najdosłowniej w świecie miewali trudności z porozumiewaniem się. W latach dwudziestych Unrug rozważał nawet możliwość wycofania się ze służby wobec ogromu nieporozumień i konfliktów.

Wszystkie jego poczynania są doskonale udokumentowane - zarówno w jego własnych zapiskach, jak i w archiwalnych materiałach przedstawiających polską obecność nad Bałtykiem, budowę portu na Oksywiu, budowę i rozbudowę floty, łącznie z epizodami zabawnymi, takimi jak zakup okrętu na własne nazwisko Unruga, co uczyniło go na krótko właścicielem jednostki. Film przypomni też związki Unruga z Gdynią, w której współtworzył między innymi Morski Yacht-Klub Polski i "Żeglugę Polską".

Te lata pracy zaowocowały w chwili wybuchu wojny - do walki stanęły polskie okręty, polscy marynarze. Heroiczną obroną Wybrzeża trwającą ponad miesišc dowodził Unrug - ale potem musiał pójść do niewoli, spędzić sześć lat w obozach jenieckich, podczas gdy jego okręty walczyły i okrywały się chwałą bojową u boku marynarki brytyjskiej.

Admirał Unrug w niewoli zachował przedwojenną elegancję. Z Londynu co roku przysyłano mu nowy mundur.... Nadal odmawiał rozmawiania po niemiecku i nadal rozmawiał z Niemcami przez tłumacza.

Po wojnie na krótko podjał pracę u boku swego przedwojennego zwierzchnika, Jerzego Świrskiego w Londynie. Rząd londyński nadał mu tytuł wiceadmirała 2 września 1946 roku i odznaczył Złotym Krzyżem Orderu Virtuti Militari.

http://olpi.pl/stowarzyszenie/film.html

 

Sielec

Dwór z pocz. XIX w.

Dwór w Sielcu został zbudowany na przełomie XVIII i XIX w. Jest to budowla piętrowa, z parterową przybudówką, nakryta dachem czterospadowym. Do 1881 r. dwór był własnością Potworowskich, później przeszedł w ręce rodziny Unrugów. Z tej rodziny wywodził się admirał Józef Unrug, twórca marynarki wojennej, obrońca Helu w 1939 r. Obecni właściciele utworzyli izbę pamięci poświęconą admirałowi. Dwór przylega do obszernego (12 ha) parku krajobrazowego, w którym zachowało się wiele drzew pomnikowych. Na skraju parku znajduje się nekropolia rodziny Unrugów z 11 grobami, między innymi są tu pochowani rodzice admirała Józefa Unruga.

http://www.polskaniezwykla.pl/web/place/843,sielec-dwor-z-pocz--xix-w-.html

Smutna historia bohatera września 1939

Pochodził z niemieckiej rodziny i biegle władał tym językiem, ale w obozie z Niemcami kontaktował się tylko przez tłumacza. Rodzinie niemieckiej, która go odwiedziła zakomunikował, że 1 września 1939 roku zapomniał jak się mówi po niemiecku.
Smutna historia bohatera września 1939Admirał Józef Unrug w Oflagu w Colditz (po jego prawej ręce gen. Tadeusz Piskor, pierwszy z lewej kmdr Marian Majewski. Fot. wikipedia
http://www.polskieradio.pl/39/1240/Artykul/414281,Smutna-historia-bohatera-wrzesnia-1939
Etykietowanie:

49 komentarzy

avatar użytkownika Unicorn

1. Dla

Dla zainteresowanych:
http://www.czytajtanio.pl/product-pol-13332-Admiral-Unrug-1884-1973.html

:::Najdłuższa droga zaczyna się od pierwszego kroku::: 'ANGELE Dei, qui custos es mei, Me tibi commissum pietate superna'

avatar użytkownika kazef

2. @Maryla

Wielkie dzięki za info.
U mnie będzie o tym szerzej. Rzutem na tasme zdąże jeszcze dodac o planowanych na jesień pracach badawczych Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.

avatar użytkownika Michał St. de Zieleśkiewicz

3. Do Pani Maryli,

Szanowna Pani Marylo,

Wiele lat temu widziałem w Muzeum Zamku w Montrésor, pamiątki po admirale Unrugu.

Ukłony moje najnizsze

Michał Stanisław de Zieleśkiewicz

avatar użytkownika Maryla

4. W 1956 r., od chwili kiedy

W 1956 r., od chwili kiedy mojej Matce i żonom komandorów Jerzego
Staniewicza i Zbigniewa Przybyszewskiego wręczono zapisane na maszynie
połówki papieru kancelaryjnego zwane "rehabilitacją", występowaliśmy o
ekshumację

Szukam grobu Ojca od pół wieku


Plansza z ekspozycji poświęconej ofiarom Informacji Wojskowej, którą można obejrzeć w siedzibie SKW. Fot. M. Borawski

Z
dr. Witoldem Mieszkowskim, architektem i urbanistą, synem komandora
Stanisława Mieszkowskiego, dowódcy Marynarki Wojennej, zamordowanego
przez Informację Wojskową, rozmawia Zenon Baranowski


Rzekomy
spisek komandorów, absurdalne zarzuty szpiegostwa, bestialskie
śledztwo, zbrodnia sądowa i strzał w tył głowy - to wszystko stało się
udziałem Pańskiego ojca.

- Mój Ojciec, obrońca Helu w 1939 r.,
dowódca Floty, został terrorystycznie uwięziony i bestialsko umęczony, a
następnie zamordowany w grudniu 1952 r. przez komunistyczny reżim.
Zamordowano go sowiecką metodą - strzałem w tył głowy, i prawdopodobnie
pogrzebano tuż po rozstrzelanych parę dni wcześniej (również po procesie
"odpryskowym") podpułkownikach: Marianie Orliku i Aleksandrze Kicie.

Rodziny nie powiadomiono o miejscu jego pochówku?
-
W 1956 r., od chwili kiedy wręczono mojej Matce, a także paniom Janinie
Staniewiczowej i Helenie Przybyszewskiej, żonom zamordowanych
komandorów Jerzego Staniewicza i Zbigniewa Przybyszewskiego, zapisane na
maszynie połówki papieru kancelaryjnego zwane "rehabilitacją",
występowaliśmy o ekshumację zwłok zamordowanych komandorów i o
umożliwienie rodzinom ich godnego, cywilizowanego pochówku. Na nasze
ponawiane podania i wnioski nie było jednak odpowiedzi. Tak więc na
przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych włączyłem się do
rozpoczętych już wówczas społecznych prac nad wzniesieniem na Powązkach
pomnika pomordowanym przez reżim komunistyczny w więzieniach
warszawskich.

Pomnik jest dokładnie ustawiony w miejscu domniemanego pochówku Pańskiego ojca i innych ofiar stalinowskich represji?
-
Wiedzieliśmy tylko tyle, że było to gdzieś na cmentarzu Komunalnym,
przyległym wówczas do cmentarza Wojskowego. Dzisiaj te cmentarze są
połączone. Obecnie jest to kwatera "Ł", którą my nazywamy Łączką. I na
tej Łączce wystawiliśmy pomnik. Wcześniej mieliśmy tzw. szeptane dane,
że to było właśnie tam, no i tzw. protokół Kosztyrki. Szczęśliwie w 1989
r. odnaleziono protokół komisji Kosztyrki z 1956 r., która miała
znaleźć wówczas miejsce pochówku straconych. Rodziny dwóch
podpułkowników: Kity i Orlika, doprowadziły do tego, że została ona
powołana, o czym wówczas pozostałe rodziny straconych nie wiedziały. Z
odnalezionego protokołu wynikało, że właśnie tu, w obecnej kwaterze "Ł"
cmentarza Komunalnego na Powązkach, chowano skrycie, nocą, straconych z
wyroków kapturowych sądów reżimowych, m.in. właśnie we wczesnych latach
pięćdziesiątych.

Zwrócił się Pan wówczas o interwencję?
-
Wystąpiłem wówczas do ministra sprawiedliwości o ekshumację zwłok
mojego Ojca. Domagałem się ekshumacji. Zyskałem nawet poparcie zastępcy
prokuratora generalnego Stefana Śnieżki, potem niezwykle zasłużonego w
poszukiwaniach miejsc pochówków ofiar zbrodni katyńskiej. Postępowanie
prowadzone na Krakowskim Przedmieściu w Głównej Komisji Badania Zbrodni
przeciwko Narodowi Polskiemu przez panią prokurator Marię
Grabską-Taczanowską trwało długo po to tylko, by zakończyć się...
niczym! Po prostu kolejna pani prokurator Urbanek-Pindor, tym razem z
Prokuratury Wojewódzkiej w Warszawie, w roku 1993 umorzyła śledztwo w
sprawie grzebania zwłok. Protestowałem przeciw temu umorzeniu, wskazując
na konieczność odszukania i przesłuchania dodatkowych świadków, np.
zatrudnionego do niedawna w WSI funkcjonariusza śledczego w GZI MON
Kazimierza Turczyńskiego - brata Włodzimierza Turczyńskiego, grzebiącego
w roku 1952 pomordowanych oficerów, czy też prokuratora wojskowego
Mariana Frenkla, podpisanego pod protokołem Kosztyrki.

Ale odwołał się Pan od decyzji o umorzeniu.
-
Na próżno. Prokuratura apelacyjna na Krakowskim Przedmieściu z podpisem
prokuratora Bogusława Michalskiego zmieniła co prawda kwalifikację
prawną umorzenia, ale stwierdziła jednocześnie, że żadnej ekshumacji nie
będzie, dając mi do zrozumienia, że nie jest to sprawa publiczna, tylko
moja "prywatna". Oczywiście po latach zeszli z tego świata odpasieni, z
wysokimi emeryturami i nie "nękani" przez nikogo kolejni
funkcjonariusze stalinowscy podpisani pod protokołem Kosztyrki: najpierw
komendant więzienia mokotowskiego Alojzy Grabicki, a następnie znany
brydżysta Marian Frenkiel, który miał co prawda dobrą pamięć do kart,
ale jakby gorszą do popełnionej zbrodni sądowej i do zacierania jej
śladów. Zmarł też niedawno, zanim stanął przed sądem, oprawca mojego
Ojca - Kazimierz Turczyński, który był funkcjonariuszem śledczym na
Oczki w Informacji Wojskowej. Prokurator Piotr Dąbrowski z warszawskiego
Instytutu Pamięci Narodowej chciał go jeszcze przesłuchać kilka lat
temu, ale w tym czasie oprawca zmarł.

Pana zdaniem, to efekt niewydolności wymiaru sprawiedliwości?
-
Nie chciałbym mówić, że w sprawach ścigania i pociągnięcia do
odpowiedzialności karnej za zbrodnie ludobójstwa i za zbrodnie przeciwko
ludzkości komunistycznych władz i konkretnych oprawców, m.in. za
udręczenie i zamordowanie trzech komandorów, prowadzono dotąd
dochodzenia ze zbyt małym impetem; nie zawsze profesjonalnie i przez to
nieskutecznie; że czynnościom tym nie sprzyjała zbyt słaba "wola
polityczna". Takie bowiem pisanie byłoby pleceniem banałów z pokrętnych
eufemizmów, a ponadto mylnie sugerowałoby, że nie tylko zaczynano, ale
poważnie prowadzono owe dochodzenia w imię ustalenia winy i ukarania
winnych. Prawda w tym względzie jest bowiem inna.

To znaczy?
-
Mimo moich kilku artykułów prasowych (w latach 1990-1993), wystąpień do
ministra sprawiedliwości Wiesława Chrzanowskiego i wiceministra Stefana
Śnieżki (w roku 1991), do Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko
Narodowi Polskiemu (w latach 1992 i 1993), do premiera Jana
Olszewskiego, do prokuratury Warszawskiego Okręgu Wojskowego i Naczelnej
Prokuratury Wojskowej (w 1993 r.), Izby Wojskowej Sądu Najwyższego (w
1994 r.), do prezesa Sądu Najwyższego Adama Strzembosza (w 1994 r.), a
nawet zupełnie już bez przekonania po kuriozalnym dojściu postkomunistów
do władzy: do kolejnego ministra sprawiedliwości Leszka Kubickiego (w
1996 r.)...

Jakie były rezultaty?
- Otóż mimo tych
moich wystąpień żadna z wyszczególnionych wyżej instytucji ani żadna
prominentna osoba nigdy nie wystąpiły do Zgromadzenia Narodowego III
Rzeczypospolitej o uznanie za organizacje zbrodnicze takich gremiów,
jak: Komisja Biura Politycznego PZPR (w składzie: Bierut, Berman,
Radkiewicz, Minc), Naczelna Prokuratura Wojskowa (z Zarakowskim i
Azarkiewiczem), Główny Zarząd Informacji MON (z Wozniesienskim,
Skulbaszewskim, Kochanem i Niedzielinem), a także Najwyższy Sąd Wojskowy
(z Świątkowskim, Tomaszewskim, Parzenieckim, Krupskim i Karczmarzem), w
okresie ich zbrodniczych działań, tj. co najmniej od 20 października
1950 do 16 grudnia 1952 roku. Tyle bowiem czasu upłynęło od chwili
terrorystycznego uwięzienia mojego Ojca w Gdyni do zamordowania go
strzałem w tył głowy w więzieniu mokotowskim w Warszawie.
Niestety, nasza III Rzeczpospolita nie spisała się w tym względzie.

Gdzie zapala Pan znicze ku pamięci Ojca?
-
W Warszawie składamy kwiaty i zapalamy znicze na Powązkach w kwaterze
"Ł", na tzw. Łączce, pod wzniesionym pośród modrzewi pomnikiem-murem,
przypominającym niegdysiejszy mur Mokotowa. To właśnie więzienie
mokotowskie obok Rembertowa, Rakowieckiej, Koszykowej, Suchej i Oczki
będzie zawsze jednym z jakże licznych, wstydliwych symboli powojennej
Warszawy.
Jeździmy także do Gdyni, najczęściej w przeddzień
najbardziej znamiennego dla tego miasta dnia - 17 grudnia. Wspominamy
wówczas ze wzruszeniem tragiczne momenty naszej historii, zarówno te z
1970 r., jak i z 1952 r. i kładziemy wiązankę pod spiżową tablicą
komandorów. Tablicę tę, z dyskretną pomocą londyńskiego Stowarzyszenia
Marynarki Wojennej i przy poparciu miejscowego proboszcza ks. Tadeusza
Makowskiego, a także ks. bp. Mariana Przykuckiego, siłami rodzinnymi
wiosną 1984 r. wmurowaliśmy we wschodnią ścianę kościoła św. Michała
Archanioła na Oksywiu. To przecież skromny, ale i najpiękniejszy
zarazem, często odwiedzany przez brać marynarską Panteon Polski na
Morzu.

Zamordowanych komandorów skazano na zapomnienie?
-
W Marynarce Wojennej PRL pod kierownictwem Czerokowa, Winogradowa,
Studzińskiego i Janczyszyna dobrze pilnowano przez lata, aby nie ukazała
się w publikacjach najmniejsza wzmianka i bodaj jedno zdjęcie, na
którym można by dopatrzyć się któregoś ze straconych czy choćby tylko
więzionych komandorów. Z czasem, w miarę odchodzenia zbrodniczego
garnituru i gorliwych potakiwaczy, zaczęto pisywać o komandorach -
ofiarach terroru komunistycznego na Wybrzeżu. Przydzielono więc im,
odebrane wprzódy drugorzędnym i nikomu nieznanym komunistom, trzy
czwartorzędne ślepe uliczki na gdyńskim Grabówku. Poświęcono na
odrzwiach oksywskiej uczelni niewielką i mało czytelną granitową
tabliczkę. W rogu cmentarza redłowskiego nawet sprokurowano w sposób
amatorski bardzo brzydki i tandetny zbiorowy lastrykowy nagrobek.

A w Warszawie?
-
Wydawać by się mogło, że wraz z ponownym ukoronowaniem orła w godle i
wyekwipowaniem go w złocony manicure sytuacja powinna zmienić się
diametralnie. Ale już pierwsza poważniejsza propozycja uczczenia w III
Rzeczypospolitej konkretnych postaci, a mianowicie wniosek historyka
wojskowości o pośmiertne awanse i odznaczenia choćby tylko dwudziestu
straconych oficerów, przepadł w czeluściach biurek ministerstwa obrony. I
to przepadł, jak dotychczas, bezpowrotnie. Już dobrych kilkanaście lat
temu, za radą ówczesnego szefa Sztabu MW admirała Ryszarda Łukasika,
przypominałem o tym wniosku gen. Romanowi Harmozie z Wydziału Kadr MON, a
następnie już tylko w odniesieniu do trzech komandorów ówczesnemu
ministrowi ds. kombatantów Jackowi Taylorowi. Jak dotąd, wciąż bez
widocznego skutku, jeśli nie liczyć pisemka skierowanego do mnie w roku
1996 przez płk. Jana Szałaja, dyrektora departamentu w Urzędzie
Kombatantów i Osób Represjonowanych, w którym zostałem pouczony, z kim
to mam się "kontaktować" i co komu mam "zasugerować". Zupełnie tak jakby
to miała być moja sprawa prywatna, a nie publiczna, którą
reprezentowany przez niego urząd już dawno powinien się zająć!

Według zapowiedzi Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, pojawia się szansa na przeprowadzenie ekshumacji na Łączce.
-
Rzeczywiście. Tym razem szef Urzędu Kombatantów i Osób Represjonowanych
minister Jan Stanisław Ciechanowski jest już po mojej stronie. Minęły
przecież dwie dekady w wolnej III Rzeczypospolitej. Dokonały się nawet
na obcej ziemi ekshumacje polskich oficerów z mogił katyńskich. Myślę,
że już najwyższy czas, by przeprowadzić również ekshumacje polskich
oficerów Marynarki Wojennej... u siebie (!). Dążę do tego od przeszło
pół wieku. I nadal będę za tym obstawał, ażeby wreszcie odnaleziono
dowody na pochówek w tym miejscu wybitnych Polaków i obrońców jej
niepodległości - ofiar terroru komunistycznego w Priwislei, wciąż
jeszcze... skazanych na zapomnienie.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110808&typ=po&id=po13.txt

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

5. Proces komandorów „za spisek

Proces komandorów „za spisek w wojsku"

Marynarka Wojenna początkowo nie wchodziła w skład Wojska Polskiego
podległego Sowietom. Zmieniło się to po przekroczeniu Bugu przez
Armię Czerwoną

W kraju odtwarzano flotę pod kuratelą oficerów oddelegowanych z
marynarki sowieckiej. Pierwszymi jej dowódcami w 1945 roku byli
Rosjanie: kmdr Iwan Szylingowski i kontradm. Nikołaj Abramow. Do
szeregów powrócili uwolnieni z niemieckiej niewoli oficerowie marynarki
II Rzeczypospolitej. Z tej grupy wywodzili się kolejni dowódcy MW:
kontradm. Adam Mohuczy (grudzień 1945 – luty 1947) i kontradm.
Włodzimierz Steyer (luty 1947 – lipiec 1950).

Sfingowane zarzuty szpiegostwa

Wobec coraz bardziej jawnego uzależnienia Polski i Wojska Polskiego
od Sowietów oficerowie przedwojenni lub mający staż w PSZ na Zachodzie
byli po 1947 roku rugowani ze stanowisk i represjonowani przez
Informację Wojskową. W latach 1950 – 1951 aresztowano pod sfingowanym
zarzutem szpiegostwa kilku wysokich oficerów, w tym dowódcę floty kmdr.
Stanisława Mieszkowskiego, szefa Sztabu Floty kmdr. por. Roberta
Kasperskiego, szefa Sztabu Głównego MW kmdr. Mariana Wojcieszka, szefa
Wydziału MW Sztabu Generalnego WP kmdr. Jerzego Staniewicza, jego
zastępcę kmdr. por. Zbigniewa Przybyszewskiego (w 1939 roku
bohaterskiego dowódcę baterii helskiej). Po brutalnym śledztwie, w
którym byli torturowani, w tzw. procesie komandosów zostali skazani na
karę śmierci „za spisek w wojsku". W grudniu 1952 roku stracono
Mieszkowskiego, Staniewicza i Przybyszewskiego (Kasperski i Wojcieszek
zostali ułaskawieni).


Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

6. kontradmirał Józef Unrug wciąż nie może wrócić do Ojczyzny

40. rocznica śmierci kontradmirała Józefa Unruga

Dowódca okrętów podwodnych podczas I wojny, w okresie międzywojennym szef Floty i Obszaru Nadmorskiego oraz dowódca obrony Wybrzeża w kampanii wrześniowej kontradmirał Józef Unrug zmarł 28 lutego 1973 roku. W tym roku mija 40 lat od jego śmierci.

Józef Unrug urodził się 7 października 1884 r. w Brandenburgu (obecnie północno-wschodnie Niemcy). Jego ojciec, generał pruskiej gwardii, wychowywał syna w świadomości polskich korzeni, od dziecka ucząc ojczystego języka. W wieku siedmiu lat młody Józef rozpoczął edukację w szkole elementarnej w Dreźnie, którą kontynuował w tamtejszym gimnazjum.

W 1904 r. wstąpił do Akademii Marynarki Wojennej w Kilonii, gdzie odbywał rejsy szkoleniowe po Bałtyku, Morzu Północnym i Śródziemnym, brał udział w szkoleniu artyleryjskim, torpedowym i kursie piechoty morskiej. Uzyskawszy awans na stopień oficerski służył na krążownikach i pancernikach m.in. na Dalekim Wschodzie. Podczas I wojny służył m.in. na okrętach podwodnych.

W 1919 r. na własną prośbę zwolniony ze służby w Cesarskiej Marynarce Wojennej, na wiadomość o tworzeniu floty wojennej niepodległej Polski, przybył do Warszawy. Po weryfikacji otrzymał stopień kapitana marynarki i funkcję szefa Wydziału Operacyjnego w Sekcji Organizacyjnej Departamentu dla Spraw Morskich. Później przeniósł się do Gdańska, gdzie objął funkcję kierownika Urzędu Hydrograficznego.

Zakupił także za prywatne fundusze statek, który stał się pierwszą jednostką polskiej floty jako ORP Pomorzanin. W r. 1920 podczas urlopu spędzanego w rodzinnym Sielcu (obecnie woj. kujawsko-pomorskie) zaręczył się z dalszą kuzynką Zofią. W kolejnych latach sprawował funkcje szefa Sztabu Dowództwa Wybrzeża i Sztabu Dowództwa Floty.

- To był Polak, którego patriotyzm przejawiał się w rzetelnym codziennym wykonywaniu obowiązków z całkowitym poświęceniem. Był przełożonym o najwyższych kwalifikacjach fachowych, wychowującym i uczącym własnym przykładem. Zawsze stawiał najwyższą poprzeczkę dla siebie i tego też wymagał od innych. Był człowiekiem szlachetnym, sprawiedliwym, zawsze taktownym, bezpośrednim, szanował godność innych i własną - tak Unruga scharakteryzował podwładny kmdr por Robert Kasperski.

W związku z pogłębiającym się brakiem porozumienia z oficerami z dawnego zaboru rosyjskiego, którzy zarzucali mu nadmierną służbistość i przywiązanie do dyscypliny w 1923 r. z własnej inicjatywy przeszedł do rezerwy i zajął się zarządzaniem rodzinnym majątkiem.

W 1925 r. Unrug został ponownie powołany do służby czynnej jako dowódca Floty w Gdyni, którą to funkcję pełnił przez wiele lat. Wraz z rodziną przeniósł się też na Wybrzeże. Znany był z zamiłowania do motoryzacji, żeglarstwa, dużo czytał i działał aktywnie w organizacjach społecznych, popierał tez rozwój polskiego przemysłu stoczniowego i edukację młodych kadr. W 1933 r. otrzymał awans na kontradmirała.

- Był on i na zawsze pozostanie w naszych umysłach właściwym twórcą tradycji i ducha Polskiej Marynarki Odrodzonej (...) Bez Admirała Unruga nie byłaby nasza Marynarka Wojenna taka, jaką poznali ją nasi sprzymierzeńcy, a odczuli nasi wrogowie w drugiej wojnie światowej - ocenił inny podwładny kontradmirała kmdr Ludwik Lichodziejewski.

W latach 30. Unrug rozpoczął przygotowanie Wybrzeża do obrony przed spodziewaną niemiecką agresją, w 1939 r. przeniesiono Dowództwo Floty na Hel. Tuż przed wybuchem II wojny objął funkcję dowódcy Obrony Wybrzeża i mimo ciężkich strat oraz braku łączności z resztą kraju, bronił swego odcinka aż do 1 października, kiedy podpisał akt kapitulacji i wraz z podwładnymi trafił do niemieckiej niewoli praktycznie na cały okres wojny.

Był przetrzymywany w oflagach m.in. w Nienburgu, Spittal, Woldenbergu, Silberbergu, Colditz i Murnau. W niewoli troszczył się o podwładnych, zalecając im dbanie o kondycję fizyczną i udział z zajęciach edukacyjnych m.in. nauki języków obcych. Wolność odzyskał w 1945 r. po wyzwoleniu obozu w Murnau przez żołnierzy amerykańskich.

Później przez Francję trafił do Wielkiej Brytanii, gdzie objął funkcję pierwszego zastępcy szefa Kierownictwa Marynarki Wojennej w Londynie. Udało mu się sprowadzić do Anglii żonę i syna. W 1946 r. otrzymał awans na wiceadmirała, a rok później zdał egzamin zdobywając dyplom kapitana żeglugi wielkiej. Po likwidacji Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie Unrug z żoną (syn pozostał na studiach w Anglii) przeniósł się do Maroka, gdzie Józef otrzymał pracę w firmie należącej do jego gdyńskich znajomych.

W 1955 r. małżeństwo przeniosło się do Francji, do Domu Polskiego dla emerytów Lailly-en-Val koło Orleanu. Na emeryturze kontradmirał prowadził aktywny tryb życia - dorabiał jako kierowca, utrzymywał kontakt z dawnymi kolegami i zaczął spisywać wspomnienia. Pod koniec życia zmagał się z chorobą nowotworową.

Józef Unrug zmarł w nocy z 28 lutego na 1 marca 1973 r. w Domu Polskim w Lailly-en-Val. Spoczął na cmentarzu w Montresor nad Loarą. W pogrzebie uczestniczyli przedstawiciele Stowarzyszenia Marynarki Wojennej z Wielkiej Brytanii i Francji. Trumnę z ciałem kontradmirała przykryła bandera Polskiej Marynarki Wojennej z napisem Niezapomnianemu Dowódcy Floty - Podkomendni.

Symboliczna mogiła Unruga znajduje się na cmentarzu w Gdyni-Oksywiu przy kościele Marynarki Wojennej. Jego imię nosi m.in. Centrum Szkolenia Marynarki Wojennej w Ustce, placówki szkolne i ulice.

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika BezPrzesady

7. Józef Unrug Lepszy niemiecki Polak niż wielu Polaków

"...Właśnie w tej niewoli kontradmirał pokazał postawę honorową i patriotyczną. Najbardziej widoczną i cenioną, przecież jako z pochodzenia Niemiec mógł zrobić zupełnie co innego. Nie musiał przez całą wojnę być w obozie. Nie musiał wszystkie te dni i noce patrzeć przez druty na świat. Każdy kto będzie zastanawiał się nad tą postawą niech wyobrazi sobie dobrowolne ograniczenie wolności w imię honoru i patriotyzmu. DOBROWOLNE. BO przecież Niemcy namawiali admirała do przejścia na swoją stronę. Z taką rodzinną przeszłością to nic trudnego…
[...]
...Józef Unrug nie poszedł na łatwiznę jak dziś by to powiedziano. Więcej z niemieckimi wysłannikami rozmawiał z a pomocą tłumacza! Chociaż znał doskonale niemiecki. Na pytania dlaczego tak czyni odpowiedział prosto: “W dniu pierwszego września zapomniałem mówić tym językiem.” Piękna sylwetka niezwykle honorowego człowieka, i pomimo zewnętrznej oschłości głęboko moralnego i wrażliwego etycznie.Wzoru dla nas tym bardziej, że przecież z pochodzenia Niemca. Człowieka, który odrzucił Zło w postaci wojny i w ten prosty sposób zarzucił twórcom Zła współudział w dokonaniu aktu wszechogarniającej pożogi wojennej. Odrzucił język agresora, język którego znajomość, mogła go uwolnić od znoju obozowego życia. Pokazał jako jeden z pierwszych rozpoczynającej się dopiero wojny kto ponosi odpowiedzialność za wszystkie zbrodnie popełniane w ciągu nadchodzących prawie sześciu lat wojny."
źródło:
http://bezprzesady.pl/hyde-park/jozef-unrug-lepszy-niemiecki-polak-niz-w...

Ps: dlatego zawsze powtarzam pewną znaną maksymę (wypowiadaną przez ojca wspaniałej Polki Pani Sendlerowej, która potrafiła uratować ponad 1500 żydowskich dzieci) - osobom, które wrzucają wszystkich Niemców do jednego wora i każą ich równo nienawidzieć: Nie ma złych narodów, są źli ludzie...

 

Piotrek: BezPrzesady; mówmy prawdę.

avatar użytkownika Maryla

8. kontradmirał Józef Unrug wciąż nie może wrócić do Ojczyzny

 

 

  

Książka Krzysztofa Zajączkowskiego przypomina kmdr. por. Zbigniewa Przybyszewskiego,

który w 1939 roku dowodził baterią cyplową im. Heliodora Laskowskiego

na Helu. Po pobycie w oflagu, w 1945 r. komandor powrócił do służby w Marynarce

Wojennej. Aresztowany w ramach tzw. spisku w wojsku, więziony w piwnicach Głównego

Zarządu Informacji Wojska Polskiego w Warszawie, stanął przed sądem w odpryskowym

procesie sprawy „TUN”. Skazany na karę śmierci, został zamordowany 16 grudnia

1952 r.

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

9. A ZBRODNIARZE WCIĄŻ BEZ KARY

zdjecie

M.Borawski/Nasz Dziennik

Ma Pan Ojca


Z Edmundem Budelewskim, synem por. Bolesława
Budelewskiego ps. „Pług”, „Sokół”, dowódcy kompanii terenowej Narodowego
Zjednoczenia Wojskowego, zamordowanego 15 lipca 1948 r. w więzieniu
przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, rozmawia Adam Kruczek

Pana ojca aresztowano 24 lipca 1947 roku. Ile miał Pan wtedy lat?

– Miałem 4,5 roku i choć niektórzy mówią, że to niemożliwe, pamiętam
moment aresztowania ojca. Do domu weszło trzech ubeków. Mam przed oczami
ten widok, jak jeden z nich się rozsiadł, a dwaj inni stali.

Co się działo dalej?

– Było to nad ranem, gdy zaczęli tłuc do drzwi i okien. Ojciec był w
domu. Nie miał żadnych szans na ucieczkę, bo dom był na zewnątrz
otoczony szczelnym pierścieniem ubeków. Nie skuli go, tylko wyprowadzali
pod karabinem. Całe szczęście – o ile tak można powiedzieć – że
bezpieka nie przyszła kilka godzin wcześniej, bo wtedy w naszym domu
przebywała grupa zbrojna z podziemia. Oni się z ojcem spotykali,
chodzili razem na akcje. Dosłownie kilka godzin po ich wyjściu zjawiło
się UB. Gdyby przyszli wcześniej, z pewnością polałaby się krew, a my
byśmy tego na pewno nie przeżyli. Wybiliby wszystkich, a obejście
spalili – to ich zwyczajna praktyka.

W czasie aresztowania znaleziono przy ojcu broń?

– Nie, ale my później natknęliśmy się na nią przy rozbiórce domu. W
wydrążonym balu była zrobiona skrytka. Z wierzchu nic nie było widać,
ale można było uchylić taką przewrotkę i włożyć broń. Tam znajdował się
nie tylko pistolet, ale i jakaś dubeltówka, amunicja.

Dokąd trafił ojciec po zatrzymaniu?

– Po aresztowaniu był przetrzymywany najpierw na katowni UB w
Ostrołęce. To było straszne miejsce. Wiem o tym trochę z opowiadań mamy,
która sama była tam nieraz wzywana na przesłuchania. Udało jej się
nawiązać kontakt z pracującą tam sprzątaczką. Od niej mama dowiedziała
się, jak strasznie katowali ojca. W drzwiach przytrzaskiwali mu palce,
zabijali za paznokcie drzazgi, łamali palce. Strącali do karceru w ten
sposób, że podkładali pod kolana i pod ramiona kije i zrzucali po
schodach w dół, gdzie człowiek leżał w wodzie i własnych odchodach. Tego
nie da się opowiedzieć… Później ojciec został przetransportowany do
Warszawy. Co tam z nim robili, tego już nie wiem.

 

Ale Pana mama widziała się jeszcze z ojcem w więzieniu?

– Tak, mama jeździła na widzenia z ojcem do Warszawy. Mówiła, że był
strasznie zniszczony. Całkiem osiwiał, a gdy go zabierali, miał ciemne
włosy bez śladu siwizny. Przecież to był młody, zdrowy mężczyzna. Miał
37 lat.

 

O czym rodzice rozmawiali?

– Mama opowiadała, że stał nad nimi strażnik i nie można było nic
powiedzieć. Ojciec zwykle pytał, jak tam dzieci. To było jego troską, bo
wiedział, że samotnej kobiecie wyżywić czworo małych dzieci nie jest
łatwo. Mama jechała na te widzenia niezwykle spracowana, zmęczona robotą
w polu. Opowiadała, że raz w drodze powrotnej w oczekiwaniu na pociąg
zasnęła na dworcu w Warszawie i ktoś jej ukradł buty, które zdjęła, bo
ją nogi bolały. Dopiero jakaś kobieta przyniosła jej z domu stare
tenisówki i tak wróciła do domu.

Wie Pan, kto skazał Pana ojca na śmierć?

– Tak, sędzia Józef Badecki, w stopniu pułkownika. To straszne, że
człowiek mający na sumieniu co najmniej 29 wyroków śmierci kształcił
potem prawników w PRL. Ojciec został całkowicie zrehabilitowany przez
Sąd Wojewódzki w Warszawie w czerwcu 1990 roku.

Jak się potoczyło życie Pana rodziny po aresztowaniu ojca?

– Ojca zamordowali, a my – czworo dzieci – zostaliśmy tylko z mamą.
Ja byłem najmłodszy, a najstarsza siostra miała 12 lat. Cały trud uprawy
7-hektarowego gospodarstwa spadł na nas. Najstarszy brat miał wtedy 10
lat i normalnie pracował już w polu jak dorosły. Matka nigdy już nie
wyszła za mąż. Można powiedzieć, że poświęciła się dla nas. Walczyła jak
lwica o nasze utrzymanie. Jestem jej bardzo wdzięczny.

 

Dotykały Państwa represje?

– Najbardziej mamę, która co i rusz słyszała: „Żona bandyty”.
Aresztowali ją, wzywali na przesłuchania, grozili. Ponadto specjalnie,
żeby nam dokuczyć, przekwalifikowali naszą słabą ziemię – takie
przysłowiowe piaski, laski i karaski – na 2. i 3. klasę. To się wiązało z
większymi podatkami i dostawami obowiązkowymi. Miejscowe władze nawet
nie chciały słyszeć o zmniejszeniu dostaw przez „bandytów”, jak nas
nazywali. Mama musiała jeździć do powiatu i tam wypraszać u władz
zmniejszenie tych dostaw, bo nie byłoby z czego nas wyżywić. Cały czas
żyliśmy bardzo biednie. Tylko jedna siostra tak od razu skończyła
średnią szkołę, na naukę dla reszty nie było pieniędzy.

A jak Pan sobie w życiu poradził?

– W domu była bieda, więc po skończeniu podstawówki zacząłem pracować
zarobkowo. Pomagałem w gospodarstwie, a także chodziłem po różnych
budowach, pracowałem jako pomoc przy murarzach, gdzie się dało jakiś
grosz zarobić. Zacząłem na nowo się uczyć dopiero po ukończeniu 18 lat,
jak podjąłem pracę w pobliskim zakładzie celulozy. Maturę zrobiłem w
wojsku. Później uzyskałem wykształcenie technika elektronika. Chciałem
zostać na zawodowego w wojsku, ale uznano mnie za element niepewny i
odmówiono.

Szykanowano Pana w wojsku z powodu ojca?

– Robili mi różne docinki, przytyki. I co ciekawe, nie słyszałem tego
od oficerów politycznych, ale takich niby kolegów. Pamiętam, już w
służbie nadterminowej siedzimy kiedyś w gabinecie u szefa kompanii i
taki kapitan, kierownik warsztatu radiowego, mówi: „No, w tej Ostrołęce
to było tych bandziorów dużo”. To było pod moim adresem, ale się nie
odezwałem. W latach 90. spotkałem go i spytałem, co miał wtedy na myśli.
Ale wyparł się tych słów.

Kiedykolwiek liczył Pan na znalezienie szczątków ojca?

– Nie wiedzieliśmy, gdzie ojciec leży, i szczerze mówiąc, nigdy nie
miałem nadziei na to, że tego się dowiemy. Ci mordercy schowali go pod
ziemię i liczyli na to, że nigdy ta zbrodnia nie wyjdzie na światło
dzienne. Ale się przeliczyli. A teraz, po tym programie w Telewizji
Trwam, dzwonią do mnie koledzy, dawni współpracownicy z zakładu ze
słowami: „Nie wiedzieliśmy, że masz ojca bohatera”. Siostra też ma takie
miłe rozmowy.

Jak dowiedział się Pan o ekshumacji na Łączce i szansie na odnalezienie ciała ojca?

– IPN mnie odszukał. Zatelefonowali, wypytali, a potem otrzymałem te
pojemniki, w których wysłałem materiał genetyczny, tak jak mnie prosili.
A później usłyszałem w słuchawce te niezapomniane słowa: „Ma pan ojca.
Odnaleźliśmy jego szczątki”. Byłem zaszokowany i jednocześnie do dziś
pełen podziwu dla IPN. To wspaniali ludzie. Robią przepiękną rzecz dla
Polski, a przy tym jacy oni są niesłychanie taktowni wobec rodzin.

Wie Pan już, jak zginął Pana ojciec?

– Ojciec miał przestrzeloną czaszkę, ale również rękę. Aż mi się
słabo zrobiło, jak oglądałem te czaszki. Jak można było ludzi tak
torturować, mordować! To zbrodnia.

Do dziś nierozliczona.

– Tylu ich zginęło chociażby w tej Ostrołęce. To byli bohaterowie.
Chcieli wolnej Ojczyzny i zginęli dla niej. Polska byłaby inna, lepsza,
gdyby oni przeżyli. Przecież wielu z ludzi odpowiedzialnych za te i inne
komunistyczne zbrodnie żyło jeszcze w latach 90., niektórzy zresztą
żyją do dziś. Ja rozumiem, że ludzi nad grobem trudno wsadzać do
więzienia, ale symboliczną karę powinni otrzymać. Żeby było wiadomo, kto
był wtedy zdrajcą, a kto bohaterem.

Jak Pan uważa, gdzie powinny spocząć szczątki Pana ojca?

– Tyle lat tam już leżał, to niech dalej spoczywa na Powązkach. Ma
być godny pochówek z ceremoniałem wojskowym, pomnik – czegóż chcieć
więcej. A ponadto lokalizacja w Warszawie też najbardziej odpowiada
całej naszej rodzinie porozrzucanej po różnych miejscowościach w
okolicach Warszawy.

Dziękuję za rozmowę.

Adam Kruczek

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/25240,ma-pan-ojca.html

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

10. Gdy pamięć ludzka ginie, dalej mówią kamienie

A najbardziej wzruszający pomnik, jaki postawiono naczelnemu kapelanowi powstańczych wojsk na Podlasiu, znajduje się we wsi Krasnodęby-Sypytki, gdzie

ukrywano księdza Brzóskę. Mieszkańcy tej niezamożnej, skromnej wioski

wydobyli kamienny stopień z chaty, która skrywała księdza i wyryli na

nim słowa nawiązujące do przesłania Prymasa Tysiąclecia: „Gdy pamięć

ludzka ginie, dalej mówią kamienie. Tu ukrywał się i został aresztowany

gen. ks. Stanisław Brzóska, ostatni komendant Powstania 1863 roku na

Podlasiu, oraz jego adiutant Franciszek Wilczyński. Wielka chwała

Bohaterom”.

Nie ma ksiądz Brzóska mogiły. Jego prochy rozsypali Moskale podobno

kędyś w fortach Brześcia. Ale ten głaz w Krasnodębach jest jego

symboliczną mogiłą.

 

Barbara Wachowicz

http://www.naszdziennik.pl/mysl/25244,przysiega-ksiedza-brzoski.html

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

11. M.Borawski/Nasz

zdjecie

M.Borawski/Nasz Dziennik

Testament admirała Unruga

Z dr. Witoldem
Mieszkowskim, synem komandora Stanisława Mieszkowskiego, dowódcy Floty,
zamordowanego w więzieniu mokotowskim, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Czekał Pan na ten dzień 60 lat. Warto było?

– Ja to wszystko przeżyłem już
wielokrotnie. Razem z panem na Łączce też to przeżywaliśmy, więc
wolałbym mówić o dzisiejszym dniu. Chciałbym tu być jeszcze bardziej
pragmatyczny niż w moim wystąpieniu w Belwederze, gdy zabrałem głos w
imieniu rodzin. Chodzi o to, że trzeba przenieść te istniejące zwłoki,
żeby ten trzeci etap rzeczywiście się odbył. A on musi się odbyć,
inaczej nie znajdzie się żadnych Pileckich czy Nilów. Poza tym ten
teren, jeżeli ma być terenem panteonu polskiej niepodległości, polskiej
walki z terrorem komunistycznym, trzeba wyczyścić z wierzchu z
naleciałości, które powstały tam pod osłoną stanu wojennego. Teren
Łączki został puszczony w pacht w stanie wojennym. To był następny etap
maskowania sprawy. Jeżeli nie przeniesiemy ich gdzieś, to znaczy, że
poddaliśmy się ich terrorowi. Ja nie mówię, kto tam leży, bo pewno są
również tam tacy ludzie, którzy nic nie wiedzieli. Jak pan dobrze wie,
bardzo dużo było takich ludzi, którzy nie chcieli wiedzieć.

Tak było wygodniej.

– Oczywiście. Ale skoro w ogóle leżą na
cmentarzu Wojskowym i w tym rejonie, to muszą ten rejon opuścić. To
rzecz bardzo trudna, taką decyzję może wydać tylko gospodarz tego
obiektu. Nie my, rodziny tych, którzy leżą pod spodem, my nie będziemy
się handryczyć. Może trzeba będzie poszerzyć ten cmentarz, a może trzeba
będzie znaleźć dla nich osobne miejsce, jeżeli go nie będzie na tym
cmentarzu. To poważna sprawa. Trzeba też zrobić konkurs na to miejsce,
już mam rozmowy ze Stowarzyszeniem Architektów Polskich SARP,
Towarzystwem Urbanistów Polskich i Związkiem Polskich Artystów
Plastyków. Niech pan sobie przypomni, jak powstawał cmentarz Orląt
Lwowskich, ile to wtedy wymagało wysiłku. Podobnie jest tutaj. My
dzisiaj rozmawiamy sobie o cmentarzu Orląt Lwowskich, ale nasze wnuki, a
pana dzieci będą przecież rozmawiały o Łączce. Dla następnych pokoleń
ona będzie najważniejsza. Niezależnie od tego, czy będzie się nazywała
panteonem, czy jakoś inaczej, wciąż będzie Łączką, polską Łączką.

Żołnierze ekshumowani z Łączki powinni zostać ponownie pochowani w tym samym miejscu?

– Tak. Jeżeli ktoś chce uhonorować jakieś
miejsce, gdzie dana osoba się urodziła, to może zabrać ziemię z Łączki i
ją tam pochować. Ja, jeżeli do kraju wrócą zwłoki admirała Unruga z
Montrésor we Francji i zostanie on pochowany na Oksywiu, przywiozę tam
właśnie ziemię z Łączki, by razem z nim spoczęła. Wiem bowiem, że
admirał chciał być pochowany na Oksywiu i spoczywać obok swoich
podwładnych komandorów: Zbigniewa Przybyszewskiego, Stanisława
Mieszkowskiego i Jerzego Staniewicza. O takim pogrzebie marzyłem 25 lat
temu ze śp. Horacym Unrugiem, synem admirała.

Od początku twierdził Pan, że ciało ojca
pogrzebano pod asfaltową aleją, którą ekipa prof. Szwagrzyka zdjęła w
ubiegłym roku. Dziś już wiemy, że miał Pan rację.

– Tak. Kiedy w 2012 r. stałem na tym
asfalcie i przemawiałem do zgromadzonych tam ludzi, powiedziałem, że
może właśnie tutaj, pod tą alejką ojciec spoczywa. Pomyliłem się tylko o
5 metrów. Gdy przemawiałem, stałem bowiem obok istniejącego wówczas
słupka. Jama, w której leżał ojciec, znajdowała się niewiele dalej, obok
pogrzebanych tam ppłk. Aleksandra Kity i płk. Mariana Orlika.

Oprawa wczorajszej konferencji była niezwykle uroczysta. Spodziewał się Pan takiej ceremonii?

– Stało się to w ostatnim momencie. Jeszcze
do przedwczoraj nie przypuszczałem, że prezydent wystąpi właściwie z
połową tego przemówienia, które ja miałem wygłosić, stąd moje
wystąpienie było nieprzygotowane. Ale podkreślam, ta zmiana pojawiła się
dopiero ostatnio. Przecież jeszcze parę tygodni temu ta uroczystość
miała odbyć się w korytarzu na Marszałkowskiej, bo tamtejsza siedziba
IPN to właściwie korytarz. Pan Krzysztof Szwagrzyk jeszcze mi mówił, że
przydałby się jakiś większy lokal w Warszawie. Powiedziałem: „Panie
profesorze, jak pan chce, to porozmawiam z dyrektorem i ’Solidarnością’
na Politechnice Warszawskiej i zrobimy tę uroczystość w dużej auli. W
miejscu, gdzie odbywały się kongresy zjednoczeniowe ’Solidarności’
rolników z naszą pierwszą ’Solidarnością’”.

Znalazł Pan już ojca. Gdy ruszy trzeci etap prac na Łączce, nadal będzie Pan tam przychodził?

– Oczywiście. W ten sposób pokażę, że to
nie była moja 60-letnia prywata. Dopiero teraz mogę mówić to, co mówię.
Póki się czułem jak obywatel drugiej kategorii, póki te szczątki były
jeszcze zasypane, mogli mi mówić, że lepiej było zrobić habilitację, niż
się pętać po Łączce. Dzisiejszy dzień jest pierwszym, kiedy nie czuję
się obywatelem drugiej kategorii. Musimy doprowadzić do tego, by Łączka
stała się miejscem narodowej dumy, nie tragedii. Wprowadzić ją niejako
do obiegu pierwszych miejsc w historii i tradycji narodowej. Myślę, że
jej rola jako miejsca pamięci walk i męczeństwa dopiero się zaczyna, a
nie kończy.

 

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler

http://naszdziennik.pl/polska-kraj/69697,testament-admirala-unruga.html

zdjecie

M.Borawski/Nasz Dziennik

Obrońcy Helu wracają

http://naszdziennik.pl/polska-kraj/69694,obroncy-helu-wracaja.html

Do wczoraj dół numer 16 skrywał ponurą
tajemnicę. Z płytkiego wykopu IPN podjął ciała siedmiu ludzi „Zapory”.
Kilka metrów dalej spod betonu wydobyto szczątki komandorów.

Nazwiska kolejnych 12 żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego z powązkowskiej Łączki ujawnił wczoraj Instytut Pamięci Narodowej.

Są wśród nich ofiary sowieckiej Informacji Wojskowej: komandor
Stanisław Mieszkowski, dowódca Floty, i komandor Zbigniew Przybyszewski.

– Zwłok mojego ojca poszukiwałem 60 lat – mówił w trakcie uroczystej
prezentacji efektów prac identyfikacyjnych wyraźnie wzruszony dr Witold
Mieszkowski, syn komandora. – Dla nas ten dzień jest pierwszym, w którym
nie czujemy się obywatelami drugiej kategorii – dodał.

Mieszkowski, Przybyszewski i trzeci komandor Jerzy Staniewicz zostali
straceni w 1952 r., w efekcie procesów pokazowych dotyczących rzekomych
spisków w wojsku lub szpiegostwa. Ich rehabilitacji i godnego uczczenia
domagał się zmarły na emigracji bohaterski wiceadmirał Józef Unrug,
dowódca obrony Wybrzeża, który skapitulował jako jeden z ostatnich 2
października 1939 roku.

– Honor marynarki został splamiony przez nieodwracalny krok mordu
sądowego popełniony na wychowankach, byłych podwładnych admirała,
współobrońcach Helu. Tego admirał nigdy nie zapomniał – stwierdził swego
czasu syn wiceadmirała Horacy Unrug.

Szczątki komandorów odnaleziono wiosną ubiegłego roku pod asfaltową
aleją na Powązkach Wojskowych. – Zostali uśmierceni metodą katyńską,
strzałem w potylicę – relacjonuje prof. Krzysztof Szwagrzyk z IPN,
kierujący poszukiwaniami ofiar terroru komunistycznego.

Ludzie „Zapory” w dole nr 16

Genetycy zidentyfikowali też dziesięciu innych żołnierzy podziemia
niepodległościowego, których szczątki odnaleziono w kwaterze na Łączce.
Wśród nich są: ostatni komendant Wileńskiego Okręgu AK ppłk Antoni
Olechnowicz, kolejni towarzysze legendarnego cichociemnego mjr.
Hieronima Dekutowskiego „Zapory”: ppor. Roman Groński, por. Jerzy
Miatkowski, por. Edmund Tudruj i por. Arkadiusz Wasilewski.

Wśród rozpoznanych są też oficerowie przedwojennego Wojska Polskiego,
którzy padli ofiarą rzekomego spisku w wojsku: mjr Jan Czeredys, ppłk
Aleksander Kita i ppłk Marian Orlik. A także żołnierz NSZ Karol Rakoczy i
WiN por. Adam Gajdek.

Zidentyfikowani rozmieszczeni byli w pięciu dołach śmierci, w
większości pod asfaltową alejką. – Zostali wrzuceni do dołów bez trumny,
uśmierceni metodą określaną jako katyńska, strzałem w potylicę z
bliskiej odległości – mówił Szwagrzyk.

– Poza jednym przypadkiem wszyscy zostali wrzuceni do dołów twarzą do
ziemi, jako jedyny w trumnie został pochowany mjr Jan Czeredys – dodał.
„Zapora” wraz z towarzyszami spoczywali w dole nr 16. – Tam pochowano
mjr. Dekutowskiego, cichociemnego, i jego podkomendnych – prezentował
Szwagrzyk. –W jaki sposób umieszczono ich w wąskim, zbyt małym jak na
taką liczbę osób dole? Robiono to, układając ciała ofiar przeciwlegle do
siebie – mówił.

Genetycy są bliscy identyfikacji trzeciego komandora. – Robimy
wszystko, żeby na kolejnej konferencji identyfikacyjnej ogłosić nazwisko
komandora Jerzego Staniewicza – zapewnił Szwagrzyk. Problemem jest
jednak znalezienie osób blisko z nim spokrewnionych.

– My musimy mieć materiał porównawczy, musimy mieć rodziny. Jeżeli
nie mamy bliskich osób spokrewnionych, to jesteśmy bezsilni. Są osoby,
ale to jest dalekie pokrewieństwo i musimy dotrzeć do osób z bliższym
pokrewieństwem – mówi nam dr Andrzej Ossowski z Pomorskiego Uniwersytetu
Medycznego, kierujący badaniami identyfikacyjnymi.

– Od dwóch lat udowadniamy, że możliwe jest nie tylko odnalezienie
doczesnych szczątków osób zamordowanych, ale także ich identyfikacja,
przywrócenie im wbrew planom oprawców własnego imienia i nazwiska. W ten
sposób wypełniamy podstawowy obowiązek wobec ofiar, wobec ich bliskich –
stwierdził prezes IPN dr Łukasz Kamiński.

– Nie spoczniemy, póki nie wykorzystamy każdej możliwości
odnalezienia i zidentyfikowania szczątków naszych bohaterów, godnego ich
pogrzebu i przywrócenia ich zbiorowej pamięci Polaków – podkreślił
Kamiński.

– Trudno mi się mówi, ale muszę to powiedzieć. Na Łączce stała się
rzecz straszna. Kto tam przynajmniej raz był, to odczuwa, te zdjęcia nie
oddają tej atmosfery. To musi być miejsce narodowej dumy, a nie
tragedii, ale żeby do tego doprowadzić, trzeba by pokonać jeszcze dużo
progów – podkreślił Witold Mieszkowski.

Łączka i Wałbrzyska

IPN wraz z Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa intensywnie
przygotowują się do trzeciego etapu badań na Łączce. Jak podkreśla prof.
Szwagrzyk, ciągle w ziemi spoczywa około 90 ofiar terroru
stalinowskiego. – Wiosną tego roku, przy niezbędnym wsparciu instytucji
państwowych i samorządowych, przeprowadzimy trzeci etap prac na Łączce –
zapowiada Kamiński.

– Dopinamy szczegóły, pieniądze są, metoda jest, trzeba jeszcze
załatwić sprawy formalne – zapewnia prezes IPN. – Jeżeli pod względem
formalnym będziemy gotowi, zaczynamy prace – tłumaczy, dodając, że nie
może w tej chwili podać precyzyjnego terminu, ale przypuszczalnie będzie
to późna wiosna.

Poważnym problemem jest to, że na części Łączki realizowane były nowe
pochówki, często osób z komunistycznego aparatu. Chodzi o aż 195
grobów. Zdaniem niektórych rodzin ofiar należy je zwyczajnie przenieść.

– Uważam, że jednak tych pochowanych pod osłoną stanu wojennego
trzeba będzie przenieść i tu będzie rola dla władz miasta, dla zarządu
tego cmentarza, po to, żeby ten trzeci etap, który podejmujemy, mam
nadzieję wspólnie, się spełnił – twierdzi Mieszkowski.

Ale trzeci etap na Łączce to nie jedyne zamierzenia IPN w tym roku.

– Czekają nas prace poszukiwawcze w bardzo wielu miejscach w Polsce – zaznacza Kamiński.

Badacze chcą przebadać teren na ul. Wałbrzyskiej w Warszawie.

– Ze zdjęcia lotniczego zrobionego wiosną 1947 r. możemy zorientować
się, gdzie leży to słynne pole Bokusa, gdzie w latach 1946-1948
pochowano kilkuset więźniów – informuje Szwagrzyk. Z tych fotografii
wynika, że znajdowało się tam wówczas ponad 90 grobów. – To jest jedno z
miejsc, które chcielibyśmy jeszcze w tym roku móc przebadać . Problem,
podobnie jak z Łączką, jest ten sam, tam są już współczesne mogiły –
zaznacza Szwagrzyk.

Co z uroczystym pochówkiem?

Planowany na 27 września, w 75.rocznicę utworzenia Polskiego Państwa
Podziemnego, uroczysty pochówek żołnierzy zidentyfikowanych po
ekshumacjach na Łączce może zostać przesunięty w czasie. Według
prezydenta Bronisława Komorowskiego, obecnego na uroczystości ogłoszenia
kolejnych identyfikacji w Belwederze, trzeba będzie wyznaczyć datę
pochówku, uwzględniając m.in. „postęp w zakresie identyfikacji ofiar”.
Komorowski podkreślił, że pochówek ten powinien mieć charakter
uroczystości państwowej.

Pozostaje też kwestia odpowiedniego pomnika. Pojawiają się pomysły budowy panteonu.

– Przybyłem tutaj ze swoimi wnukami. To dla nich będzie to, co
zrobimy na Łączce wszyscy razem, nie dla nas – podsumował Mieszkowski.

Jak poinformował minister sprawiedliwości Marek Biernacki, w areszcie
śledczym przy ul. Rakowieckiej, gdzie w latach 1948-1956 wykonywano
wyroki śmierci m.in. na żołnierzach podziemia niepodległościowego,
powstanie Muzeum Ofiar Komunizmu. W tym celu w najbliższym czasie
budynek zostanie wyłączony z normalnego użytkowania.

Zakończone zostały także prace w podziemiach na ul. Koszykowej, gdzie
mieściły się katownie UB. –Może je przejąć Muzeum Powstania
Warszawskiego – poinformował Biernacki. Dodał, że resort sprawiedliwości
ma je przekazać w tym roku.

Z kolei szef MON Tomasz Siemoniak zapewnił, że w budynku przy ul.
Żwirki i Wigry w Warszawie przewidziane jest upamiętnienie Żołnierzy
Wyklętych. – Oni są potrzebni jako symbole niezłomności i dochowania
przysięgi – podkreślił Siemoniak.

Dotychczas z kwatery na Łączce wydobyto szczątki ok. 200 osób, do
sierpnia ubiegłego roku zidentyfikowano 16 osób, w tym słynnych dowódców
oddziałów AK i WiN mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”, mjr.
Hieronima Dekutowskiego „Zaporę”, a także ostatniego dowódcę Narodowych
Sił Zbrojnych ppłk. Stanisława Kasznicę.

 

TUTAJ dostępne są biogramy ogłoszonych wczoraj nazwisk żołnierzy podziemia niepodległościowego.

Zenon Baranowski

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Obibok na własny koszt

12. Sznowna Pani Marylo,

Na potwierdzenie Pani słów:



"Marynarka Wojenna początkowo nie wchodziła w skład Wojska Polskiego
podległego Sowietom. Zmieniło się to po przekroczeniu Bugu przez
Armię Czerwoną



W kraju odtwarzano flotę pod kuratelą oficerów oddelegowanych z
marynarki sowieckiej. Pierwszymi jej dowódcami w 1945 roku byli
Rosjanie: kmdr Iwan Szylingowski i kontradm. Nikołaj Abramow. Do
szeregów powrócili uwolnieni z niemieckiej niewoli oficerowie marynarki
II Rzeczypospolitej. Z tej grupy wywodzili się kolejni dowódcy MW:
kontradm. Adam Mohuczy (grudzień 1945 – luty 1947) i kontradm.
Włodzimierz Steyer (luty 1947 – lipiec 1950)."

Prezentuję fotografię starego  mostu pontonowego, o którym już po jego gruntownej modernizacji i przebudowie nieraz pisałem także tu na Blogmedia24 w ramach moich wspomnień ze strajku w sierpniu 1980 roku jak i z czasu strajku w stanie wojennym, bo to przez ten most szliśmy pod konwojem oddziału ZOMO w jednej dwójce z Antonim Macierewiczem w dniu 16 grudnia 1981 roku w czasie brutalnej pacyfikacji Gdańskiej Stoczni Remontowej im. Józefa Piłsudskiego, lecz w przeciwnym kierunku od idących na tej fotografii polskich marynarzy z sowieckimi pepeszami i chyba znanymi każdemu sowieckimi rkm-ami z talerzami.
Proszę zwrócić uwagę na ruskiego politruka idącego na samym końcu już za kolumną polskich marynarzy.



Fotografię w wersji oryginalnej możemy zobaczyć TU:

http://2.static.s-trojmiasto.pl/zdj/c/9/120/800x0/1204135.jpg

Polecam również.
http://m.trojmiasto.pl/news/Unikatowe-zdjecia-Gdanska-po-wkroczeniu-wojs...

Należy też przypomnieć też i o tym, kto pomagał niemieckim agresorom zdławić opór i obronę Helu.

Tymi ochotnikami byli mieszkający tak Kaszubi oraz jednostki WP, do których ich wcielono w ramach mobilizacji, a którzy broń skierowali przeciwko polskim obrońcom Helu i "niemieckiemu" bohaterskiemu dowódcy Komandorowi Józefowi Unrug.

Wczoraj Kaszubi stanęli po stronie najeźdźcy niemieckiego, a dziś RAŚ-owcy ślą listy do Putina aby ta satrapa ich broniła i w Polskę wycelował rakiety nuklearne, tak jak rosyjski reistag dziś przyznała kolejnemu bandycie godnego Hitlera prawo do napaść na Wolną Ukrainę, bo ta odebrała i pozbawiła władzy jej zbrodniarzowi, który mordował Naród Ukraiński na kijowskim Majdnie.
Tak więc z jednej strony mamy "bratnie" Niemcy z drugiej strony "bratnią" Rosję  wraz z sojusznikami wschodniej dziczy mogą zagrażać Nam Polakom i Polsce bardziej nić ma to miejsce dziś na Ukrainie, do których listy i pokłony szlą rzekomo polscy narodowcy.

Pozdrawiam serdecznie.
Obibok na własny koszt

PS
Wyspa Ostrów i jej historia to taki mały odprysk z moich zainteresowań ogólnych i to stad m.in. pochodzi ta fotografia dotycząca tej  gdańskiej wyspy.
Onwk.

Kiedyś "Mieszko II"

avatar użytkownika gość z drogi

13. serdeczne pozdrowienia szanowny @Obiboku ...

cenne są te Twoje Fotografie i spostrzeżenia....patrząc na to co wyrabiają co niektórzy....
skóra cierpnie a podświadomość zadaje nieodmienne pytanie,kiedy poproszą o "bratnią POMOC" jednego,lub drugiego brata...my mamy tu "kuca i jemu podobnych,Wy swojego
serdeczne pozdrowienia i całuski dla Wnusi :)

gość z drogi

avatar użytkownika Obibok na własny koszt

14. Dziękuję.

Dziś Wnusia po raz pierwszy weszła ze mną na Górę Lodową, bo dotychczas bywała tylko w parku podnóża wzgórz morenowych, zobaczyła też byłe magazyny lodu, stąd wywodzi się nazwa tej góry.

Następnym razem w planach jest górka harcerska, z której rozpościera się widok na gdańską starówkę Dolne Miasto oraz ziemne forty napoleońskie.
Jak będzie cieplej w planach mamy wycieczkę na Westerplatte, Gorę Gradową, Forty Jezuickie, pomnik i stocznie, Pocztę Polską.

W planach obecność podczas planowanych prac ekshumacyjnych, których celem jest odnalezienie grobów Inki i Zagończyka oraz innych zamordowanych przez bezpiekę polską i ruską w Gdańsku.
Tu niestety nie jest planowany udział Wnuczki ze względów przede wszystkim bezpieczeństwa, bo ona już bardzo dużo wie, bardzo dużo kojarzy, a nawet już pamięta i tym bardzo miło mnie zaskakuje.

Wszak ma tylko trzy latka, a jest taka rezolutna i pamiętliwa.
Mam miłą informację dla Nas Polaków.
Otóż w parku gdzie stoi pomnik poświęcony Tatarom służących w Wojsku Polskim i broniących II RP przez bolszewikami w czasie wojny polsko-bolszewickiej ma siedzibę Narodowego Centrum Kultury Tatarów w Gdańsku przy ulicy Nowiny 2 B, na którym w przeciwieństwie do innych budynków państwowych, samorządowych czy przedsiębiorstw polskich jak Poczta Polska S.A. wisi nie jakaś szmata niebieska z gwiazdeczkami lecz biało-czerwona flaga narodowa Polski.



Tymczasem tak wygląda u polskich Tatarów:





Wykonałem jak zwykle kilka fotografii budzących się do życia parkowych mieszkańców, chociaż stawy są skute nadal lodem.


Wykonałem kilka fotografii kaczki z nadajnikiem radiowym i własnym zasilaniem słonecznym na grzbiecie.
Zapraszam do wirtualnej wędrówki po parku oruńskim, która z moją mała Polką odbyłem w dniu dzisiejszym.

 https://plus.google.com/photos/108910137865025242278/albums/5986250968991181537


Pozdrawiam serdecznie.


Obibok na własny koszt


PS

Pamiętajmy o tym kto z RAŚ pisał listy do Putina i o co prosił tego bandytę (Iskandery wycelowane w Polskę i o obronę niemieckiej V kolumny przed Polakami i Polską). Mamy swoje tutejsze autonomie "krymskie", których nie potrafimy jako Polacy raz na zawsze zlikwidować dla Naszego bezpieczeństwa narodowego.

Onwk.

Kiedyś "Mieszko II"

avatar użytkownika Obibok na własny koszt

15. Ten ukraiński zdrajca w sytuacji wojny na Heli

wydałby rozkaz rozstrzelania lub rozbrojenia polskich obrońców Helu i jako jeńców wojennych wydałby na żer zbrodniczym najeźdźcom by ratować swoją dooopę.

UKRAINA czy tylko kontynuacja ZSRR?

Za niezależna.pl czytamy:

Pełniący obowiązki prezydenta Ukrainy Ołeksandr Turczynow zdymisjonował w niedzielę dowódcę ukraińskiej marynarki wojennej Denysa Berezowskiego.

Wszczęto przeciwko niemu śledztwo w sprawie zdrady stanu.

Berezowski złożył przysięgę na wierność "narodowi krymskiemu".

http://niezalezna.pl/52417-zaczynaja-sie-rosyjskie-prowokacje-nieznani-s...

PS
Ci dzisiejsi rzekomo "nasi" generałowi i komandorzy jako pierwsi przez spasionymi brzuchami i podgardlami nieśliby białe szmaty jak ten ukraiński zdrajca.

Kiedyś "Mieszko II"

avatar użytkownika Maryla

16. @Obibok na własny koszt

nawet by nie zdążyli z białą szmatą , z Warszawy do Gdańska też dalej, niż za Gierka, to znaczy dłużej sie jedzie. Gdyby odbyło się to w sobotę, jak na Krymie, to na 100% by nie zdążyli od grilla...


Marynarka Wojenna przenosi się znad morza do stolicy. "Musimy się przyzwyczaić"

Marynarka Wojenna przenosi się znad morza do stolicy. "Musimy się przyzwyczaić"

Dowództwo Marynarki Wojennej wyprowadza się z Gdyni, od

stycznia wszystkie najważniejsze decyzje i rozkazy będą podejmowane

już...

czytaj dalej »

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Obibok na własny koszt

17. Fakt, wystarczy już mały kryty basen by puszczać modela statków

Krypy same pójdą na dno w basenach portowych, bo nie stać już nawet na paliwo do nich.
Przyjdą tzw. złomiarze i wyślą ich złom do Chin, gdzie przerobi go na spinacze i zszywki dla warszawskiej admiralicji.

Pozdrawiam.
Onwk

Kiedyś "Mieszko II"

avatar użytkownika gość z drogi

18. szanowny @Obiboku....

Ucz Małą Panienkę prawdziwej Histori...a gdzi się jej najlepiej uczy....? na cmentarzach...tego w szkole nie będzie miała
Ja moich Młodych wciąz prowadzam pod pomnik Sląskich Harcerzy,których nazywają małymi Żołnierzykami i pod Dziadka Ziutka,czyli Józefa Piłsudskiego.kwiaty znicze,,,to nasze atrybuty pamięci...
Uważaj tylko na słowa.bo Mali Ludzie są wyjątkowo inteligentni...u mnie niedawno była wojna miedzy Młodymi..pobili się o ...Dziadka Józefa...nomen omen...Ich pradziadek miał też na imię Józef,i był dawnym Legionistą...w Domu do dzisiaj jest szabla...drugi Pradziadek to Józefat a TU Koń i Dziadek Józef,któremu składa się wieńce i kwiaty...no i stało się,
pomylili się Dziadkowie :)))
Całuski dla Panienki Dzielnej i Roztropnej :)

gość z drogi

avatar użytkownika gość z drogi

19. Pamiętajmy o tym kto z RAŚ pisał listy do Putina i o co prosił t

"Pamiętajmy o tym kto z RAŚ pisał listy do Putina i o co prosił tego bandytę (Iskandery wycelowane w Polskę i o obronę niemieckiej V kolumny przed Polakami i Polską)."
PAMIETAMY...
ale dziwny TU Naród...pokochałam Sląsk,ja Zagłebianka,mimo pytania o paszport,dawno temu:)
i nadal Ich kocham ,ale tych od LISTU....na pewno NIE...nimi pogardzam...
Gdyby nie daj Bóg doszło do jakiejś zawieruchy,to jak mówi mój mąż w co niektórych domach portrety Dziadka natychmiast odwrócono by na drugą strone i zamieniono Dziadka,na Dziadka z wąsikiem...
a w pozostałych Bolszewia byłaby przyjmowana "chlebem i solą "
Ale są TU również Wspaniali Polacy,takich spotykam na naszych Marszach...Polki i Polacy...i wtedy serce rośnie a krzyki tych od RASia zagłusza pieśń,"Błekitne rozwińmy sztandary"
serdeczne pozdrowienia z Ziemi ,gdzie na Jej Cmentarzach od dawna śpią Bohaterowie,Górnicy,i Zamordowani
przez bandę towarzysza Jaruzela ...dawno zapomnieni Działacze Solidarności...Oni nie wystawiali piersi do medali,ONI
ginęli w Imię Polski i DLAPOLSKI...
serdeczności

gość z drogi

avatar użytkownika Obibok na własny koszt

20. @Gościu z drogi

Szanowna Pani,

piersi w pierwszej kolejności nadstawili konfidenci i ci, co w stanie wojennym udając "naszych" drukowali komunistów dzieła, czym chwalili i chwalą po dziś dzień.

http://www.encyklopedia-solidarnosci.pl/wiki/index.php?title=Ewa_Sioma-O...

"Od 1981 współpracowniczka wydawnictwa Alternatywy (we współpracy z Maciejem Kapczyńskim, Piotrem Kapczyńskim, Zbigniewem Nowkiem, Markiem Wachnikiem), udostępniała piwnicę domu na drukarnię wydawnictwa (po 13 XII 1981 strych), gdzie m.in. wydrukowano Główne nurty marksizmu Leszka Kołakowskiego...."

"Odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (2008)"

Inni:

"odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski (2006). "

Oraz pozostali zaprzańcy i zdrajcy jak Adaśko i jemu podobni, których po dziś dzień pułkownik Ryszard Kukliński jest zdrajcą.

Tak jak ostatnie artykułu Aleksandra Ściosa o Pułkowniku Kuklińskim i WSIoku nie znalazły miejsca na pewnej stronie pewnych działaczy, którzy potrafią certyfikować innych lecz nie siebie, bo oderwali się o rzeczywistości i zastygli w czasach stanu wojennego.
Gdy niektórzy z byłych politycznych emigrantów wracają z emigracji to swoje pierwsze kroki kierują do konfidentów i zaprzańców, a nie do porządnych i uczciwych ludzi, a później dziwią się i są zniesmaczeni, że ich byli rzekomo koledzy zdradzili i wystawili na pośmiewisko w terrorystycznych mediach lub po prostu zdradzili i przejęli ich inicjatywę.
Pamiętajmy też, że wielu z dziś odgrywających role "oburzonych" jeszcze wczoraj byli fanatycznymi wyznawcami TW Bolków, którzy niszczyli i pacyfikowali uczciwych i prawych ludzi, którzy nie poszli na współpracę z reżymem tak jak oni na współpracę poszli.
Dziś nie chcą wracać do przeszłości a swoje haniebne wyczyny raczą tłumaczyć tym, że musieli gdzieś pracować by utrzymać siebie i swoje rodziny, tak jakby przez nich prześladowani nie mieli podobnych jak oni potrzeb.
A jednak oni nie zdradzili i nie poszli służyć złu by napchać rury kombinatów przetwórstwa mięsno-warzywnego by wyprodukować cel ich życia w postaci odchodów, którymi oni byli i są wypełnieni od zawsze.

Pozdrawiam serdecznie.

Obibok na własny koszt

PS
Cmentarze jak najbardziej lecz nie wykopaliska, gdzie chciałbym wykonać kilka fotografii do swoich zbiorów, a Moja Panienka by mi to skutecznie uniemożliwiła, bo nie mógłbym ją zostawić choćby na sekundę bez mojej opieki.
Onwk.

PPS
Odnośnie Ryszarda Kuklińskiego, Pani Maryla napisała, że dzisiejszy stosunek co po niektórych rzekomo "naszych" do Ryszarda Kuklińskiego jest jak papierek lakmusowy, a więc wskazuję, że papierek lakmusowy na pewnej stronie zrobił się czerwono-buraczany.
Tam świecą nowo-ekranowe nNony14/24/7 dni w tygodniu na eksponowanych i polecanych miejscach.
Onwk.

Kiedyś "Mieszko II"

avatar użytkownika Obibok na własny koszt

21. PS

Chodzi mi o te cztery artykuły Pana Aleksandra Ściosa, które podziałały jak czerwona płachta na byka:

http://blogmedia24.pl/node/66397

http://blogmedia24.pl/node/66436

http://blogmedia24.pl/node/66460

http://blogmedia24.pl/node/66414

Nie odważyli się ich zamieścić na swojej stronie, bo nie było UKAZA ze WSI ruskiej, czy cóś?

Kiedyś "Mieszko II"

avatar użytkownika gość z drogi

22. @Onwk :)Tam świecą nowo-ekranowe nNony14/24/7 dni w tygodniu na

"Tam świecą nowo-ekranowe nNony14/24/7 dni w tygodniu na eksponowanych i polecanych miejscach."
Dzięki ,szczególnie za To zdanie....
Jest takie powiedzenie z przed wieków:)
"Boże strzeż mnie przed przyjaciółmi,z wrogami sam sobie poradzę...."
Nasza Pani Ania,Matka Solidarności nie na darmo mówiła...za duzo u nas złych ludzi...i miała Rację...Ona już nie żyje a Żli Ludzie mają się Super...
Polska droga do Wolności usiana grobami ale każdy przystanek...to nowy kawałek wolności....i tak od Poznania,po Gdański,Śląsk Górny i Dolny....
i mam dziwne przeczucie,że
zbliża się następny przystanek do Wolności,tylko ten putin z KGB jakoś mi bardzo w tym przeszkadza...
co do TW ,czy zwyczajnych szpionów..mieliście ich na kopy,my TEZ....
i grobów mnóstwo ,nasz Młodziutki Górnik i Wasza Bolesna Matka....
co do Bohaterskiego Pułkownika Kuklińskiego...to masz RACJĘ...
działa bezbłędnie ten papierek lakmusowy , /w przypadku człowieka,którego chcemy przetestować....:)/
tak jak niegdyś w przypadku bufona bolka...ten to dopiero Polskę wystawił na pośmiewisko...
w przypadku pożytecznych idiotów również....
/dlaczego pożyteczni ? tego nie zrozumiałam nigdy :)/
serd pozdrowienia i na Panienkę uważaj,bo to żywe srebro...dzieki za fotograficzną podróż.. :)

gość z drogi

avatar użytkownika Maryla

23. Arch W. Mieszkowskiego

zdjecie

Arch W. Mieszkowskiego /-

Ostatni wyrok

http://www.naszdziennik.pl/mysl/70056,ostatni-wyrok.html

„Jak uczciwemu człowiekowi postępować należy, żeby
sobie niezależne stanowisko w społeczeństwie wyrobić, zasłużyć na tegoż
uznanie, oraz jak mu służyć – jest obowiązkiem każdego składającego ten
święty łańcuch, co się narodem nazywa” – pisał w roku 1887 Feliks
Brochocki, szlachetny polski ziemianin, powstaniec styczniowy. Często
wracam myślami do tych słów.

Aleja Niepodległości, Koszykowa, Chałubińskiego, Oczki, Nowowiejska i
Sucha (dziś Krzywickiego). To jeszcze Śródmieście albo już Ochota.
Przejeżdżam tramwajem ulicą Nowowiejską regularnie od 60 lat! Wpierw, w
strasznych latach stalinowskich, przyjeżdżałem tu jeszcze z Gdyni,
zawsze pełen lęku. Zaczynałem marszrutę z placu Narutowicza, potem obok
starynkiewiczowych filtrów na ulicę Suchą, do szarego gmaszyska
Naczelnej Prokuratury Wojskowej.

„Sprawiedliwość socjalistyczna”

To właśnie tam, w pierwszych dniach stycznia 1953 r., po
zakomunikowaniu mi, wówczas 15-latkowi, że dokonano mordu sądowego na
moim Ojcu, płk Stanisław Zarakowski zadał mi do dziś złowrogo brzmiące w
moich uszach pytanie: „Czy wierzysz w sprawiedliwość socjalistyczną?”.
Osłupiałem! I choć niebawem miałem się ubiegać o wcześniejsze
dopuszczenie mnie do matury, odpowiedziałem ze ściśniętym gardłem:
„Nigdy w nią nie wierzyłem, nie wierzę i nigdy nie uwierzę!”. Zabrakło
mi wszakże odwagi, aby wychodząc z przestronnego gabinetu, trzasnąć za
sobą drzwiami…

Trzy lata później, w czasie „odwilży”, na Nowowiejskiej składaliśmy
całą naszą rodziną pierwsze wnioski o ukaranie winnych zbrodni, o
podanie do wiadomości publicznej morderstwa sądowego, o ekshumację.

Później, w trwającym długie lata milczeniu i ukrywaniu przez reżim
zbrodni na narodzie, jeździłem Nowowiejską na Politechnikę, a do
strasznego gmaszyska uczęszczałem na „studium wojskowe”. Jeszcze później
przyjeżdżałem tu tramwajem ze Wschodniej Ściany, chodziłem pieszo z
Alei, przez ostatnich 30 lat jeździłem „15” Marszałkowską i Nowowiejską z
Żoliborza.

Sądy nierychliwe

U progu „trzeciej niepodległości” bywałem tam znowu częściej. Żądałem
dopuszczenia mnie do przechowywanych w gmaszyskach akt śledztwa i
procesu Siedmiu Komandorów. Nad opasłymi tomami ślęczałem godzinami.
Dopingowałem mjr. Bogdana Włodarczyka, młodego wówczas prokuratora NPW,
by się nie dawał adwokatowi Witoldowi Rozwencowi – sprytnemu obrońcy
komunistów, wśród nich Zarakowskiego. Złożyłem w NPW, z pomocą senatora
Piotra Łukasza Andrzejewskiego, wniosek o aresztowanie byłego naczelnego
prokuratora wojskowego i – jeśli rzeczywiście chorował – o osadzenie go
w szpitalu więziennym. Niestety, wniosek nasz został oddalony.

Również w późnych latach 90. bywałem często na Nowowiejskiej, głównie
na rozprawach Mikołaja Kulika, oprawcy marynarzy, funkcjonariusza
okrutnej, gdyńskiej Informacji Wojskowej.

Kontaktowałem się z historykami zajmującymi się zbrodniami
komunistycznymi: dr. Tadeuszem Skutnikiem, dr. Tadeuszem Swatem, prof.
płk. Jerzym Poksińskim, prof. kmdr. Czesławem Ciesielskim, dr. por.
Zbigniewem Palskim. Zacząłem też sam pisać i z rzadka publikować w
prasie.

„Po co to wszystko?”

Niektórzy znajomi dziwili się tym moim zajęciom pozauczelnianym.
Niekiedy wyznawcy moralnego relatywizmu uciekali się nawet do krytyki
niecodziennych moich zainteresowań i „trwonienia czasu”… Mawiali:
„Zamiast tak biegać na Nowowiejską i na plac Krasińskich, lepiej byś
zrobił habilitację”…

No cóż, nie czytali tych dwóch krótkich listów, które napisał do mnie Ojciec z Mokotowa, oczekując w celi na śmierć…

Wypełniając przekazaną mi w listach wolę Ojca, starałem się w życiu
tak postępować, by zawsze zachowywać się przyzwoicie i odpowiedzialnie,
bez ociągania się zabiegać o prawdę i sprawiedliwość. A to oznacza
także: o ekshumację i godny pochówek Komandorów.

W „państwie prawa”

Wiosną 2011 roku zakończył się przed Wojskowym Sądem Garnizonowym na
Nowowiejskiej, wlokący się od dobrych kilku lat – proces oprawców z
wojskowych służb informacyjnych. Główny Zarząd Informacji, mieszczący
się w gmachu położonym na przedłużeniu al. Niepodległości, na rogu
Chałubińskiego i Oczki, był w latach 40. i 50. najstraszniejszą,
zbrodniczą organizacją, funkcjonującą pod dyktando Iwana Sierowa w
pojałtańskiej Polsce. Kierowany bezpośrednio z Moskwy przez przysłanych
tu oficerów NKWD Dymitra Wozniesienskiego i Antona Skulbaszewskiego,
wspomaganych przez wojskowy aparat sądowniczy z Wilhelmem Świątkowskim.
Tam właśnie zaprojektowano, wyreżyserowano i zrealizowano odrażającą
zbrodnię pod nazwą „Spisek w wojsku”.

Ujawnione wreszcie przed sądem zbrodnie komunistyczne, popełnione na
wyższych oficerach Marynarki Wojennej, w ramach jednego z procesów
odpryskowych owego „spisku”, solidnie udokumentowane przez prokuratora
IPN Piotra Dąbrowskiego, zakwalifikowane zostały wreszcie jako zbrodnie
przeciw ludzkości.

Od dawna dopominałem się o taką kwalifikację.

Już z samym rozpoczęciem spóźnionego procesu były poważne kłopoty.
Zszedł bowiem z tego świata kolejny z sześciu oprawców oficerów
Marynarki Wojennej. Był rok 2008. Przez dwa kolejne lata zaniechań,
marazmu i dezorganizacji na Nowowiejskiej, 11 marca 2010 r. Sąd
Garnizonowy zajął się sprawą pięciu pozostałych oskarżonych i wreszcie
wydał wyrok po upływie już „tylko” trzynastu miesięcy. Wyrok ogłoszono 6
maja 2011 r. Jako jeden z nielicznych obecnych na sali sądowej ze
statusem pokrzywdzonego, wysłuchałem czytanego przez mjr Agnieszkę
Kobylińską uzasadnienia.

Uważałem zawsze, że wyegzekwowanie od władzy publicznej skazania za
zbrodnie, niezależnie od odległości w czasie popełnionych przestępstw,
było i będzie zawsze konieczne dla moralnej „higieny” społeczeństwa –
jeśli poważnie myślimy o zdrowej wspólnocie narodowej i państwie prawa!

Każdemu człowiekowi należy dać możliwość poznania i uzmysłowienia
sobie stanu jego człowieczeństwa. Należy dać szanse ekspiacji, wyrażenia
żalu za winy, zadane cierpienia i wyrządzone krzywdy. Przy okazji
procesów – funkcjonariuszy również ich dzieciom i wnukom trzeba dać
szanse poznania prawdy – nawet gdy jest wstydliwa i bolesna. Jest to
warunek ich świadomej przynależności do wspólnoty.

Można ubolewać, że wszystkie te, jednoznacznie określone dziś i
ogłoszone publicznie fakty, docierają do Polaków z takim strasznym
opóźnieniem. Moje doświadczenia z aparatem śledczym III RP i z salą
sądową pokazywały permanentny brak „woli politycznej” w tropieniu i
wskazywaniu ewidentnych zbrodni komunistycznych, obnażyły opieszałość w
ściganiu oprawców i odwlekanie ponad miarę przez niezreformowany aparat
sądowniczy rzetelnego dociekania sprawiedliwości. Ujawniły też wciąż
powszechny, acz skrywany brak świadomości ogromu popełnianych zbrodni,
demoralizację komunistycznego aparatu ucisku i zatwardziałego uporu w
trwaniu na pozycjach ideologicznych, przywleczonych ze Wschodu.

Buta

Taka postawa, wzmacniana zatrważającym marazmem i milczeniem
społeczeństwa, grubokreskową ślepotą i wygodną pobłażliwością nowej
władzy, rodziły u oprawców tchórzliwą ucieczkę od odpowiedzialności i
całkowity brak pokory, ekspiacji. Ba, niekiedy wręcz chamstwo i
wyzywającą butę, nierzadko ewidentną (nie karaną…) obrazę sądu!
Przykładem niekończących się, nieporadnych, koszmarnych rozpraw jest
sprawa zdeklarowanej swołoczy z gdyńskiej Informacji Wojskowej,
„śledczego” Mikołaja Kulika.

Nieco lepiej od Kulika zachowywali się ostatnio przed sądem jego
kamraci, oficerowie śledczy z GZI na Oczki, odpowiadający, podobnie jak
inni komunistyczni oprawcy, z wolnej stopy. Obserwowałem ich, a oni
unikali mego wzroku. Długo udawali też, że się nie znają. Starali się
mówić jak najmniej. Proponowali sądowi odczytanie z kartki okrągłych
zdań, z których nic nie wynikało. Zapytywani wprost o fakty, zasłaniali
się niepamięcią. Obnosili się ze swą oczywistą „niewinnością”.

Sprawiedliwość „w zawiasach”

W końcu jednak kolejny skład warszawskiego Wojskowego Sądu
Garnizonowego uznał materiał, zgromadzony przez prokuraturę, za
wystarczający. Wysłuchał nielicznych żyjących pokrzywdzonych: Helenę
Zawilską, Andrzeja Kraszewskiego, jego brata Jerzego i mnie, pozostałych
pokrzywdzonych przesłuchał w miejscach ich zamieszkania. Wykazał wolę
działania i uznał oprawców – „śledczych” Informacji Wojskowej winnymi
zarzucanych im zbrodni.

Ach, te wyroki… Oskarżony Józef Kulak, za znęcanie się nad kmdr. por.
Robertem Kasperskim – rok pozbawienia wolności z zawieszeniem na 2
lata… Oskarżony Tadeusz Jurczak, za znęcanie się nad kmdr. por.
Kazimierzem Kraszewskim, mjr. Tadeuszem Twarogowskim i mjr. Apoloniuszem
Zawilskim – dwa lata z zawieszeniem na 3 lata… Oskarżony Henryk Pocheć,
za znęcanie się nad moim Ojcem – rok z zawieszeniem na 2 lata…
Oskarżony Leonard Kuźniak, za znęcanie się nad kmdr. Marianem
Wojcieszkiem, ppłk. Sergiuszem Pisarczukiem i mjr. Tadeuszem
Twarogowskim – 2 lata z zawieszeniem na 3 lata… Oskarżony Władysław
Antolak, za znęcanie się nad mjr. Tadeuszem Twarogowskim – na rok z
zawieszeniem na 2 lata…

Smutek po latach

W słotną listopadową niedzielę byliśmy z żoną na Mokotowie, na
Rakowieckiej… Tam za drutami, w pierwszą niedzielę Adwentu, po raz
pierwszy od sześćdziesięciu lat odbyło się spotkanie rodzin
pomordowanych tu naszych ojców, mężów i braci. Spotkaliśmy się najpierw
na Mszy św., sprawowanej przez duchowieństwo warszawskie. Potem udaliśmy
się w zimnych murach rozległego, przecie jeszcze carskiego [!]
więzienia, do cel śmierci, przez które przechodzili kiedyś nasi
najbliżsi. Przeszliśmy długim tunelem do jednego z trzech bunkrów, gdzie
po bolszewicku strzelano im w tył głowy.

Teraz czekamy cierpliwie na obiecywane solennie przed wyborami
poszukiwania ich doczesnych szczątków i powązkowską ekshumację, chociaż
na Łączce…

Bogu niech będą dzięki!

Pisałem to wszystko w listopadzie 2011 roku. Dopisałem 6 lutego 2014
roku: „Dzwoni pan Krzysztof Szwagrzyk: ’Panie Witoldzie, czy będą
Państwo u siebie w domu w ciągu najbliższych dwudziestu minut?’
Będziemy… ’To ja zaraz do Państwa jadę’”…

„O wy, którzy na świat idziecie z północą, chytrość rozumem a złość
nazywacie mocą. Kto z was wiarę i wolność znajdzie i zagrzebie, myśli
Boga oszukać, oszuka sam siebie” (Adam Mickiewicz)…

 


Doktor arch. Witold Mieszkowski jest synem kmdr. Stanisława
Mieszkowskiego – najwyższego rangą oficera Marynarki Wojennej, skazanego
na śmierć po okrutnym „śledztwie” i zamordowanego w więzieniu
mokotowskim 16 grudnia 1952 roku. Wraz z nim komuniści zamordowali
wówczas innych wybitnych oficerów polskiej marynarki, wypromowanych
jeszcze przed wojną: kmdr. Jerzego Staniewicza i kmdr. por. Zbigniewa
Przybyszewskiego. Wszyscy trzej byli bohaterami obrony Wybrzeża w roku
1939. Wojnę spędzili w niemieckim oflagu. Po wojnie podjęli służbę w
zdominowanej przez oficerów sowieckich polskiej marynarce – by mieć
wpływ na formację młodych marynarzy przybywających nad morze z całego
kraju.

Witold Mieszkowski miał lat 14, gdy ojciec umierał od katyńskiego
strzału w piwnicy mokotowskiej. Doczekał identyfikacji śmiertelnych
szczątków ojca na powązkowskiej Łączce! Po 62 latach życia w cieniu
zbrodni, po 62 latach traumy!

Wkrótce ukaże się książka dr. Witolda Mieszkowskiego, poniżej
zamieszczamy fragmenty rozdziału „Ostatni wyrok”. Dedykujemy je rodzinom
wszystkich Żołnierzy Wyklętych – z nadzieją, że tak jak dr Mieszkowski
doczekają identyfikacji swoich zamordowanych bliskich i ich godnego
pochówku.

Piotr Szubarczyk

Dr Witold Mieszkowski

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Obibok na własny koszt

24. Korekta

Jest:

Tam świecą nowo-ekranowe nNony14/24/7 dni w tygodniu na eksponowanych i polecanych miejscach.

Winno być:

Tam świecą nowo-ekranowe nEony24/24/7 dni w tygodniu na eksponowanych i polecanych miejscach.

Pożyteczni idioci, bo choć np. dziś odgrywają kolejne role "oburzonych" to mimo to nadal nie zauważają., że to oni sami wystroili sobie a przy okazji i Nam ten komunistyczny kolonialny kraj układając się ze zbrodniarzami i okupantami.
Jakby im było mało jednej zdrady to przez kolejne dzięsięciolecia trzymali parasole ochronne nad kolejnymi ekipami zdrajców i złodziei.
Chwalą się nadal swoimi osiągnięciami i czynami zdrady narodowej, tak w Magdalence jak i przy jej okrągłym ołtarzu zwanym okrągłym stołem.
Nadstawiali i nadstawiają pierś do odznaczeń po rzekomej walce o wolna Polskę, gdy tymczasem powinni otrzymać ordery PRL Bis, bo ani nie wywalczyli wolnej Polski ani nie osądzili zdrajców i zbrodniarzy komunistycznych, lecz ich nagrodzili i nagradzają po dzień dzisiejszy wypacając tym zbrodniarzom i mordercom wysokie emerytury i otaczają ich pieczą i bezkarnością.

Pozdrawiam.

Obibok na własny koszt

Kiedyś "Mieszko II"

avatar użytkownika Maryla

25. Marek Borawski/Nasz

zdjecie

Marek Borawski/Nasz Dziennik

Nie chciał służyć komunie

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/71349,nie-chcial-sluzyc-komunie.html

Z Anną Bogusławską-Narloch, wnuczką kmdr.
por. Zbigniewa Przybyszewskiego, dowódcy baterii cyplowej na Helu w 1939
r., zamordowanego 16 grudnia 1952 r. w więzieniu mokotowskim, rozmawia
Piotr Czartoryski-Sziler

Pani matka, od lat mieszkająca w Szwecji, wraca do wspomnień o ojcu?

– Wraca do historii. Ale jest to dla niej temat bardzo bolesny. Przez
prześladowania, jakie dotknęły rodzinę, miała serdecznie dosyć pobytu w
naszym kraju i władz, które nie robiły nic, by przywrócić pamięć
dziadka. Byłam wtedy małą dziewczynką, urodziłam się bowiem w 1955 r.,
trzy lata po śmierci dziadka. Wiem jednak, że rodzinie było ciężko, bo
przecież babcia z mamą zostały wysiedlone i długo nie mogły wrócić do
swojego domu. Babcia zanim wróciła na Wybrzeże, tułała się po teatrach w
Toruniu, Białymstoku, Poznaniu. Bardzo dużo informacji o dziadku
znalazło się w książce „Bohater obrony Helu” autorstwa Krzysztofa
Zajączkowskiego, którą czyta się bardzo dobrze. Sama pamiętam, jak
nieżyjąca już od 22 lat babcia przyjeżdżała do nas, siadaliśmy wszyscy
wieczorami przy stole i wspominało się dziadka, jakim był człowiekiem,
mężem i ojcem.

I co Pani wtedy słyszała?

– Że ich życie rodzinne było takie króciutkie. Moja mama urodziła się
w 1936 r., więc praktycznie zaraz wybuchła wojna. Gdy dziadek wrócił z
oflagu, zajął się odbudowywaniem baterii w Redłowie. Nie było go w domu
całymi dniami, więc mama miała go bardzo mało dla siebie. Z tego, co
jednak pamięta, był człowiekiem bardzo rodzinnym, sprawiedliwym,
uczciwym, który nie znosił kłamstwa, i przede wszystkim bardzo pobożnym.
We wszystkich listach z oflagu, które czytałam, cały czas mówi o Bogu,
modlitwach, prosi o książeczkę do nabożeństwa i różaniec oraz by moja
mama wychowywana była w wierze, żeby była uczciwa.

Dziadek bardzo kochał morze, od dziecka marzył o żeglowaniu. Był
bardzo skromny, nie lubił, gdy za dużo się o nim mówiło lub gdy go
fotografowano. Kochał łakocie, babcia zawsze opowiadała, że gdy piekła
jakieś ciasto na święta, dziadek buszował po nocy i podjadał, bo nie
mógł się doczekać.

To prawda, że Pani dziadek, nawet uwięziony w oflagu, a później na Rakowieckiej, pisał do rodziny, że niczego mu nie brakuje?

– Tak. Z oflagu mamy ponad sto listów dziadka. Z Rakowieckiej
pozwolono mu napisać tylko jeden, datowany na 21 maja 1952 roku. Na nic
się w tych listach nie uskarżał, a przecież, jak później babcia się
dowiedziała, bardzo cierpiał na nerki i pęcherz, miał niesamowite bóle.
To był człowiek, który przede wszystkim myślał o innych, o tym, jak żyją
jego żona i córka. Gdy był w oflagu, nie mógł sobie darować tego, że
siedzi tam zamknięty i nic nie może zrobić, gdy jego żona i córka muszą
walczyć o przetrwanie. Ten czas aresztowań i prześladowań był okropny.
Wyrzucono je z domu. Zostały wysiedlone jako żona i córka zdrajcy,
zamieszkały w Toruniu, gdzie babcia podjęła pracę w Teatrze Lalek. Tam
przyszłam na świat. Byłam jeszcze malutka i mało rozumiałam, dopiero
później zaczęłam odczuwać pewne rzeczy. Nie mówiło się za głośno i za
dużo o pewnych sprawach, trzeba było mieć oczy z tyłu głowy, bo ludzie
byli fałszywi i donosili. Taki człowiek mieszkał nawet w naszym domu.
Dowiedzieliśmy się o tym później z akt IPN. Ten czas był dla nas bardzo
ciężki.

Informacja Wojskowa aresztowała komandora 17 września 1950 r. pod
sfingowanym zarzutem szpiegostwa. W procesie nie poprosił o
ułaskawienie.

– Z opowieści kolegów dziadka, którzy z nim siedzieli, a później
zostali zrehabilitowani i wyszli na wolność, wiemy, co tam się działo.
Komandor Wacław Krzywiec (zwolniony warunkowo z więzienia w lutym 1956
r. z powodu złego stanu zdrowia, zmarł miesiąc później) napisał
list-skargę do KC PZPR, opisując szczegóły nieludzkiego traktowania
wszystkich podczas śledztwa. To był jego krzyk o sprawiedliwość dla
tych, którzy przebywali w więzieniu mokotowskim. Wiemy, że stosowano tam
ponad trzydzieści różnego rodzaju tortur. Dziwię się, że tych trzech
komandorów (Przybyszewski, Mieszkowski, Staniewicz) nie ugięło się pod
wpływem tortur. Na tym polegała ich niezłomność. To pokazuje, jaką
musieli mieć siłę charakteru i woli, żeby przetrwać to wszystko, nie
przyznając się do tego, czego nie zrobili.

Pani babcia wiedziała, że wyrok na jej mężu został wykonany?

– Babcia szukała dziadka, jeździła, pisała, dowiadywała się, co stało
się z jej mężem. Przez długi czas nie wiedziała nawet, gdzie dziadek
przebywa. Aresztowania były ciche, znienacka, bez powiadomień. O
wykonaniu wyroku dowiedziała się z listu, który dostała. Była to sucha,
lakoniczna wiadomość, że wyrok został wykonany. I koniec.

W jakich okolicznościach dziadka aresztowano?

– Dziadek coś przeczuwał. Gdy tworzył jako dowódca baterię w
Redłowie, armia polska dostawała przeważnie zużyty sprzęt z demobilu
sowieckiego. Dziadek nie miał do niego zaufania i dosyć głośno o tym
mówił. Nie ukrywał tego, a „życzliwych” osób wkoło nigdy nie brakowało,
więc przypuszczalnie ktoś na niego doniósł. Dziadek chorował w tym
czasie trochę na serce i jechał do Warszawy, bo chciał chyba zrezygnować
ze swojej pracy w wojsku.

Nic dziwnego, Marynarka Wojenna przechodziła szybki proces sowietyzacji.

– Tak, nie mógł się z tym pogodzić, nie chciał też pracować dla
komunistów. To nie była ta Marynarka, którą ukochał przed wojną.
Panowały fałsz, obłuda i zakłamanie. Jak pojechał do Warszawy, to już z
niej nie wrócił.

I Pani babci zostały tylko wspomnienia chwil spędzonych wspólnie z mężem w lecie 1939 r., które spisała w pamiętniku.

– Babcia niestety nie skończyła tego pamiętnika, który był tak
naprawdę poświęcony mojej mamie. To prawda, że na jego kartach opisany
jest czas przedwojenny i późniejszy, gdy dziadek został awansowany na
dowódcę jednostki na Helu i babcia z mamą przyjechały do niego. Był to
trochę taki beztroski czas, zanim dowiedziano się, że może wybuchnąć
wojna. W pamiętniku przeplatają się czasy młodości babci z tym, co
później się wydarzyło. Jest m.in. wzmianka o tym, że nie mogła sobie
darować, iż nie zabrała ze sobą swojego ukochanego psa, który został na
Helu z dziadkiem i zginął od kuli. Babcia opisuje również swoją ucieczkę
stamtąd z córką, a także powrót do willi „Promiennej” już po
aresztowaniu dziadka. Wspomina, że była ona całkowicie zdewastowana, a
na maszcie przed nią wisiał miś mojej mamy.

Zachowały się jakieś pamiątki po dziadku?

– Epolety z munduru, sztylet, kutasik od szabli, listy, zdjęcia,
dokumenty i przede wszystkim historyczne zeszyty dziadka, które pisał w
oflagu. Jest ich pięć, opisuje w nich dzieje Marynarki Wojennej na
oceanach w wielu epokach. To wszystko znajduje się w Muzeum Obrony
Wybrzeża na Helu. Więcej osobistych rzeczy po dziadku nie mamy. Niestety
płaszcz mundurowy, który dziadek miał, został przerobiony, zwężony i
nosił go później mój tata, bo była wtedy bieda i nie było co na grzbiet
narzucić. Nasz dom był zdewastowany, pusty, z kulami w ścianach. Tego
płaszcza już nie ma. Jedyną dodatkową rzeczą, którą przywiozłam teraz od
mojej mamy ze Szwecji, jest zeszycik dziadka, w którym prowadził
dzienniczek wydarzeń wojennych z 32 dni obrony Helu. Pisze w nim, co
działo się tam każdego dnia, o której godzinie, wymienia nazwiska
żołnierzy, których działanie mniej czy bardziej pochwalał. Niestety,
pismo w tym zeszyciku zanika, treść niejako trzeba odtworzyć. Będziemy
to robić, bo za chwilę pismo zniknie i nie będzie wiadomo, co dziadek
tam zawarł. Ten zeszycik chcę pokazać m.in. panu dyrektorowi
Władysławowi Szarskiemu z Muzeum Obrony Wybrzeża na Helu, z którym
współpracuję.

Kiedy dowiedzieliście się, że komandor Zbigniew Przybyszewski może spoczywać na powązkowskiej Łączce?

– O Łączce długo nie wiedziałam, bo to, że może tam leżeć, to przez
lata były tylko domysły i spekulacje. Byłam pod pomnikiem, który został
tam wybudowany w 1991 roku. Przeczytałam nazwiska wypisane na murze,
złożyłam kwiaty, zapaliłam znicz. Ale nie przypuszczałam – bo nikt mi
tego wtedy jeszcze nie uświadomił – że być może chodzę po szczątkach
mojego dziadka. Gdy się później o tym dowiedziałam, było to dla mnie
traumatyczne przeżycie. Dopiero w ostatnich latach dosyć intensywnie
zaczęto mówić, że Łączka jest raczej pewnym miejscem. Jako wnuczka
komandora Przybyszewskiego byłam trochę od tego oddalona, tu bardziej
działał pan Witold Mieszkowski. Był na miejscu i wydeptał tam wszystkie
możliwe ścieżki, monitorował tę sprawę i był z nami w kontakcie.
Wcześniej moja babcia współpracowała z panią Mieszkowską, póki ta żyła, i
panią Staniewiczową, bo wspólnie podejmowały jakieś decyzje odnośnie do
poszukiwań.

Oddała Pani materiał genetyczny do porównań?

– Tak, to była mobilizacja całej rodziny. Oprócz mnie przekazała go
rodzina brata dziadka, materiał przesłała także moja mama ze Szwecji, bo
bardzo nam zależało na identyfikacji dziadka. Mama jest chora, w
Szwecji przebywa od ponad 30 lat. W sprawie pomocy odnalezienia miejsca
pochówku dziadka próbowała dzwonić nawet do prezydenta Komorowskiego i
jego poprzednika, niestety, nie udało jej się skontaktować.

Może Pani opisać radość z odzyskania dziadka?

– Po przesłaniu DNA czekałam na jego zidentyfikowanie, jednak
wydawało mi się to jeszcze bardzo odległe. Przeszło dwieście osób
zostało odnalezionych, lecz zidentyfikowano na razie tylko 28. Mamy
szczęście, że w ich gronie jest mój dziadek. Tego uczucia nie da się
opisać. Gdy zadzwonił do mnie z tą informacją prof. Krzysztof Szwagrzyk,
myślałam, że serce rozsadzi mi klatkę piersiową, tak mocno waliło.
Później przyszedł płacz, ścisk w gardle, w końcu ulga, że dziadek będzie
miał już swoje miejsce spoczynku, a my możliwość składania kwiatów na
jego prawdziwym grobie, a nie jak do tej pory przed upamiętniającymi go
tablicami. Cieszę się, że przyszło mi brać udział w tym ważnym dla
rodziny wydarzeniu.

Z kim przyjechała Pani do Belwederu na ceremonię przekazania not identyfikacyjnych?

– Z moim tatą. Przyjechali także bratankowie Ludwika
Przybyszewskiego, brata dziadka, z dziećmi, w sumie więc było nas siedem
osób. Moja córka nie mogła przyjechać, bo jej syn był chory. Cała
rodzina jest bardzo dumna z faktu, że miała takiego wspaniałego i
niezłomnego dziadka. Mój 11-letni wnuk Maciej należy do drużyny
harcerskiej Żołnierzy Niezłomnych, nosi dumnie na piersi znaczek
komandorski i rozpowszechnia historię o dziadku, w tym roku jego drużyna
pojedzie na Hel, by przemierzyć ścieżki związane z walkami 1939 r.,
zwiedzić muzeum i słynną baterię Laskowskiego. Drugi mój wnuk Michał
jest jeszcze malutki, ma 5 lat.

Podjęli już Państwo decyzję, gdzie spocznie dziadek?

– Serce podpowiada co innego, rozum co innego. Nie chciałabym jednak na ten temat się wypowiadać, póki nie podejmiemy decyzji.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

26. arch./- Na moskiewskim

zdjecie

arch./-

Na moskiewskim żołdzie

http://www.naszdziennik.pl/mysl/71636,na-moskiewskim-zoldzie.html

Szerszeń i Niedzielin,
funkcjonariusze Informacji Wojskowej, nazywanej we wspomnieniach
więźniów „UB do kwadratu”, uczestniczyli w tzw. sprawie komandorów,
czyli śledztwie i oskarżeniu trzech wybitnych oficerów Marynarki
Wojennej, bohaterów obrony Wybrzeża w roku 1939, zamordowanych w grudniu
1952 r. w piwnicy więzienia mokotowskiego. Przeżyli wojnę w niemieckim
oflagu. Nie przeżyli Polski sowieckiej w jej najgorszym, stalinowskim
wydaniu: kmdr Stanisław Mieszkowski (zm. 16 XII 1952), kmdr Jerzy
Staniewicz (zm. 12 XII 1952), kmdr Zbigniew Przybyszewski (zm. 16 XII
1952).

Jerzy (Jurij) Szerszeń, urodzony w roku 1919, pochodził z miasta
Brody w województwie lwowskim. Jego ojciec był maszynistą kolejowym,
pracował w PKP, matka była bez zawodu.

Pod sowiecką okupacją pracował jako operator dźwigu na stacji
kolejowej w Złoczowie. 15 marca 1941 r. został wcielony do Armii
Czerwonej, gdzie służył do 3 czerwca 1943 roku. Musiał wykazywać znaczną
gorliwość w tej służbie, ukończył bowiem Szkołę Młodszych Lejtnantów
Inżynieryjno-Saperskich w Moskwie. Pasjonował się najwidoczniej nie
tylko robotami saperskimi, skoro zainteresowało się nim NKWD.

Sowieci szukali ludzi sobie oddanych, którzy mieli polskie korzenie.
Chodziło o to, by podczas nowej okupacji Polski mieć do dyspozycji
sowieciarzy mówiących po polsku i stwarzających wrażenie, że to, co
robią, jest w interesie Polski. Wywiad AK nazwał dosadnie takich ludzi
POP-ami, to znaczy pełniącymi obowiązki Polaków.

Ubowiec „do kwadratu”

Szerszeń został skierowany do wojska „ludowego”. Był dowódcą plutonu w
1. Samodzielnym Batalionie Saperów – w 1. Warszawskiej Dywizji Piechoty
im. Tadeusza Koś- ciuszki. Prawdopodobnie saper Szerszeń od początku
sposobił się do robót zgoła niesaperskich, za to wymagających pełnej
lojalności wobec Związku Sowieckiego, przygotowującego się do okupacji
całej Polski. Już w momencie powstawania 1. Dywizji Piechoty wojska
„ludowego” tworzono w niej organa złowieszczej Informacji Wojskowej,
kontrolowane i kierowane przez sowiecki kontrwywiad wojskowy Smiersz
(rosyjski skrótowiec od wyrażenia „śmierć szpionom”).

Formalnie pracę w Głównym Zarządzie Informacji wojska „ludowego”
rozpoczął Szerszeń w sierpniu 1947 r., pozostając tam aż do 6 września
1956 roku. Był zastępcą szefa Zarządu Informacji Okręgu Pomorskiego
(listopad 1947 – czerwiec 1949), szefem Zarządu Informacji Okręgu
Pomorskiego (maj 1948 – maj 1949), szefem Zarządu Informacji Lotnictwa
(maj 1949 – lipiec 1949), szefem Zarządu Informacji Warszawskiego Okręgu
Wojskowego (lipiec 1949 – sierpień 1951), szefem Zarządu Marynarki
Wojennej (Okręgowy Zarząd Informacji Nr 8 w Gdyni, lipiec 1951 – maj
1954), szefem Oddziału I Głównego Zarządu Informacji (od maja 1954 r. do
zniesienia GZI). 2 sierpnia 1967 r. został przeniesiony do rezerwy.

Komandor Edward Obertyński tak opisywał po latach Szerszenia:
„Kierownikiem Wydziału Informacji Okręgowej był płk Jerzy Szerszeń, z
pochodzenia Żyd. Będąc człowiekiem porywczym i ’pasjonatem’, lubił
popisywać się przed oskarżonymi Jerzy (Jurij) Szerszeń jako ’pałkownik’
wojska ’ludowego’ swoją władzą. Podejrzliwy i nieufny, umiał podejść
przesłuchiwanego zaskakującymi pytaniami, choć rzadko włączał się
osobiście do przesłuchań. Nadzorował je jednak i wydawał ’wskazówki’,
ukierunkowujące odpowiednie ’metody śledcze’. Po zwolnieniu z Marynarki
pracował przez krótki czas w Krakowie, gdzie poza pracą zawodową był
szefem organizacji syjonistycznej”.

Jako szef gdyńskiego OZI Nr 8 Szerszeń nadzorował wszystkie okrutne
śledztwa, które prowadziła ta jednostka. Jego ofiarami – poza
wymienionymi trzema komandorami, byli także m.in. kmdr Marian
Wojcieszek, kmdr ppor. Zbigniew Węglarz, kmdr por. Wacław Krzywiec, kmdr
Grzegorz Jung, kpt. mar. Henryk Siedlecki, st. bosman Józef Pawlik, st.
bosman Bernard Palacz, bosman Edmund Sterna (prawdopodobnie podczas
egzekucji 21 listopada 1952 r. Szerszeń osobiście go zabił), bosmanmat
Stefan Półrul (skazany na śmierć i stracony), Henryk Haponiuk, Bolesław
Tarnowski, Jan Chołuj, Tadeusz Rakowski, por. Arkadiusz Ignatowicz i
marynarze ORP „Żuraw”. Ze względu na „metody śledcze” gdyńskiej
Informacji Wojskowej, nazwiska Szerszenia, Niedzielina i innych
funkcjonariuszy tej jednostki stały się na Wybrzeżu symbolami
sowieckiego okrucieństwa w powojennej Polsce.

Wojsko „polskie” dbało zawsze o zasłużonych towarzyszy – oprawców
polskich patriotów. W roku 1963 Szerszeń został skierowany na Wyższy
Kurs Akademicki Wojskowej Akademii Logistyki i Transportu w
Leningradzie. Jak wynika z dokumentów, zakończył go z wynikiem
celującym. Dyplom podpisał gienierał pałkownik Milovskij.

 

Towarzysz Niedzielin

W świetle wspomnień więźniów politycznych, przesłuchiwanych przez
gdyński OZI Nr 8, był to jeden z najokrutniejszych „śledczych”.
Osobiście uczestniczył w „śledztwach” przeciwko trzem straconym w
więzieniu mokotowskim komandorom oraz innym oficerom i marynarzom.

Eugeniusz Niedzielin urodził się 21 sierpnia 1916 r. w Kolonii
Izaaka, w gminie Odelsk, w powiecie Sokółka (Białostockie). Fatalny
wpływ na syna miał jego ojciec Włodzimierz czy raczej Władymir, który
był w latach 1929-1938 członkiem nielegalnej, agenturalnej KPP. Od roku
1945 członek Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików)!
Niedaleko padło jabłko od jabłoni.

Niedzielin służył w 2. armii wojska „ludowego”, w artylerii. W
październiku 1944 r. został skierowany do Wyższej Szkoły Artylerii w
Leningradzie. To „skierowanie” miało zapewne związek z „tradycjami”
rodzinnymi, uznano go za człowieka godnego zaufania władzy sowieckiej.

Po powrocie do Polski pełnił obowiązki dowódcy II Dywizjonu 35. Pułku
Artylerii Lekkiej 13. Dywizji Piechoty w 2. armii wojska „ludowego”. Po
rozwiązaniu pułku w styczniu 1946 r. został przeniesiony do służby w
Głównym Zarządzie Informacji wojska „ludowego”. Tam „pracował” aż do
lutego 1954 roku.

Henryk Haponiuk, marynarz, bliski przyjaciel skazanego na śmierć i
zamordowanego marynarza Stefana Półrula, członka Polskiej Organizacji
Podziemnej „Wolność”, tak wspominał „śledztwo” kierowane przez
Niedzielina: „W dzień w celi nie dali spać, musiałem stać. Jak omdlałem i
przewróciłem się, to mnie wodą polewali i ciągali za nogi do piwnicy
(…). Odmawiałem podpisu i nie przyznawałem się do zarzutów. Każda odmowa
to było bicie, kopanie, wyzywanie całej mojej rodziny od najgorszych
bandytów. Byłem u kresu sił. Przyszedł na śledztwo Niedzielin, z gotowym
protokołem do podpisu. Byłem tak wymęczony, że w celi brudy na ścianach
i na suficie wydawały mi się malowidłami wybitnych malarzy… Prosiłem
Pana Boga, żeby dał mi siłę wytrzymać tortury i zmęczenie. Niedzielin
polecił zabrać mnie do ’nagrzewania’. Na korytarzu była kabina. Na
ścianie, w jednym rzędzie poziomo, wmontowane były trzy lampy 500 W.
Wprowadzono mnie i zapalono żarówki koloru czerwonego, zielonego i
białego. Dostałem tak silnego bólu głowy, jakby wbijano mi szpilki w
oczy i twarz. Nie wiedziałem, co się ze mną dzieję. Oprzytomniałem w
celi, po jakimś czasie. Od tej pory nie wiedziałem, czy to dzień, czy
noc”.

Krzysztof Dziadziuszko, historyk

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

27. Zapal znicz dla bohatera

Dzięki specjalnej mapie, na której zaznaczono
Miejsca Pamięci Żołnierzy Wyklętych, każdy z nas może zapalić znicz
bohaterom, którzy swoje życie poświęcili dla dobra Ojczyzny.


zdjecie

Mapa Miejsc Pamięci Żołnierzy Wyklętych z zaznaczonymi pomnikami,
tablicami, grobami i innymi miejscami związanymi z historią
antykomunistycznego podziemia niepodległościowego powstała specjalnie po
to, by w dzień Wszystkich Świętych  pamiętać w modlitwie, a także
zapalić symboliczne światło bohaterom, którzy swoje życie oddali za
wolną i niepodległą Polskę.

Akcja „Zapal znicz dla bohatera”, której organizatorem jest Fundacja
Tradycji Miast i Wsi, ma na celu uczczenie pamięci także tych, którzy za
nas walczyli w obronie Polski.

Jak podkreśla Fundacja, akcja „Zapal znicz dla bohatera” jest bardzo
prosta. „Kup znicz. Taki mały, symboliczny. Znajdź na mapie Miejsce
Pamięci najbliżej siebie i ten znicz zapal. Zostań na chwilę, zmów
modlitwę i pokaż, że pamiętamy”.

Na mapie Miejsc Pamięci zaznaczone są takie miejsca, m.in. Krotoszyn,
gdzie znajduje się  zbiorowa mogiła żołnierzy z oddziału por. Zygmunta
Borostowskiego ps. „Bora”, Szczyrk – pomnik żołnierzy VII Okręgu
Narodowych Sił Zbrojnych Zgrupowania „Bartka”, Sopoćkinie – krzyż
upamiętniający polskie podziemie niepodległościowe.

Tutaj dostępna jest mapa.

https://maps.google.com/maps/ms?msid=215262933966604593613.0004d678442a2...

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

28. Admirał Józef Unrug, Polak pierwszego sortu

http://giz3.salon24.pl/688205,admiral-jozef-unrug-polak-pierwszego-sortu

Admirał Józef Unrug, Polak pierwszego sortu
Na
koniec przypomnę, że 22 października 2012 r. w zamku Montresor w
Francji w wieku 82 lat zmarł Horacy Unrug, jedyny syn wiceadmirała
Józefa Unruga, współtwórcy Polskiej Marynarki Wojennej. Horacy Unrug, po
upadku komunizmu, wielokrotnie odwiedzał Polskę, szczególnie bliskie
były jego związki z Gdynią. Polska Marynarka Wojenna starała się o
sprowadzenie prochów admirała do Gdyni. Jednak Horacy Unrug wielokrotnie
przypominał - 
Ojciec
zastrzegł sobie, żebym nie dopuścił do tego, żeby był przeniesiony do
Polski, dopóki jego koledzy zamordowani w okresie stalinowskim nie
dostaną przynajmniej takiego samego pogrzebu jak on
. Nie
wiadomo jednak, gdzie są potajemnie pochowane ciała pomordowanych
oficerów Marynarki Wojennej II RP. Możliwe więc, że admirał Unrug
pozostanie w Montresorze na wieki.

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

29. Biuro Bezpieczeństwa

Biuro Bezpieczeństwa Narodowego: Prochy dowódcy Obrony Wybrzeża powrócą do Polski

Biuro Bezpieczeństwa Narodowego podjęło starania, aby w setną
rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, a także powstania
Marynarki Wojennej RP, sprowadzić z Francji do Polski prochy ostatniego
dowódcy Floty i Obrony Wybrzeża z 1939 r. wiceadmirała Józefa Unruga.


Przedsięwzięciu towarzyszyć ma szereg inicjatyw zmierzających do odnalezienia, przywrócenia pamięci i oddania hołdu podkomendnym wiceadmirała J. Unruga, oficerom Marynarki Wojennej RP straconym bądź represjonowanym przez komunistyczne władze po zakończeniu II wojny światowej.

4 lipca br. w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego odbyło się pierwsze spotkanie komitetu odpowiedzialnego za sprowadzenie prochów oraz upamiętnienia. W jego skład weszli m.in.: wnuczka wiceadmirała Barbara Unrug, dr Witold Mieszkowski, ks. Piotr Staniewicz, sekretarz stanu w MSZ Jan Michał Dziedziczak, sekretarz stanu w MKiDN Jarosław Sellin, kierownik Uds.KiOR Jan Józef Kasprzyk, prezydent Gdyni Wojciech Szczurek, inspektor Marynarki Wojennej kadm. Mirosław Mordel, adm. floty Tomasz Mathea oraz przedstawiciel IPN. Przewodniczącym komitetu został szef BBN minister Paweł Soloch, a jego zastępcą minister Jarosław Brysiewicz.

Zgodnie z intencją rodziny prochy wiceadmirała J. Unruga pochowane mają zostać na cmentarzu Marynarki Wojennej w Gdyni w 2018 r. Rok wcześniej, w tym samym miejscu, odbyć miałby się uroczysty pochówek prochów podwładnych wiceadmirała – kontradmirała Stanisława Mieszkowskiego, komandora Zbigniewa Przybyszewskiego i komandora Jerzego Staniewicza – których szczątki odnaleziono po latach na warszawskich Powązkach.

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

30. Powrót admirała

Powrót admirała

Prochy bohaterskiego obrońcy Wybrzeża z 1939 r. admirała Józefa Unruga wrócą do Ojczyznyzdjęcie

Z racji zbliżającej się setnej rocznicy
odzyskania przez Polskę niepodległości oraz powstania Marynarki Wojennej
Biuro Bezpieczeństwa Narodowego postanowiło „sprowadzić z Francji do
Polski prochy ostatniego dowódcy Floty i Obrony Wybrzeża z 1939 r.
wiceadmirała Józefa Unruga”.

Jego prochy zostałyby pochowane 2 października 2018 r. na cmentarzu
Marynarki Wojennej w Gdyni-Oksywiu „zgodnie z intencją rodziny”. Rok
wcześniej, również 2 października na Oksywiu odbyłby się „uroczysty
pochówek prochów podwładnych wiceadmirała – kontradmirała Stanisława
Mieszkowskiego, komandora Zbigniewa Przybyszewskiego i komandora Jerzego
Staniewicza – których szczątki odnaleziono po latach na warszawskich
Powązkach”.

– Była to wola admirała i zgodnie z tą wolą postępujemy – podkreśla dr
Witold Mieszkowski, syn zamordowanego w okresie stalinowskim komandora
Stanisława Mieszkowskiego, powojennego dowódcy Marynarki Wojennej.

Artykuł opublikowany na stronie: http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/161427,powrot-admirala.html

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

31. W przeddzień Święta Wojska

W przeddzień Święta Wojska Polskiego prezydent Andrzej Duda awansował pośmiertnie na stopień generała broni Władysława Jędrzejewskiego; generała brygady - Władysława Liniarskiego i Mariana Orlika. Stanisław Artur Mieszkowski został mianowany kontradmirałem.

Kmdr Stanisław Artur Mieszkowski urodził sią w 1903 r. Był komandorem Marynarki Wojennej. Jako ochotnik wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej.

 

W 1924 r. zgłosił się do Oficerskiej Szkoły Marynarki Wojennej, którą skoczył trzy lata później w stopniu podporucznika.

 

W trakcie wojny obronnej w 1939 r. brał udział w obronie wybrzeża
Zatoki Gdańskiej, a po wyokrętowaniu załogi kanonierki „Generał Haller”
na Helu dowodził obroną półwyspu. Okupację niemiecką spędził w obozach
jenieckich. Po zakończeniu wojny w 1945 roku,  rozpoczął służbę w
Głównym Urzędzie Morskim otrzymując stanowisko kapitana portu w
Kołobrzegu. Na początku 1946 r. skierowany do odtwarzanej w Gdyni
Marynarki Wojennej.

 

Od 1947 r. był szefem Sztabu Głównego Marynarki Wojennej, zaś 15 listopada 1949 r. został dowódcą Floty.

 

Aresztowano go 20 października 1950 r. pod nieprawdziwym zarzutem
szpiegostwa w ramach operacji kontrwywiadowczej wymierzonej
w tzw. „spisek komandorów”. Sądzony przed Najwyższym Sądem Wojskowym w
Warszawie, został stracony 16 grudnia 1952 r.

 

Szczątki ś.p. kmdr. Stanisława Mieszkowskiego zostały odnalezione
przez zespół IPN pod kierownictwem prof. Krzysztofa Szwagrzyka w
kwaterze „Ł” Cmentarza Wojskowego na Powązkach w Warszawie

http://www.prezydent.pl/aktualnosci/wydarzenia/art,709,prezydent-mozemy-...

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

32. Honory dla admirała Jesienią

Honory dla admirała

Jesienią odbędzie się na Oksywiu uroczysty pogrzeb trzech komandorów

ROZMOWA z dr. Witoldem Mieszkowskim, synem kontradmirała Stanisława Mieszkowskiego

Odebrał Pan wraz z rodziną z rąk prezydenta Andrzeja Dudy pośmiertną nominację Pańskiego Ojca na kontradmirała.

– Pamiętnego dla nas sierpniowego wieczoru na Powązkach, w przeddzień Święta Wojska



Pełna treść artykułu dostępna na stronie:
http://wp.naszdziennik.pl/2017-08-22/277573

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

33. Komandorzy zamordowani przez

avatar użytkownika gość z drogi

34. i na tym również polega Dobra Zmiana

Cześć Ich Pamięci

gość z drogi

avatar użytkownika Maryla

35. @gość z drogi

wracają ze świata i bezimiennych dołów do wolnej Polski, część Ich pamięci!

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika gość z drogi

36. szanowna Pani Prezes

to również nasi Orędownicy w Niebie/przepiękne i mądre zdanie/
część Ich pamięci!"
Witajcie więc w Naszej i Waszej Polsce
wieczne odpoczywanie racz IM dać Panie i niech Im się śni Wolna Polska

gość z drogi

avatar użytkownika Maryla

37. Komandorzy wracają do

Komandorzy wracają do Gdyni
16.12.2017 na Oksywiu uroczystość pochowania szczątków Komandorów

Przez lata miejsce ich spoczynku pozostawało nieznane. Teraz
doczekają się uroczystego pogrzebu z udziałem przedstawicieli władz
państwowych i wojska. 16 grudnia na cmentarzu w Gdyni-Oksywiu zostaną
pochowani komandorzy: Stanisław Mieszkowski, Jerzy Staniewicz i Zbigniew
Przybyszewski. To oficerowie, którzy w 1952 roku zostali straceni w
komunistycznym więzieniu.

Pogrzeb trzech oficerów marynarki wojennej odbędzie się po 65
latach od ich śmierci. – Na ten moment czekałem niebywale długo. Przez
lata mama i ja nie mogliśmy uwierzyć, że ojciec został zamordowany.
Kiedy straciliśmy nadzieję, przyszło nam żyć ze straszną świadomością,
że nawet nie wiemy, gdzie został pochowany – podkreśla Witold
Mieszkowski, syn jednego z zamordowanych oficerów. 16 grudnia, dokładnie
w rocznicę egzekucji, szczątki jego ojca spoczną na Cmentarzu Marynarki
Wojennej w Gdyni-Oksywiu.

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

38. Pogrzeb komandorów Za tydzień

Pogrzeb komandorów

Za tydzień na Pomorzu pożegnamy trzech komandorów: Stanisława Mieszkowskiego, Jerzego Staniewicza i Zbigniewa Przybyszewskiego

W tym roku mija 65 lat od chwili, gdy
zostali zamordowani przez władze komunistyczne po pokazowych procesach.
Uroczystości pogrzebowe odbędą się w dniach 15-16 grudnia. Weźmie w nich
udział prezydent Andrzej Duda. – Pogrzeb będzie miał charakter
państwowy. Na wszystkich jednostkach marynarki będzie wielka gala
banderowa – podkreśla ksiądz komandor Zbigniew Rećko z Ordynariatu
Polowego Archidiecezji Gdańskiej, proboszcz parafii garnizonowej w
Gdyni-Oksywiu.

– Uroczystość jest dwudniowa. Pierwsza część jest związana z Helem,
gdzie służyli komandorzy. W tamtejszym kościele będą wystawione trumny
oficerów, potem nastąpi ich przemieszczenie w kondukcie do portu na
Oksywiu. Następnego dnia zostanie odprawiona Msza św. pogrzebowa w
kościele garnizonowym – mówi nam ks. Rećko. Eucharystii ma przewodniczyć
biskup polowy Wojska Polskiego ks. Józef Guzdek.

Spodziewany jest udział delegacji z różnych miejsc w kraju. Uroczystości
przygotowały: Komitet Organizacyjny z udziałem rodzin komandorów, BBN,
IPN, MON, MSZ, MKiDN i UdsKiOR.

„Wyrażamy ogromną radość z faktu, że ten symboliczny powrót marynarzy
nad Bałtyk, ich pochówek oraz uroczyste otwarcie Kwatery Pamięci na
gdyńskim Oksywiu będą nierozerwalnie łączyły się z obchodzoną w 2018
toku rocznicą 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości, a tym
samym 100-lecia odtworzenia Marynarki Wojennej” – podkreśla Paweł
Soloch, szef BBN, w zapowiedzi wydarzenia.


Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

39. Pogrzeb po 65 latach

https://www.salon24.pl/u/nanofiber/828546,pogrzeb-po-65-latach


No cóż, prokuratorze, dowodów nie ma,

ale my sędziowie nie od Boga.

I bez dowodów zasuniemy karę śmierci, jak trzeba.

(wypowiedź jednego z sędziów z lat PRL)

 

65 lat temu w grudniu 1952 r. w więzieniu na
warszawskim Mokotowie rozstrzelani zostali oficerowie Marynarki
Wojennej: komandor Stanisław Mieszkowski (1903-1952) - dowódca floty,
komandor Jerzy Staniewicz (1903-1952) - szef wydziału MW Sztabu
Generalnego, i komandor Zbigniew Przybyszewski (1907-1952) - szef
Artylerii MW. Zostali oni skazani w tzw. procesie komandorów (17-21
lipca 1952 r.) - tak w literaturze historycznej nazywa się komunistyczną
zbrodnię popełnioną na oficerach polskiej Marynarki Wojennej.
Stanisława Mieszkowskiego, Jerzego Staniewicza,  Zbigniewa
Przybyszewskiego – oficerów, którzy bohatersko bronili Helu w 1939 r.,
którzy kilka lat spędzili w obozach jenieckich, a po wojnie zdecydowali
się na powrót do słuzby wojskowej, fałszywie oskarżono o zbrodnię stanu,
udział w spisku mającym na celu obalenie siłą ustalonych ustawowo
organów władzy państwowej oraz o szpiegostwo.

Proces komandorów był jednym z 48 procesów
związanych z tzw. procesem generałów czyli pokazowym procesem generałów i
oficerów WP przeprowadzonym od 31 lipca do 31 sierpnia 1951 roku w
Warszawie. Procesy te, zwane „procesami odpryskowymi” miały zaświadczyć o
szerokim, rozgałęzionym spisku w Siłach Zbrojnych. W procesie głównym, w
którym oskarżonym postawiono zarzuty: utworzenia w WP konspiracyjnej
organizacji („spisek w wojsku”) dążącej do obalenia władzy PZPR,
współpracy z wywiadami Wielkiej Brytanii i USA, zostali skazani:
generałowie — Franciszek Herman, Jerzy Kirchmayer, Stefan Mossor,
Stanisław Tatar (dożywotnie więzienie), pułkownicy — Marian Jurecki,
Stanisław Nowicki, Marian Utnik (15 lat więzienia), mjr Władysław Roman
i komandor podporucznik Szczepan Wacek (12 lat).

Materiały śledcze z „procesu generałów”, a przede
wszystkim zeznania niektórych podejrzanych (Mossor, Kirchmayer, Roman)
wskazały na 200 – 300 rzekomych członków organizacji spiskowej. Około
100 tych wskazanych osób zostało aresztowanych i poddanych brutalnemu
śledztwu.

W latach 1951–54 przed Najwyższym Sądem Wojskowym,
Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie, Wojskowym Sądem Okręgowym w
Warszawie i Sądem Marynarki Wojennej w Gdyni stanęło 86 oficerów.
Wszystkich oskarżono i skazano za rzekomo udowodnioną działalność
spiskową i szpiegostwo na rzecz jednego z mocarstw zachodnich podczas
niejawnych, reżyserowanych przez Informację Wojskową procesów –
orzeczono 40 kar śmierci (wykonano 20), 8 kar dożywotniego więzienia, 37
kar więzienia dlugoletniego (8 – 15 lat). Jednego z oskarżonych
uniewinniono (w 1954 r.).  Podczas odbywania kary więzienia zmarło 2
oficerów, wielu zaś upuściło więzienie ze zrujnowanym zdrowiem na skutek
nieludzkich warunków panujących więzieniach.

Na listopadowym plenum KC PZPR w 1949 roku i na
odbytej w tym samym miesiącu naradzie centralnego aktywu
dowódczo-partyjnego, stwierdzono, że Marynarka Wojenna, będąc
najmłodszym członem sił zbrojnych, jest najbardziej zachwaszczona wrogim
i obcym elementem. Występujący na naradzie w imieniu centralnych władz
partyjnych Edward Ochab powiedział m.in.: "nie czas na liberalizm (...), a audycje BBC trzeba traktować tak, jak w czasie wojny traktowano audycje hitlerowskie". Podsumowując naradę, szef Głównego Zarządu Polityczno - Wychowawczego WP generał brygady Mieczysław Wągrowski nakazywał: "na
terenie Marynarki Wojennej od góry do dołu należy wytworzyć
nieustępliwość wobec wrogów, wytworzyć stałą czujność i zwalczać wroga
na wszystkich odcinkach"
.

W kwietniu 1950 roku major Władysław Roman, pod
wpływem tortur w śledztwie zeznał, że w ramach konspiracyjnych struktur
"centralnego spisku" w wojsku, przygotowującego zbrojne wystąpienie
przeciwko władzy ludowej, działa jego odgałęzienie w Marynarce Wojennej.
Rzekomy spisek miał nosić kryptonim "Alarm”, a w skład kierownictwa tej
rzekomej struktury wg wyjaśnień mjra Romana złożonych 4 kwietnia 1950
roku, wchodzili: kmdr Mieszkowski, kmdr Przybyszewski, kmdr Staniewicz i
kmdr Wojcieszek. Zeznania mjra Romana zostały uzupełnione przez złożone
12 czerwca 1950 r. zeznania gen. Kirchmayera na temat początków
rzekomej konspiracji w Marynarce Wojennej.  Inspiratorem tej zbrodniczej
intrygi był sowiecki pułkownik w polskim mundurze Antoni Skulbaszewski,
zastępca szefa Głównego Zarządu Informacji, który nadzorował śledztwo
prowadzone przez Główny Zarząd Informacji WP. Niektóre operacje śledcze
wykonywał Zarząd Informacji Marynarki Wojennej kierowany przez kmdra
Jerzego Szerszenia (doradca sowiecki – kmdr por. Nikołaj Prystupa).

Informacja Wojskowa Marynarki Wojennej oraz Główny
Zarząd Informacji WP otrzymały polecenie wykrycia i ukarania winnych,
którzy mieli szpiegować na rzecz krajów kapitalistycznych oraz dążyć do "obalenia siłą ustalonych ustawowo organów władzy państwowej".
Aresztowano siedmiu wyższych oficerów marynarki: kmdr. Stanisława
Mieszkowskiego (dowódcę Floty), kmdr. Mariana Wojcieszka (szefa Sztabu
Głównego MW), kmdr. Jerzego Staniewicza (szefa Wydziału MW w Sztabie
Generalnym), kmdr. por. Zbigniewa Przybyszewskiego (zastępcę szefa
Wydziału Marynarki Wojennej w Sztabie Generalnym), kmdr. por. Roberta
Kasperskiego (szefa sztabu Floty), kmdr. Wacława Krzywca i kmdr. por.
Kazimierza Kraszewskiego. Wymienieni oficerowie w okresie międzywojennym
służyli w Marynarce Wojennej. We wrześniu 1939 r. walczyli na Helu. W
październiku po kapitulacji dostali się do niewoli niemieckiej. Od
wiosny 1940 r. do stycznia 1945 r. przebywali w oflagu II C Woldenberg.
Po zakończeniu wojny powrócili do Polski i rozpoczęli służbę w
odbudowywanej Marynarce Wojennej.

Aresztowania komandorów rozpoczęły się 18 września
1950 roku i trwaly do 11 grudnia 1951 roku. Początkowo aresztowani
oficerowie trafili do więzienia Informacji w Gdyni, gdzie poddano ich
pierwszym torturom mającym na celu przyznanie się do winy. Następnie
przewieziono ich do więzienia w Warszawie. 

Zatrzymani oficerowie byli traktowani niesłychanie brutalnie w areszcie i
podczas przesłuchań. Kmdr pppor Krzywiec, w liście napisanym 29 grudnia
1955 roku w więziennym szpitalu i zaadresowanym do KC PZPR, napisał:

W okresie najcięższym w moim życiu, będąc
zupełnie załamanym, wyniszczonym moralnie i fizycznie utraciłem wiarę w
sprawiedliwość, praworządność, uczciwość; w ogóle ludzi i samego siebie.
Zostałem doprowadzony do stanu skrajnego upodlenia, skoro zeznawałem na
innych i samego siebie same kłamstwa, bzdury sugerowane, perfidnie mi
podpowiadane w czasie śledztwa. [...] oświadczam z całą stanowczością,
że tchórzostwem lub chęcią ratowania siebie ani przez chwilę się nie
kierowałem. Pod naciskiem władz śledczych powstawała historia, która
nigdy nie miała  miejsca;  oskarżałem przede wszystkim siebie, innych
też. Inni jako współoskarżeni i jako świadkowie
tez składali na mnie fałszywe zeznania
”.

Równie brutalnie traktowano w śledztwie kmdra
Wojcieszka – całymi dniami trzymany był bez ruchu w jednej pozycji,
sypiał do kilkunastu minut na dobę, dostając minimalne ilości
pożywienia. Swój stan z tego okresu tak opisywał w liście do KC PZPR z 2
września 1955 roku:

„Pod koniec miesiąca dolne kończyny, siedzenie,
oczy, gardło, struny, głosowe, język, a przede wszystkim umysł przestały
funkcjonować. Nogi nabrzmiałe od opuchlizny, nabrzmiałe gruczoły w
gardle. Na siedzeniu odciski nie pozwalające siedzieć bez ruchu.
Zmęczenie wzroku takie, że przed sobą widziałem nie istniejące w świecie
przeźroczyste rośliny i walące się na mnie wszystko, co mnie otacza. W
głowie szum, ucisk i takie ogłupienie, że na zrozumienie najprostszych
zdań potrzebowałem czasu. Stać bez oparcia nie mogłem, gdyż prądy
bezsenności zwalały mnie z nóg. Stale zapadałem w halucynacje i
przemijające początki obłąkania”.

W takim stanie przewieziono go do Głównego Zarządu
Informacji Wojskowej WP w Warszawie, gdzie po kilku dniach lepszego
traktowania ponownie doprowadzono go stanu halucynacji i obłąkania. „W
swym zamroczonym  umyśle dochodziłem do przekonania, ze jedyne wyjście z
sytuacji, to potwierdzenie tego, czego ode mnie żądają, niezależnie
od stanu faktycznego.”

W okresach, kiedy wobec oskarżonych nie stosowano
psychicznych i fizycznych tortur, najczęściej odwoływali swoje zeznania.
Wówczas śledczy ponownie wracali do stosowanych wcześniej metod.

Po długim i brutalnym śledztwie niektórzy
z oskarżonych przyznali się do winy, ale w toku dalszego procesu
odwołali swe zeznania.

Do żadnych przestępstw nie przyznawał się w
śledztwie kmdr por. Kacperski. Na wszystkie pytania śledczych odpowiadał
niezmiennie – nic nie wiem, nic nie robiłem, nie mam nic do
powiedzenia, nie należałem do żadnej organizacji, nie prowadziłem
wywiadu i nie mam z tym nic wspólnego.

Śledztwo zakończyło się formalnie 8 lipca 1952
roku, kiedy naczelny prokurator wojskowy wydal postanowienie o
zatwierdzeniu akty oskarżenia.

Proces komandorów czyli „grupy kierownictwa
konspiracji marynarki wojennej” rozpoczął się 15 lipca 1952 roku przed
Najwyższym Sądem Wojskowym w Warszawie. Składowi sędziowskiemu
przewodniczył sędzia płk Piotr Parzeniecki.

W akcie oskarżenia odczytanym przez kmdra Leonarda
Azarkiewicza stwierdzano m.in., że kmdr por. Przybyszewski i kmdr por.
Kasperski już na początku 1946 r. zorganizowali w Szkole Specjalistów
Morskich tzw. grupę bojową, która miała za zadanie „współdziałać z interwentami imperialistycznymi w wypadku starcia zbrojnego pomiędzy obozem socjalizmu a imperializmu”.
Dołączyć miał do nich kmdr Mieszkowski. Wymienionym oficerom zarzucono
stworzenie w Marynarce Wojennej dywersyjno-szpiegowskiej organizacji, „mającej na celu walkę o obalenie władzy ludowej”. Przyłączyć się miał do niej również kmdr Staniewicz.

Podobne „grupy bojowe” miały powstawać w innych
jednostkach Marynarki Wojennej, m.in. w dywizjonie ścigaczy. W kwietniu
1947 r. nastąpić miało nawiązanie współpracy pomiędzy „konspiracją marynarską” a centralną konspiracją w Wojsku Polskim, wówczas to spotkać się mieli kmdr Mieszkowski i gen. Józef Kuropieska.

Akt oskarżenia zarzucał także kmdr Mieszkowskiemu,
kmdr por. Przybyszewskiemu, kmdr por. Kasperskiemu, kmdr ppor.
Krzywcowi, kmdr por. Kraszewskiemu i kmdr Staniewiczowi działalność
„dywersyjno-szpiegowską”, do której zwerbować ich miał w październiku
1947 r. kmdr por. Tadeusz Perdzyński.

15 lipca pierwszy wyjaśnienia składał kmdr por.
Przybyszewski, po nim zaś kmdr ppor. Krzywiec i kmdr Mieszkowski.
Następnie zeznawali kmdr Wojcieszek, kmdr por. Kacperski, kmdr
Staniewicz i kmdr Kraszewski.

Świadkami oskarżenia byli: kmdr Tadeusz Perdzyński,
mjr Władysław Roman, ppłk Stanisław Zaleski, kpt. Henryk Siedlecki i
bosm. Marian Wojtkowiak.

Rozprawa sądowa trwała do 19 lipca, wyrok ogłoszono
31 lipca. Kmdr Marian Wojcieszek, kmdr por. Zbigniew Przybyszewski,
kmdr Stanisław Mieszkowski, kmdr por. Robert Kasperski i kmdr Jerzy
Staniewicz skazani zostali karę śmierci. Kmdr ppor. Wacław Krzywiec i
kmdr por. Kazimierz Kraszewski na karę dożywotniego więzienia. Sąd nie
dał wiary wyjaśnieniom, a ścisłe rzecz biorąc zaprzeczeniom kmdra por.
Kasperskiego. Obronę kmdra Wojcieszka sąd potraktował jako niewiarygodną
i „mająca charakter prowokacji”. Jako uzasadnienie wyroków śmierci dla
komandorów Mieszkowskiego, Przybyszewskiego i Staniewicza  podano
„kierowniczą role w zbrodniczej działalności” a także „znaczną aktywność
w organizowaniu zdrady i szpiegostwa”.

Kilka dni po ogłoszeniu wyroku skazani, z wyjątkiem
kmdr por. Przybyszewskiego, napisali prośby o rewizję wyroków do
Zgromadzenia Sędziów Najwyższego Sądu Wojskowego. Zwrócili się także z
prośbą o łaskę do Prezydenta RP. Kmdr por. Kasperski i kmdr Wojcieszek
nie przyznawali się do zarzucanych im czynów. Pozostali skazani
tłumaczyli się nieświadomością szkodliwości swoich działań, deklarowali
również chęć dalszej pracy dla Polski Ludowej.

Zgromadzenie Sędziów Najwyższego Sądu Wojskowego
potwierdziło zasadność wydanego wyroku, nie widząc podstaw dla
złagodzenia kary.

Prezydent RP, Bolesław Bierut, 19 listopada 1952 r.
zamienił kmdr por. Kasperskiemu i kmdr Wojcieszkowi orzeczoną karę
śmierci na karę dożywotniego więzienia, natomiast nie skorzystał z prawa
 łaski wobec kmdra Mieszkowskiego, kmdra Staniewicza i kmdra por.
Przybyszewskiego.

Zostali zastrzeleni w mokotowskim więzieniu – kmdr
Staniewicz 12 grudnia 1952 r., a kmdr por. Przybyszewski i kmdr
Mieszkowski 16 grudnia 1952 r. Ich ciała wrzucono do dołów śmierci na
cmentarzu powązkowskim. Rodziny nie zostały poinformowane o miejscu
pochówku.

Komandor Wacław Krzywiec, zwolniony warunkowo z więzienia w lutym 1956 r. z powodu złego stanu zdrowia, zmarł miesiąc później.

Dodatkowymi karami była utrata praw publicznych i
konfiskata majątku. Rodziny skazanych zostały więc pozbawione mieszkań.
Wnuczka komandora Przybyszewskiego mówi o losie jego rodziny – żony i
córki:

Ten czas aresztowań i prześladowań był okropny.
Wyrzucono je z domu. Zostały wysiedlone jako żona i córka zdrajcy,
zamieszkały w Toruniu, gdzie babcia podjęła pracę w Teatrze Lalek. Tam
przyszłam na świat. Byłam jeszcze malutka i mało rozumiałam, dopiero
później zaczęłam odczuwać pewne rzeczy. Nie mówiło się za głośno i za
dużo o pewnych sprawach, trzeba było mieć oczy z tyłu głowy, bo ludzie
byli fałszywi i donosili. Taki człowiek mieszkał nawet w naszym domu.
Dowiedzieliśmy się o tym później z akt IPN. Ten czas był dla nas bardzo
ciężki
.

Trzy lata później, w czasie „odwilży”, na
Nowowiejskiej rodziny zamordowanych oficerów złożyły pierwsze wnioski o
ukaranie winnych zbrodni, o podanie do wiadomości publicznej morderstwa
sądowego, o ekshumację.

Cztery lata po egzekucji komandorów Mieszkowskiego,
Przybyszewskiego i Staniewicza, 17 kwietnia 1956 roku oficer Naczelnej
Prokuratury Wojskowej kpt. Edward Wiącek zakończył badanie ich sprawy. W
sprawozdaniu z przeprowadzonych czynności napisał:

Wyjaśnienia skazanych
i obciążające ich współpodejrzanych
nie zostały potwierdzone żadnymi obiektywnymi faktami, jak również nie
sprawdzono ich w drodze przesłuchania innych osób wymienionych w sprawie
 jako członków konspiracji współpracujących ze skazanymi.
Należy stwierdzić, że dowody, jakimi dysponował sąd w omawianej sprawie,
były wyjątkowo wątpliwe i przyjęcie na ich podstawie ustalonego w
wyroku stanu faktycznego wydaje się wprost dowolne
.”

Zdaniem prof.
Witolda Kuleszy, specjalisty prawa karnego, wiceprezesa Instytutu
Pamięci Narodowej w latach 2000-2006, sędziowie, którzy wydając wyrok,
wiedzieli o całkowitej materialnej bezzasadności skazania i działali ze
świadomością i wolą zamordowania swoich ofiar, przy braku jakichkolwiek
podstaw dla wyroku skazującego, popełniali morderstwo sądowe. Żaden z
sędziów którzy orzekali w procesie komandorów nie poniósł żadnej
odpowiedzialności za komunisyczną zbrodnę. To samo dotyczy
prokuratorów. 

24 kwietnia 1956 roku Najwyższy Sąd Wojskowy
uchylił wyrok z 21 lipca 1952 roku, a 26 kwietnia sprawę umorzono z
braku jakichkolwiek dowodów winy. Żyjący oficerowie odebrali akty
rehabilitacyjne osobiście, w imieniu pozostałych odebrały je rodziny.

Wiosną 2011 roku zakończył się przed Wojskowym
Sądem Garnizonowym na Nowowiejskiej, wlokący się od dobrych kilku lat –
proces oprawców z wojskowych służb informacyjnych. Wyrok ogłoszono 6
maja 2011 r. Mówi syn komandora Mieszkowskiego, Witold Mieszkowski:

Ach, te wyroki…
Oskarżony Józef Kulak, za znęcanie się nad kmdr. por. Robertem
Kasperskim – rok pozbawienia wolności z zawieszeniem na 2 lata…
Oskarżony Tadeusz Jurczak, za znęcanie się nad kmdr. por. Kazimierzem
Kraszewskim, mjr. Tadeuszem Twarogowskim i mjr. Apoloniuszem Zawilskim –
dwa lata z zawieszeniem na 3 lata… Oskarżony Henryk Pocheć, za znęcanie
się nad moim Ojcem – rok z zawieszeniem na 2 lata… Oskarżony Leonard
Kuźniak, za znęcanie się nad kmdr. Marianem Wojcieszkiem, ppłk.
Sergiuszem Pisarczukiem i mjr. Tadeuszem Twarogowskim – 2 lata z
zawieszeniem na 3 lata… Oskarżony Władysław Antolak, za znęcanie się nad
mjr. Tadeuszem Twarogowskim – na rok z zawieszeniem na 2 lata…

Przez kilkadziesiąt lat rodziny straconych
komandorów nie znały miejsca ich pochówku. W 2014 roku w wyniku prac
archeologiczno-ekshumacyjnych prowadzonych przez IPN na cmentarzu
powązkowskim w Warszawie odnaleziono szczątki zamordowanych komandorów.
Witold Mieszkowski miał lat 14, gdy ojciec umierał od katyńskiego
strzału w piwnicy mokotowskiej. Doczekał identyfikacji śmiertelnych
szczątków ojca na powązkowskiej Łączce po 62 latach życia w cieniu
zbrodni.

Uroczystości pogrzebowe komandorów, zorganizowane
przez specjalnie powołany komitet,  odbędą się w dniach 15-16 grudnia.
Pierwsza część jest związana z Helem, gdzie służyli komandorzy. W
tamtejszym kościele będą wystawione ich trumny, potem nastąpi ich
przemieszczenie w kondukcie do portu na Oksywiu. Następnego dnia w
kościele garnizonowym w Gdyni zostanie odprawiona Msza św. pogrzebowa,
której przewodniczyć będzie biskup polowy Wojska Polskiego ks. Józef
Guzdek.

Pogrzeb będzie miał charakter państwowy. Na wszystkich jednostkach marynarki będzie wielka gala banderowa.

W pogrzebie zamordowanych komandorów weźmie udział
prezydent Andrzej Duda. Przygotowując przemówienie, prezydent pozyska
wiedzę na temat stosowanych przez komunistyczne władze bezpieczeństwa
wobec oficerów. Stwarza to szansę, że prezydent który 11 listopada br.
publicznie zarzucił Antoniemu Macierewiczowi stosowanie „ubeckich metod”
względem jednego z generałów, przeprosi go za to pomówienie.

 

***

Przy pisaniu notki autorka korzystała z publikacji:

Jerzy Poksiński, „TUN”. Tatar – Utnik – Nowicki.
Represje wobec oficerów Wojska Plskiego w latach 1949 – 1956,
Wydawnictwo Bellona, Warszawa 1992

http://www.naszdziennik.pl/wp/69309,szesnastu-z-laczki.html

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/71349,nie-chcial-sluzyc-komunie.html

http://www.naszdziennik.pl/wp/70029,ostatni-wyrok.html

http://www.naszdziennik.pl/wp/18342,zasuniemy-ks-i-bez-dowodow.html

http://www.naszdziennik.pl/wp/7983,pol-wieku-czekam-na-ojca.html

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

40. Uroczysty państwowy pogrzeb

Uroczysty państwowy pogrzeb Komandorów – Hel-Gdynia, 15–16 grudnia 2017




UROCZYSTY PAŃSTWOWY POGRZEB KOMANDORÓW

śp. kontradmirała Stanisława Mieszkowskiego

śp. kontradmirała Jerzego Staniewicza

śp. komandora Zbigniewa Przybyszewskiego

15 grudnia (piątek), Hel

12.00–13.30 – wystawienie trumien oficerów MW RP w kościele pw. Bożego Ciała w Helu, Msza święta (ul. Wiejska 46),

14.00–15.00 – uroczystości patriotyczne przed pomnikiem Obrońców Helu,

15.10–16.30 – uroczyste przejście okrętów MW RP z Helu do Gdyni (z trumnami oficerów RP na pokładzie),

16.30–17.30 – przejście konduktu pogrzebowego do kościoła Marynarki Wojennej pw. Matki Boskiej Częstochowskiej w Gdyni-Oksywiu,

17.30 – czuwanie przy trumnach oficerów MW RP.

 

16 grudnia (sobota), Gdynia

9.30–10.00 – przybycie uczestników uroczystości do
kościoła Marynarki Wojennej pw. Matki Boskiej Częstochowskiej w
Gdyni-Oksywiu (ul. inż. J. Śmidowicza 47),

10.00–11.15 – Msza Święta pogrzebowa,

11.15–12.30 – przejście konduktu pogrzebowego na Cmentarz Marynarki Wojennej (ul. ks. Muchowskiego 18),

12.30–13.30 – uroczysty pochówek w Kwaterze Pamięci
na Cmentarzu Marynarki Wojennej z udziałem Prezydenta RP Andrzeja Dudy;
wręczenie przedstawicielowi rodziny aktu pośmiertnego mianowania śp.
kmdr. Jerzego Staniewicza na stopień kontradmirała.

W ceremonii pochówku na gdyńskim Oksywiu uczestniczył będzie Prezydent RP Andrzej Duda.


Stanisław Mieszkowski (1903-1952)

Urodził się 17 czerwca 1903 r. w Piotrkowie Trybunalskim w
rodzinie inteligenckiej jako jedno z pięciorga dzieci. Od najmłodszych
lat związany z Piotrkowem Trybunalskim. Po wybuchu I wojny światowej
wywieziony wraz z rodziną do Rosji, gdzie kontynuował przerwaną w
gimnazjum naukę.

Po powrocie do Polski jako ochotnik wziął udział w wojnie
polsko-bolszewickiej, następnie zdał maturę i wstąpił do elitarnej
Szkoły Podchorążych Piechoty w Warszawie, której nie ukończył. W 1924 r.
zgłosił się do Oficerskiej Szkoły Marynarki Wojennej, którą skończył w
stopniu podporucznika. Do 1939 r. odbywał studia specjalistyczne w
zakresie artylerii morskiej. Był oficerem artylerii na niszczycielach
„Grom” i „Błyskawica”. Jako specjalista brał udział w misjach
nadzorczych budowy zamówionych przez Polskę okrętów, m.in. niszczycieli
„Grom” i „Błyskawica”.

We wrześniu 1939 r. dowodził kanonierką „Generał Haller”,
uczestnicząc w obronie polskiego wybrzeża przed lotnictwem niemieckim, a
następnie 3 września wraz z załogą okrętu wzmocnił załogę Helu, walcząc
w obronie półwyspu do kapitulacji 2 października.

Przez całą okupację przebywał w niemieckich obozach jenieckich, po
czym w styczniu 1945 r. został uwolniony przez Armię Czerwoną. Cztery
miesiące później rozpoczął służbę w Głównym Urzędzie Morskim, otrzymując
stanowisko kapitana portu w Kołobrzegu. Na początku 1946 r. skierowany
do Marynarki Wojennej w Gdyni. Pełnił kolejno funkcje dowódcy Flotylli
Trałowców, następnie organizował Oficerską Szkołę Marynarki Wojennej w
Gdyni (na Oksywiu), został p.o. komendanta tej szkoły. Od 1947 r. był
szefem Sztabu Głównego Marynarki Wojennej (od 1948 r. w stopniu
komandora), zaś 15 listopada 1949 r. został dowódcą Floty.

Aresztowany 20 października 1950 r. przez oficerów Zarządu
Informacji Marynarki Wojennej w Gdyni pod nieprawdziwym zarzutem
szpiegostwa. Wyrokiem Najwyższego Sądu Wojskowego z 21 lipca 1952 r.
skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 16 grudnia 1952 r. w więzieniu
przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

Szczątki komandora Stanisława Mieszkowskiego zostały odnalezione
wiosną 2013 r. w kwaterze „Ł” Cmentarza Wojskowego na Powązkach w
Warszawie przez zespół badawczy kierowany przez prof. Krzysztofa
Szwagrzyka.

28 lutego 2014 r. podczas uroczystości w Belwederze z udziałem
Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego Instytut Pamięci Narodowej
ogłosił, że udało się ustalić tożsamość Stanisława Mieszkowskiego. Notę
potwierdzającą identyfikację odebrał jego syn Witold.

Zbigniew Przybyszewski (1907-1952)

Urodził się 22 września 1907 r. w Giżewie (pow. inowrocławski).
Ukończył gimnazjum w Inowrocławiu, a w 1930 r. – Oficerską Szkołę
Marynarki w Toruniu. Wiosną 1938 awansował na stopień kapitana, po czym
objął dowództwo baterii im. Komandora Podporucznika Helidora
Laskowskiego na Helu, którą umiejętnie dowodził we wrześniu 1939 r.
podczas agresji Niemiec na Polskę. Między innymi dowodzona przez niego
bateria zwyciężyła w pojedynku ogniowym z niemieckimi pancernikami
Schleswig-Holstein i Schlesien. Sam Przybyszewski został wówczas ranny.

Do 1945 r. przebywał w niemieckich obozach jenieckich, m.in. w
oflagu II C Woldenberg, skąd dwukrotnie usiłował zbiec (bez powodzenia),
po czym pod koniec stycznia 1945 r. został uwolniony przez Armię
Czerwoną. W lipcu powołano go jako wykładowcę do służby wojskowej w
Szkole Specjalistów Morskich. W 1946 r. organizował Samodzielny Dywizjon
Artylerii Nadbrzeżnej. Został również wyznaczony na dowódcę Dywizjonu
Ścigaczy, następnie awansowany na pomocnika szefa Oddziału Sztabu
Głównego Marynarki Wojennej. Aresztowany 17 września 1950 r. przez
oficerów Informacji Wojskowej pod nieprawdziwym zarzutem szpiegostwa.
Wyrokiem Najwyższego Sądu Wojskowego z 21 lipca 1952 r. skazany na karę
śmierci. Wyrok wykonano 16 grudnia 1952 r. w więzieniu przy ul.
Rakowieckiej w Warszawie.

Szczątki komandora Zbigniewa Przybyszewskiego zostały odnalezione
wiosną 2013 r. w kwaterze „Ł” Cmentarza Wojskowego na Powązkach w
Warszawie przez zespół badawczy kierowany przez prof. Krzysztofa
Szwagrzyka.

28 lutego 2014 r. podczas uroczystości w Belwederze z udziałem
Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego Instytut Pamięci Narodowej
ogłosił, że udało się ustalić tożsamość Zbigniewa Przybyszewskiego. Notę
identyfikacyjną odebrała Anna Bogusławska-Narloch, wnuczka komandora.

Jerzy Staniewicz (1903-1952)

Urodził się 6 sierpnia 1903 r. w Kuźniecku. W 1919 r. wstąpił na
ochotnika do polskiej dywizji w Nowonikołajewsku. W grudniu 1921 r.
wrócił wraz z rodziną do Polski i po odbyciu służby w 30 pułku artylerii
polowej we Włodawie oraz Batalionie Szkolnym w Wilnie ukończył Szkołę
Podchorążych w Warszawie, a następnie Szkołę Marynarki Wojennej w
Toruniu. Pełnił służbę w Marynarce Wojennej, m.in. na ORP „Ślązak” oraz
ORP „Podhalanin”, jako dowódca, a także szef Wydziału
Organizacyjno-Mobilizacyjnego Dowództwa Floty.

We wrześniu 1939 r. organizował obronę Kępy Oksywskiej oraz Helu. 2
października dostał się do niewoli i do  stycznia 1945 r. przebywał w
oflagach:  X B Nienburg, XVIII C Spittal oraz II C Woldenberg. Po
powrocie do kraju ponownie w Marynarce Wojennej, m.in. w Sztabie Głównym
jako Szef Oddziału Personalnego oraz Oddziału
Organizacyjno-Mobilizacyjnego. Od czerwca 1949 r. w Sztabie Generalnym
WP jako Szef Wydziału Marynarki Wojennej. Zatrzymany w grudniu 1951 r.
przez Główny Zarząd Informacji MON, został bezpodstawnie oskarżony o
działalność szpiegowską i dywersyjną. Skazany na karę śmierci.
Zamordowany 12 grudnia 1952 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w
Warszawie.

Szczątki komandora Jerzego Staniewicza zostały odnalezione 23 maja
2013 r. w kwaterze „Ł” Cmentarza Wojskowego na Powązkach w Warszawie
przez zespół badawczy pod kierownictwem prof. Krzysztofa Szwagrzyka.

9 czerwca 2016 r. podczas uroczystości w Pałacu Prezydenckim
Instytut Pamięci Narodowej ogłosił, że ustalono tożsamość kmdr. Jerzego
Staniewicza. Notę potwierdzającą identyfikację odebrał ks. Piotr
Staniewicz, bratanek komandora.


 

W skład Komitetu Organizacyjnego uroczystości pogrzebowych wchodzą:

 

Informacja dla dziennikarzy dostępna jest tutaj.

Informacji o wydarzeniu udziela rzecznik prasowy 3. Flotylli Okrętów kmdr ppor. Radosław Pioch, tel. 601 412 722
.

***

Bohater pośmiertnie awansowany: porucznik Marynarki Wojennej Adam Dedio
(1918–1947), dzielny żołnierz II wojny światowej, uczestnik
antykomunistycznej konspiracji po wojnie, zamordowany w Gdańsku w
kwietniu 1947 roku, z dniem 28 listopada 2017 roku, w 99. rocznicę
utworzenia Marynarki Wojennej został awansowany na stopień Kapitana
Marynarki Wojennej. Kapitan Adam Dedio był, podobnie jak Komandorzy,
ofiarą komunistycznych represji w Marynarce Wojennej.

Już od wielu lat temu Oddział IPN w Gdańsku zajmuje się badaniami nad biografią Adama Dedio. W 2017 roku ukazała się publikacja Waldemara Kowalskiego, Adam Dedio (1918–1947). Dobry syn. Przypominamy jego postać w związku ze zbliżającymi się uroczystościami pogrzebowymi Komandorów.

Załączniki do strony

Zawiadomienie o pogrzebie Komandorów (ulotka) (pdf, 6.22 MB)

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

41. Pamięci „Trzech

Pamięci „Trzech Komandorów”  - zdjęcie
Minister obrony narodowej Antoni Macierewicz 
15 grudnia 2017 roku  w Helu odda cześć oficerom Marynarki Wojennej RP  –
ofiarom zbrodni komunistycznej: śp. kontradmirałowi  Stanisławowi ...

Ministerstwo Obrony

Min @Macierewicz bierze udział w uroczystości patriotycznej ku czci zamordowanych 65 lat temu przez władze komunistyczne śp.kadm.Stanisława Mieszkowskiego, śp.kadm.Jerzego Staniewicza i śp.kmdr.Zbigniewa Przybyszewskiego


Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

42. A. Macierewicz o straconych



A. Macierewicz o straconych po tzw. procesie komandorów: Symbol naszej niepodległości

Symbolem
naszej niepodległości nazwał minister obrony narodowej Antoni
Macierewicz trzech oficerów Marynarki Wojennej straconych w grudniu 1952
r. w wyniku tzw. procesie komandorów. W piątek w Helu odbyły się
uroczystości poprzedzające zaplanowany na sobotę w Gdyni pogrzeb
oficerów.

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

43. Ministerstwo Obrony -Byli




Ministerstwo Obrony

-Byli wierni swojej przysiędze. Swojemu dowódcy adm. Unrugowi. Rzucono ich do dołów śmierci i wgnieciono w ziemię, a z nimi honor Polaków. Przypominamy Polakom jaką cenę zapłacili ich przodkowie za wolność, za godność - powiedział przy Pomniku Obrońcom Helu min. @Macierewicz_A




Pamięci „Trzech Komandorów”  - zdjęcie

– Przywołujemy ich nazwiska, imiona, pamięć, by
Polacy wiedzieli, jak wielką cenę ich przodkowie zapłacili za wolność.
Stanowią symbol naszej niepodległości –
mówił minister Antoni

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

44. Zamordowani po sfingowanym

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

45. Z wojskowymi honorami żegnani

Z wojskowymi honorami żegnani są
Stanisław Mieszkowski, Jerzy Staniewicz i Zbigniew Przybyszewski. To
obrońcy Wybrzeża z 1939 roku, którzy 65 lat temu zostali straceni przez
komunistyczne władze. Wyrok był efektem sfingowanego procesu i
fałszywych zarzutów o szpiegostwo.

Państwowe uroczystości pogrzebowe Trzech Komandorów. 65 lat temu, 16 grudnia 1952 r., na podstawie wyroku Najwyższego Sądu Wojskowego straceni zostali kmdr por. Zbigniew Przybyszewski i kmdr Stanisław Mieszkowski oskarżeni o próbę obalenia władzy ludowej. Cztery dni wcześniej rozstrzelany został skazany w tym samym procesie kmdr Jerzy Staniewcz
Państwowe
uroczystości pogrzebowe "Trzech Komandorów". 65 lat temu, 16 grudnia
1952 r., na podstawie wyroku Najwyższego Sądu Wojskowego straceni
zostali kmdr por. Zbigniew Przybyszewski i kmdr Stanisław Mieszkowski
oskarżeni o "próbę obalenia władzy ludowej". Cztery dni wcześniej
rozstrzelany został skazany w tym samym procesie kmdr Jerzy Staniewcz
Foto:

https://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/1960364,Gdynia-pogrzeb-trzech-komandorow-ofiar-terroru-komunistycznego

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

46. W Gdyni odbędą się


W Gdyni odbędą się uroczystości pogrzebowe ofiar zbrodni komunistycznej, bohaterów Marynarki Wojennej

W
Gdyni rozpoczną się dziś państwowe uroczystości pogrzebowe ofiar
zbrodni komunistycznej, bohaterów Marynarki Wojennej i ich rodzin.
Honorowy patronat nad wydarzeniem objął prezydent Andrzej Duda.

O godz. 17.00 w Kościele Marynarki
Wojennej na Oksywiu sprawowana będzie Msza św. pogrzebowa trzech
małżonek oficerów broniących polskiego wybrzeża. Po niej kondukt
pogrzebowy uda się na cmentarz Marynarki Wojennej. Jutro natomiast
odbędzie się uroczysty pogrzeb państwowy oficerów, podoficerów i
marynarzy – ofiar zbrodni komunistycznej.

Będzie to już drugi akt, wzorem
ubiegłorocznego pogrzebu trzech komandorów, symbolicznego powrotu
bohaterów – marynarzy nad Bałtyk, oddania im hołdu i uczczenia ich
pamięci.

Poprzez złożenie ich prochów na gdyńskim
Oksywiu wypełniona zostanie wola wiceadmirała Józefa Unruga – wskazuje
Jan Hlebowicz, asystent prasowy Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku.

– Akt
symbolicznego powrotu bohaterów Marynarki Wojennej, ofiar zbrodni
komunistycznej, to wypełnienie woli wiceadmirała Józefa Unruga, który
sam spocznie jesienią tego roku w Kwaterze Pamięci na gdyńskim Oksywiu.
Jego życzeniem było godne uhonorowanie przedstawicieli floty, którzy
razem z nim walczyli w obronie polskiego wybrzeża, a po wojnie zostali
haniebnie oskarżeni za niepopełnione zbrodnie, a następnie niewinnie
straceni. Jest to kolejna uroczystość, która – wzorem ubiegłorocznego
pogrzebu trzech komandorów – jest symbolicznym aktem powrotu polskich
bohaterów, oficerów marynarki wojennej i ich rodzin, nad Bałtyk. Jest
formą oddania hołdu i uczczenia pamięci –
podkreśla Jan Hlebowicz.

Wśród wojskowych, którzy prochy zostaną
jutro złożone w Kwaterze Pamięci na gdyńskim Oksywiu, są m.in.
kontradmirał Adam Mohuczy, komandor pilot Kazimierz Kraszewski czy
kapitan marynarki Adam Dedio.

Msza św. pogrzebowa poprzedzająca
uroczysty pochówek sprawowana będzie o godz. 10.00 na pokładzie Okrętu –
Muzeum ORP „Błyskawica”.

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

47. W Gdyni zakończyły się


W Gdyni zakończyły się uroczystości pogrzebowe ofiar zbrodni komunistycznych

W
Gdyni zakończyły się uroczystości pogrzebowe dziewięciu oficerów,
podoficerów i marynarzy – ofiar zbrodni komunistycznych. Ich prochy
zostaną złożone w Kwaterze Pamięci na gdyńskim Cmentarzu Marynarki
Wojennej.

Mszy Św. pogrzebowej na pokładzie Okrętu
Muzeum ORP „Błyskawica” przewodniczył biskup polowy Wojska Polskiego
ks. bp Józef Guzdek.

– Dziś
doczesne szczątki bohaterów spoczęły w trumnach ustawionych na nabrzeżu w
gdyńskim porcie. Poznając ich życie i dokonania, można z całą pewnością
stwierdzić, że wszyscy oni pokochali polskie morze i Ojczyznę więcej,
czyli bardziej, aniżeli wielu ich rówieśników. W realizacji wojskowej
przysięgi byli jednoznaczni i zdeterminowani. Przez całe swoje życie
pozostali wierni zasadzie twórczej pracy na morzu i dla morza. Była ona
ich powołaniem i wielką pasją. Marynarce wojennej oddali całe swoje
życie –
powiedział ks. bp Józef Guzdek.

Minister obrony narodowej Mariusz
Błaszczak w odczytanym po Mszy św. liście zwrócił się do tych, którzy
przybyli na Oksywie, by „wykonać swój patriotyczny obowiązek, z honorami
i wdzięcznością pokłonić się bohaterom, którzy powrócili do nas z
zapomnienia”.

Wśród wojskowych, których prochy zostaną
złożone w Kwaterze Pamięci na gdyńskim Oksywiu, są m.in. kontradmirał
Adam Mohuczy, komandor pilot Kazimierz Kraszewski i kapitan marynarki
Adam Dedio.

Docelowo Kwatera ma być także miejscem
pochówku i upamiętnienia wiceadmirała Józefa Unruga – dowódcy Marynarki
Wojennej w okresie II RP i dowódcy Obrony Wybrzeża we wrześniu 1939 r.,
jego żony oraz 21 jego podwładnych, którzy wraz z nim w 1939 r. brali
m.in. udział w obronie Helu.

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

48. Okołowicz tłumaczy powody


Okołowicz tłumaczy powody swojego telefonu do "W tyle wizji": Zastanawiam się nad tym, co się zaczęło dziać w moim kraju

"Póki co apeluję, dajcie spokój temu rządowi spokojnie
dokończyć reformę, poczekajmy spokojnie na jej rezultaty" - apelował
Piotr

autor: TVP INFO
To wszystko co powiedziałem, powiedziałem dlatego, że zastanawiam się nad tym, co się zaczęło dziać w moim kraju—tłumaczył Piotr Okołowicz z Wielkiej Brytanii, który kilka dni temu
dodzwonił się na antenę TVP Info, do programu „W tyle wizji Extra”.
Pan Piotr Okołowicz jest stryjecznym prawnukiem admirała
Józefa Unruga, bohatera II Wojny Światowej, który pomimo niemieckich
korzeni wstąpił do polskiej marynarki, odmawiając służby
w armii niemieckiej.

W wideo, które opublikowało TVP Info, pan
Piotr odnosi się m.in. do wizyty prof. Małgorzaty Gersdorf w Niemczech,
gdzie była I prezes Sądu Najwyższego skarżyła się na reformę
wymiaru sprawiedliwości.

Jako obywatel tego kraju,
stanowczo protestuje. Uważam, że Polska jest krajem suwerennym,
ma wybrany w wyborach demokratyczny rząd, który jest jedynym uprawnionym
ciałem, aby taką reformę przeprowadzać. Polska jest dumnym, mądrym,
światłym narodem. Polacy patrzą rządowi na ręce, jeśli ta reforma będzie
nieskuteczna, będzie przeprowadzana źle i nie osiągnie właściwego celu
to Polacy sami sobie z tym poradzą i rozliczą rząd w wyborach. Bo wybory
są jedną możliwą opcją do zmiany rządów. Póki co apeluję, dajcie spokój
temu rządowi spokojnie dokończyć reformę, poczekajmy spokojnie
na jej rezultaty

—podkreślił stryjeczny prawnuk admirała Józefa Unruga.

Ośmieliłem
się zaapelować do pana prezesa Strzembosza, który w przeszłości
odpowiadał za samooczyszczenie się sądownictwa. Dziś, kiedy wiemy,
że do takiego samooczyszczenia się nie doszło, apeluję, żeby nie
pokazywał się on z ludźmi, którzy w żadnym wypadku nie mają moralnego
prawa do wypowiadania się na temat reformy w sądownictwie

—zakończył.


https://www.tvp.info/38196498/prawnuk-admirala-unruga-polacy-sa-madrym-n...

Zastanawiam się nad tym co zaczęło się dziać w moim kraju. Zastanawiałem się nad tym, dlaczego pani I Prezes SN postanowiła jechać do Niemiec i w kraju niegdysiejszego naszego okupanta, który wiele krzywd nam wyrządził, postanowiła konsultować reformę sądownictwa w Polsce – tłumaczy potomek kontradmirała Unruga.

Okołowicz stanowczo zaprotestował wobec działań niektórych środowisk, zmierzających do podważenia i deprecjacji demokratycznie funkcjonującego rządu, który chce zmienić polskie sądownictwo.

– Jako obywatel Polski stanowczo protestuję. Uważam, że Polska jest krajem suwerennym; ma wybrany demokratycznie rząd, który jest jedynym uprawnionym do tego ciałem, aby reformę sądownictwa przeprowadzać – wskazywał.

Jego zdaniem Polacy są mądrym i dumnym narodem, który patrzy na ręce sędziom.

– Jeśli ta reforma będzie nieskuteczna, będzie przeprowadzana źle i nie osiągnie właściwego celu to Polacy sami sobie z tym poradzą i rozliczą rząd w wyborach. Bo wybory są jedną możliwą opcją do zmiany rządów. Póki co apeluję, dajcie spokój temu rządowi, dajcie spokojnie dokończyć reformę, poczekajmy spokojnie na jej rezultaty – apelował Piotr Okołowicz.

Wnuk polskiego dowódcy wojsk morskich wyjaśnił również, czym kierował się w swoim apelu do byłego I Prezesa SN prof. Adama Strzembosza.

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

 

avatar użytkownika Maryla

49. Nowak: Kontradmirał Unrug


Nowak: Kontradmirał Unrug wyraził wolę, że chce spocząć na Oksywiu wśród swoich żołnierzy

Admirał Józef Unrug w oflagu w Colditz (trzeci z prawej; po jego prawej stronie gen. Tadeusz Piskor; pierwszy z lewej kmdr Marian Majewski / autor: commons.wikimedia.org
Nie tylko kontradmirał Unrug musiał ciężko pracować na obczyźnie, aby
utrzymać siebie i swoje rodziny – gen. Maczek był barmanem, gen.
Sosabowski magazynierem, gen. Bortnowski pielęgniarzem, a gen.
Bór-Komorowski zajmował się tapicerstwem i wyrobem sztucznej biżuterii
— mówi portalowi wPolityce.pl Szymon Nowak, historyk, autor książki
„Niechciani generałowie. Sosabowski, Maczek, Bór-Komorowski i inni.
Powojenne losy polskich oficerów”.

wPolityce.pl: Jak urodzony w Brandenburgii Jóżef Unrug,
a właściwie Joseph Michael Hubert von Unruh stał się Polakiem?
Co o tym zdecydowało?

Szymon Nowak:
Ojciec Józefa Unruga – Tadeusz pochodził z rodu niemieckich baronów
i był pruskim generałem, a matka Izydora była saksońską hrabianką. Ale
w rodzinnym domu Józef chroniony był przed całkowitym zniemczeniem
i wychowywany został na Polaka - to głównie za sprawą ojca, którego
starsi bracia również wybrali Polskę za ojczyznę i walczyli o jej
niepodległość w 1848 r. i 1863 r. Młody Józef już od dziecka był
poliglotą, bowiem w domu rozmawiano po polsku (ojciec), po niemiecku
(matka) i po francusku. Kiedy Józef rozpoczynał naukę w niemieckich
szkołach, a także później kiedy wybrał służbę w Cesarskiej Marynarce
Wojennej, jego rodzice - szczególnie ojciec - obawiali się, że syn
wybierze niemiecką drogę kariery i wychowania.

Po zakończeniu
I wojny światowej Unrug zrezygnował ze służby w marynarce niemieckiej
i zgłosił się do polskiej marynarki wojennej. Czym się kierował?
Przecież nie było jeszcze polskiej Marynarki Wojennej. W armii
niemieckiej mógł zrobić ogromną karierę. Świetnie znał się na okrętach
wojennych. Był jednym z pierwszych żołnierzy w historii, którzy
otrzymali przydział do okrętów podwodnych.

Po wybuchu
I wojny światowej Józef służył na niemieckim pancerniku, ale już w lutym
1915 r. rozpoczął służbę na okręcie podwodnym U30. Jako że była
to nowatorska broń, po zdobyciu doświadczenia w boju, Józef został
dowódcą szkolnego okrętu podwodnego, na którym przygotowywał do służby
kolejne roczniki niemieckich podwodniaków. Kończył wojnę jako odznaczony
Krzyżem Żelaznym kapitan marynarki i szef niemieckiej flotylli
szkolnych okrętów podwodnych. Pomimo, że był specjalistą od meandrów tej
nowej broni i sztuki wojny podwodnej, na wieść o powstaniu młodego
państwa polskiego, rzucił służbę dla Niemców. Bezzwłocznie przyjechał
nad Wisłę i zameldował swój akces do powstającego Wojska Polskiego oraz
figurującej dopiero na papierze polskiej floty. W tych decyzjach
zaowocowało domowe wychowanie Józefa na Polaka i zamiast laurów oraz
kariery w Reichsmarine (następnie w Krigsmarine), Unrug wybrał ciężką
pracę w dopiero co organizującej się marynarce polskiej.

W 1939
r. kierował obroną polskiego Wybrzeża. Już na początku powiedział swoim
żołnierzom, że wszyscy kapitulują we wrześniu, a oni poddadzą się
dopiero w październiku.

Wybuch wojny był na kontradmirał
Unruga sporym zaskoczeniem. Być może do końca wierzył, że III Rzesza
Hitlera nie zaatakuje Polski, a może trafnie oceniał brak odpowiedniego
przygotowania do obrony i ogromną dysproporcję sił nad Bałtykiem? Pomimo
tego, już na początku wojny zadeklarował, że „Niemcy robią największy
błąd w swojej historii” i jako głównodowodzący obrony polskiego wybrzeża
próbował wykonywać zaplanowane założenia obronne. Już wcześniej,
30 sierpnia do W. Brytanii wypłynęły trzy polskie niszczyciele (plan
„Pekin”). natomiast po niemieckiej agresji, 1 września polskie siły
morskie próbowały ustawić zaporę minową wokół polskiego wybrzeża (plany
„Rurka” i „Worek”). Miało to niewielkie znaczenie wobec olbrzymiej
niemieckiej przewagi nad polskim wybrzeżem, szczególnie w siłach
powietrznych. Potem Unrug zadeklarował, że „wszyscy kapitulują
we wrześniu, my wytrzymamy do października”. I faktycznie, Hel poddał
się 2 października 1939 r.

Dlaczego po kapitulacji Polski nie chciał przejść na stronie niemiecką i służyć w Kriegsmarine?

Po kapitulacji
Helu Józef Unrug rozmawiał z Niemcami wyłącznie poprzez tłumaczy lub
w języku francuskim. Twierdził, że od 1 września zapomniał jęz.
niemieckiego. Nawet w niewoli niemieccy oficerowie odwiedzali Unruga
i poprzez kuzyna próbowali nakłonić go do służby dla Hitlera
w niemieckiej marynarce wojennej, ale on nieustannie i kategorycznie
odmawiał. To był dalszy ciąg wyniku domowego wychowania Unruga, wyboru
Polski na ojczyznę oraz kolejna dojrzała decyzja polskiego oficera.

Po wojnie musiał pracować fizycznie na swoje utrzymanie. Tak jak wielu wybitnych polskich dowódców, którzy żyli na obczyźnie.

Po likwidacji
PSZ kontradmirał Unrug przez dwa lata działał w Polskim Korpusie
Przysposobienia i Rozmieszczenia, zajmując się polskimi marynarzami.
Potem wyjechał z żoną do Maroka, gdzie pracował w firmie zajmującej się
połowem sardynek i odpowiedzialny był za stan techniczny kutrów.
Następnie pracował w przedsiębiorstwie specjalizującym się wydobyciem
i transportem manganu oraz w magazynie części zamiennych do ciężarówek.
Nie tylko kontradmirał Unrug musiał ciężko pracować na obczyźnie, aby
utrzymać siebie i swoje rodziny – gen. Maczek był barmanem, gen.
Sosabowski magazynierem, gen. Bortnowski pielęgniarzem, a gen.
Bór-Komorowski zajmował się tapicerstwem i wyrobem sztucznej biżuterii.

Kontradmirał
Unrug chciał spocząć wśród swoich podkomendnych na Oksywiu. Sądzi pan,
że jego ostatnie życzenie zostanie kiedyś spełnione?

Józef
Unrug zmarł w 1973 r. i został pochowany na cmentarzu w Montresor
we Francji. Polski kontradmirał w swoim testamencie zapisał, że jego
ostatnią wolą jest, by jego prochy powróciły do Polski i zostały złożone
na cmentarzu Gdynia-Oksywie obok podkomendnych z września 1939 r. Dla
mnie to największa zagadka, że po 1989 r. do dziś dnia nie udało się
wypełnić ostatniej woli polskiego bohatera, a doczesne szczątki
kontradmirał Unruga w dalszym ciągu spoczywają na obczyźnie. Mam
nadzieję, że to się jeszcze zmieni.

Rozmawiał Tomasz Plaskota


Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl