Arogancja pospolita? Tadeusz Witkowski

avatar użytkownika Redakcja BM24

Zwolennicy reform w sądownictwie mówiąc o przeciwnikach używają zazwyczaj słowa „kasta”. Nie jest to określenie idealnie oddające istotę sprawy, gdyż chodzi w końcu nie o osoby przynależne do jakiejś grupy z racji urodzenia, lecz przede wszystkim o ludzi powiązanych ze sobą wspólnymi interesami. Wypadałoby więc raczej mówić w tym przypadku o postkomunistycznych koteriach w sądownictwie.

Nie będę roztrząsał argumentów przemawiających za zmianą ustawy Prawo o ustroju sądów powszechnych i ustawy o Sądzie Najwyższym, skoro Prezydent RP już oba projekty podpisał. O tym, że przyjmuję to z ogromną satysfakcją, decydują moje osobiste doświadczenia. O sprawie, którą wytoczyłem w 2008 roku Służbie Kontrwywiadu Wojskowego i o sądzeniu na zamówienie polityczne, gdy władzę sprawowała koalicja PO–PSL, pisałem kilka lat temu w artykule Demokracja skodyfikowana, wspomnę więc tylko pokrótce o dwu innych, całkiem świeżych przypadkach ilustrujących postkomunistyczną arogancję w sądownictwie i w lokalnej administracji.

 

 

Komunizm nadal bezkarny

Władze ustawodawcze i wykonawcze III RP przez długie lata nie śpieszyły się z praktycznym wdrożeniem zasad sprawiedliwości wobec rodaków, którzy nie zważając na represje wspierali w czasach komuny ruch opozycyjny. Dopiero Ustawa z dnia 20 marca 2015 r. o działaczach opozycji antykomunistycznej oraz osobach represjonowanych z powodów politycznych (według stanu prawnego obowiązującego od dnia 31 sierpnia 2017 roku) dostarczyła podstaw do ubiegania się o skromne, ale stałe świadczenia ze strony Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. „Lepiej późno niż wcale”, chciałoby się powiedzieć, ale nie znaczy to, że obrońcom postkomunistycznego porządku wytrącono z ręki oręż.

Mój przyjaciel Krzysztof Paszek z Troy (Michigan), odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności oraz Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, dwukrotnie znalazł się z powodów politycznych w komunistycznym więzieniu. Po raz pierwszy skazany został przez Sąd Powiatowy w Bielsku–Białej dnia 13 grudnia 1968 r. z art. 22 m.k.k. na karę 9 miesięcy więzienia (z zaliczeniem na poczet tej kary okresu tymczasowego aresztowania). Powodem było rozpowszechnianie prześmiewczych plakatów nawołujących do zerwania stosunków Polski z ZSRR. W piętnaście lat później Prokuratura Wojewódzka w Bielsku–Białej na mocy postanowienia z dn. 25 marca 1983 oskarżyła go o przynależność do nielegalnych struktur pn. Trzeci Szereg NSZZ „Solidarność” Region Podbeskidzie i o to, że wchodził w skład tzw. Regionalnej Komisji Wykonawczej będącej ścisłym kierownictwem tej organizacji (dane z Biuletynu Informacji Publicznej IPN). Spędził w związku z tym raz jeszcze dziewięć miesięcy w areszcie śledczym, z którego zwolniono go dopiero po wejściu w życie amnestii z 22 lipca 1984 roku.

Po latach, nawiązując do ustawy z dnia 23 lutego 1991 r. o uznaniu za nieważne orzeczeń wydanych wobec osób represjonowanych za działalność na rzecz Niepodległego Bytu Państwa Polskiego, Krzysztof wystąpił o unieważnienie obu decyzji. Okazało się jednak, że w pierwszym przypadku Sąd Okręgowy w Bielsku–Białej (a ściślej rzecz ujmując — tamtejszy III Wydział Karny w składzie: przewodniczący: sędzia Jarosław Sablik i protokolant st. sekr. sąd. Magdalena Kłaptocz przy udziale prokuratora IPN w Katowicach Dariusza Psiuka) stanął po stronie komunistycznego porządku prawnego i oddalił wniosek o stwierdzenie nieważności wyroku. Najbardziej szokujący jest przy tym fakt, że w wydanym 17 grudnia 2019 roku postanowieniu sięgnięto po kazuistykę, której nie powstydziłyby się sądy stalinowskie.

Powołując się na uchwałę Sądu Najwyższego z dnia 12 marca 1992 r. stwierdzono, że nie może podlegać działaniu powołanej ustawy orzeczenie dotyczące czynu, który wprawdzie sprzyjał odzyskaniu niepodległości, lecz jego sprawca nie obejmował tego celu swoją świadomością, a dopuścił się go z innych względów, np. chęci zemsty. W pokrętnym uzasadnieniu decyzji sędzia Sablik próbował dowieść, że zarówno Krzysztof jak i przywołany przez niego świadek wydarzeń sprzed lat mieli co prawda świadomość braku niepodległości Polski, to jednak od strony podmiotowej swoim zachowaniem nie zmierzali do prowadzenia działalności na rzecz niepodległego bytu państwa Polskiego, a jedynie korzystali z wolności słowa, a przede wszystkim wyrażali niezadowolenie z sytuacji gospodarczej społeczeństwa.

Zaiste, rozumowanie godne Zenona z Elei! W uzasadnieniu decyzji nie zabrakło sygnatur odsyłających do wyroków sądowych z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku i nawiązań do publikacji autorytetów w dziedzinie prawa. Szkoda tylko, że ani razu nie przywołano wypowiedzi, z której wynika, iż orzeczenia Sądu Najwyższego są wiążące tylko wtedy, gdy sąd odwoławczy zada pytanie prawne w kwestii budzącej wątpliwości. Wówczas pogląd prawny wyrażony w uchwale SN wiąże sąd w tej konkretnej sprawie. Inne natomiast orzeczenia SN formalnie sądów niższych nie wiążą. Nie jest to cytat z przemówienia polityka czy z artykułu publicysty. Zdania powyższe sformułował na łamach „Rzeczpospolitej” wymieniony w uzasadnieniu z innych powodów Lech Gardocki, pierwszy prezes Sądu Najwyższego w latach 1998–2010 (https://www.rp.pl/artykul/215311-Kiedy-uchwala-Sadu-Najwyzszego-jest-wiazaca.html).

Ignorancja czy zła wola sędziego Sablika? Odpowiedzi na te i inne pytania nie próbował najwidoczniej udzielić Sąd Apelacyjny w Katowicach, skoro decyzją z 25 lutego 2020 utrzymał w mocy postanowienie Sądu Okręgowego w Bielsku–Białej. Jedno jest pewne. Pomimo iż potrzeba powołania Izby Dyscyplinarnej SN, którą kierowali się ustawodawcy głosujący za ostatnio wprowadzonymi w życie reformami, znajduje potwierdzenie w faktach dnia dzisiejszego, komunistyczny wymiar sprawiedliwości nadal triumfuje.

 

 

Totalni nie chcą pamiętać

Teresę Kaczorowską poznałem blisko dwadzieścia lat temu w okresie, gdy prowadziła badania w archiwach polonijnych w Orchard Lake w stanie Michigan. Gdy z czasem okazało się, że jest nie tylko kompetentnym historykiem z tytułem doktora nauk humanistycznych ale także literacko utalentowaną dziennikarką i pełnym pomysłów animatorem życia kulturalnego, chętnie dołączyłem do grona osób z nią współpracujących. Jej inicjatywy były po prostu godne poparcia.

Nie sposób rozpisywać się o wszystkich. Zainteresowanych jej wszechstronnym dorobkiem odsyłam do strony internetowej (www.kaczorowska.com). Tu wspomnę tylko o przedsięwzięciu, które mi szczególne zaimponowało, jako że miało wymiar międzynarodowy. Mam na myśli powołanie do życia w roku 2006 organizacji pozarządowej Academia Europaea Sarbieviana, promującej wiedzę o urodzonym w Sarbiewie koło Płońska światowej sławy nowołacińskim poecie i teoretyku literatury Macieju Kazimierzu Sarbiewskim (1595–1640). Cóż w tym imponującego? Właśnie to, że przedsięwzięcia tego rodzaju są trafną odpowiedzią na potrzebę zakorzenienia człowieka we wspólnocie lokalnej, w historii narodu, w tradycji kulturowej i w systemie wartości religijnych. Jako dziennikarka, publicystka, poetka i animatorka życia kulturalnego dr Kaczorowska, mieszkająca od 1985 roku w Ciechanowie, potrafi po prostu stworzyć coś niezwykle wartościowego i potrzebnego właśnie w oparciu o fakt, że z północnym Mazowszem związani byli w różnych okresach czasu zasłużeni i znani Polacy, tacy jak Sarbiewski, Krasiński czy Świętochowski. Właśnie w powiązaniu z tymi faktami wychodzi ona od lat z pomysłami organizowania imprez w rodzaju wiosen i jesieni poetyckich tudzież konkursów literackich, takich choćby jak „O Laur Opina”, „O Laur Posła Prawdy”, czy „O Laur Sarbiewskiego”.

Sprawy lokalne nie są przy tym jedynym obszarem jej zainteresowań. Jako pisarka o niezwykle bogatym dorobku (obejmującym kilkanaście prac publicystyczno-reporterskich i siedem zbiorów poezji) podejmuje chętnie tematy związane z polskim doświadczeniem historycznym. Jest między innymi autorką kilku ważnych książek reporterskich poświęconych polskiej martyrologii. Jedna z nich, Dzieci Katynia, (I wyd. 2003 pod tytułem Kiedy jesteście, mniej boli...) opublikowana została po angielsku w Stanach Zjednoczonych jako Children of the Katyn Massacre (2006). Dwukrotny udział autorki w Międzynarodowym Motocyklowym Rajdzie Katyńskim zaowocował między innymi książkami Zapalają ognie pamięci (2005) i Od Warszawy do Tobolska (2016). Bardzo wysokie oceny publicystyki dr Kaczorowskiej znalazły m.in. potwierdzenie w Nagrodzie Specjalnej Fundacji Solidarności Dziennikarskiej SDP za książkę Obława Augustowska (2015).

Skupiam się głównie na pisarstwie Teresy Kaczorowskiej związanym z historią kraju i regionu, gdyż właśnie za nie była wielokrotnie wyróżniana przez gremia kompetentnych specjalistów. Na podkreślenie zasługuje przy tym fakt, iż doceniono ją nie tylko w kręgach literackich i dziennikarskich. W roku 2010 odznaczona została Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (Polonia Restituta), a w roku 2018 — Złotym Medalem za Zasługi dla Obronności Kraju.

W 2011 roku władze powiatu ciechanowskiego powierzyły Teresie Kaczorowskiej funkcję dyrektora Powiatowego Centrum Kultury i Sztuki im. Marii Konopnickiej w Ciechanowie. Okazało się niebawem, że jest ona nie tylko nieprzeciętnie uzdolnioną pisarką, ale także świetnym menadżerem. Działalność Centrum jest finansowana przez starostwo ciechanowskie, ale tylko w zakresie płac obejmujących osoby zatrudnione w ośrodku. Reszta zależy od przedsiębiorczości dyrektora i pracowników. W momencie objęcia przez dr Kaczorowską stanowiska dyrektora instytucja ta była zadłużona na 100 tysięcy złotych i miała do spłacenia kredyt w wysokości 50 tys. zł. Po siedmiu latach mogła się pochwalić zyskiem rzędu 100 tys. złotych. Oglądalność filmów w należącym do rzeczonego ośrodka kinie „Łydynia” wzrosła w tym czasie pięciokrotnie. W roku 2011 odwiedziło je około 11 tys. widzów, w 2018 r. — 75 tysięcy. Dzięki osobistym kontaktom nowej dyrektor i funkcjom pełnionym przez nią w różnych organizacjach i stowarzyszeniach twórczych (jak choćby funkcji przewodniczącej Klubu Publicystyki Kulturalnej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich) mogło też wreszcie w pełni zakwitnąć życie literackie i artystyczne.

Tak sprawy wyglądały do czasu ostatnich wyborów samorządowych. Gdy po wyborach jesienią 2018 roku miejsce we władzach koalicyjnych powiatu utracił PiS, zaczęły się problemy. PSL w porozumieniu z Platformą Obywatelską i Ciechanowskim Bezpartyjnym Ugrupowaniem Wyborczym zawiązały nową koalicję, która na starostę wybrała Joannę Potocką–Rak z PSL, a na wicestarostę Stanisława Kęsika z CBUW (działacza z ambicjami politycznymi i literackimi, ale z dorobkiem nawet w jednym calu nie dorównującym osiągnięciom Teresy Kaczorowskiej). Nie wiem, czy nowe starostwo odróżnia Księgę Powtórzonego Prawa od książek z dziedzin ekonomii i gastronomii, zauważyłem jednak, iż polityka historyczna nowych władz powiatu jest w stu procentach zgodna z linią dzisiejszej „totalnej opozycji” (czytaj: obozu zdrady narodowej!). Trudno bowiem uznać za przypadek to, że pani starosta zaczęła natychmiast cenzurować działalność Powiatowego Centrum Kultury właśnie pod kątem politycznym. Z tego, co mi wiadomo, nie dopuściła, do zorganizowania koncertu uświetniającego Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, czy choćby spotkania z Tadeuszem Markiem Płużańskim, historykiem i dziennikarzem znanym z licznych wystąpień w obronie dobrego imienia Polski i Polaków. Co gorsze, wszystko wskazuje na to, że niechlubną rolę odegrało w tej sprawie właśnie Ciechanowskie Bezpartyjne Ugrupowanie Wyborcze. Gdy władze w powiecie sprawowała koalicja PSL–PiS, nie dochodziło do takich sytuacji.

Tak czy inaczej, wbrew postanowieniom umowy przewidującej zatrudnienie Teresy Kaczorowskiej w okresie od 1 września 2018 do 31 sierpnia 2021 roku, 23 września 2019 starostwo doręczyło jej odwołanie ze stanowiska. Za pretekst posłużyła kontrola finansowa przeprowadzona w okresie urlopowym w lipcu tegoż roku, gdy z uwagi na nieobecność niektórych pracowników nie można było przedstawić wszystkich materiałów dowodowych. Dopatrzono się błędów i wykroczeń w rodzaju braku kwestionariusza osobowego, braku podpisu w jakimś dokumencie czy też przechowywania kserokopii zamiast oryginału umowy o pracę. W dokumentacji mówiącej o dodatkach za wieloletnią pracę stwierdzono nadpłaty bądź niedopłaty rzędu kilku lub kilkunastu groszy. W odniesieniu do Teresy Kaczorowskiej najpoważniejszy zarzut dotyczył używania jej prywatnego samochodu w celach służbowych bez zgody pracodawcy (czyli starostwa), pomimo iż Centrum Kultury dysponowało własnym samochodem. Fakt, iż należący do ośrodka samochód służbowy to „bus” zużywający dwa razy tyle paliwa i używany w celach zaopatrzeniowych tudzież do przewożenia większej ilości osób nie zainteresował pań prowadzących kontrolę.

Trudno mieć w tym przypadku jakiekolwiek złudzenia. Gdyby nie chodziło o brudną, bazującą na zawiści politykę, lecz o wyeliminowanie biurokratycznych potknięć i nieprawidłowości, Teresie Kaczorowskiej przedstawiono by zalecenia pokontrolne. Jej przeciwnicy z „totalnej opozycji” wybrali jednak drogę z pominięciem obowiązujących przepisów i ze szkodą dla lokalnej społeczności. Dziwne tylko, że nie przewidzieli, iż środowiska, które z kulturą mają dużo więcej wspólnego niż obecne władze powiatu, w sposób zdecydowany zareagują stając po stronie dyrektor Kaczorowskiej i że Wojewoda Mazowiecki unieważni decyzję starostwa. Wojna przeniesie się teraz zapewne na teren sądów, które walczą między sobą. Myślę, że będzie bezwzględna i wyczerpująca, ale o jej rezultat nie obawiam się. Czasy bezkarności postkomunistycznych koterii dobiegają końca.

Na myśl przychodzi mi w tej chwili coś być może przesadnie eksploatowanego, niemniej zasługującego na jeszcze jedno przypomnienie, gdyż w jakimś sensie pasuje do sytuacji, w której znalazły się władze ciechanowskiego starostwa. Komedia Moliera George Dandin ou le Mari confondu jest swego rodzaju żartobliwą ale w swej głębi tragiczną opowieścią o losie bogatego wieśniaka, który dla zdobycia tytułu szlachcica żeni się z ubogą panną szlacheckiego pochodzenia. Kosztuje go to w sumie znacznie więcej niż sądził decydując się na ów krok, czekają go bowiem zdrady małżeńskie oraz pogarda i upokorzenia ze strony własnej żony i jej rodziny. To właśnie z tej tragikomedii pochodzi zdanie mówiące o konsekwencjach bezmyślności, które dzięki przekładowi Tadeusza Boya–Żeleńskiego utrwaliło się w słowach: Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało, sam tego chciałeś.

 

 

Tekst powyższy stanowi fragment większej całości. Jego autor jest emerytowanym lektorem języka polskiego w University of Michigan (Ann Arbor) i b. wykładowcą w Saint Mary’s College w Orchard Lake. Represjonowany w czasach PRL i internowany w okresie stanu wojennego wyjechał z rodziną na emigrację w roku 1983. Po uzyskaniu w 2005 r. statusu pokrzywdzonego prowadził badania w archiwach IPN. W latach 2007–2008 był pracownikiem SKW i członkiem Komisji Weryfikacyjnej d.s. WSI. W roku 2013 odznaczony został Krzyżem Wolności i Solidarności. W 2016 r. na stronie internetowej MON-u redagował dwujęzyczną zakładkę poświęconą warszawskiemu Szczytowi NATO. W roku 2017 Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych przyznał mu status działacza opozycji antykomunistycznej i osoby represjonowanej z powodów politycznych.

Etykietowanie:

napisz pierwszy komentarz