Demograficzna histeria

avatar użytkownika elig

 

  Wczoraj, w sobotę 6 lipca 2019, w portalu TVP Info {TUTAJ} ukazał się artykuł Witolda Repetowicza "Koniec naszego świata".  Autor postanowił nas postraszyć zarówno wyludnieniem, jak i przeludnieniem.  Jak pamiętamy w latach 1965 - 1995 byliśmy nieustannie straszeni tzw. "bombą demograficzną", czyli wizją przeludnionego świata, w którym wszyscy będa stać sobie na głowach z braku miejsca.  Zmieniło się to w latach 90-tych, kiedy w równie histeryczny sposób prorokowano wyludnienie rozwiniętych państw Zachodu.  Repetowicz połączył te dwie przerazające wizje

 

  Z jednej strony powtórzył opowieść o wymierającej Europe, z drugiej zaś opisał przyrost ludności niektórych państw Czarnej Afryki [faktycznie dwa razy większy niż gdziekolwiek indziej] i doszedł do wniosku, że:

 

  "W 2019 r. o pół miliona (0,53 %) wzrośnie liczba ludności w Europie Płn., a o prawie 600 tys. (0,3 %) w Europie Zachodniej. Dokładna analiza danych nie pozostawia jednak najmniejszych wątpliwości: rdzenni Europejczycy wymierają. Współczynniki dzietności najbliższe poziomowi zastępowalności pokoleń mają kraje o największym odsetku ludności muzułmańskiej, tj. Francja (1,98) i Szwecja (1,9), a także Irlandia oraz Islandia (niespełna 2). (...) 

  Populacja Afryki może być jednak nieco mniejsza niż przewiduje to ONZ. W prognozach nie zakłada się bowiem, że kilkaset milionów afrykańskiej (i w mniejszym stopniu azjatyckiej) nadwyżki demograficznej wsiądzie po prostu na łodzie i podbije Europę. Zwolennicy przyjmowania migrantów odpowiadają, że to „straszenie” i dodają, że biały człowiek też był migrantem i jako taki przybył np. do Ameryki. To bardzo dobry przykład bo gdyby Indianie wiedzieli, co się stanie i mieli możliwość powstrzymania tego napływu, to na pewno, by to zrobili. A Europejczyków niechybnie czeka los Indian. Pójdziemy mieszkać w rezerwatach..".

 

  Strach się bać.  Zajrzyjmy jednak do innych publikacji traktujących o demografii.  W opracowaniu przeznaczonym dla liceów {TUTAJ} czytamy m.in.:

 

  "W rzeczywistości migracje mają niewielki wpływ na liczbę ludności danego obszaru. Wyjątkiem są wielkie przemieszczenia ludności spowodowane konfliktami zbrojnymi. Zazwyczaj jednak na przyrost rzeczywisty wpływa głównie wielkość przyrostu naturalnego.".

 

 

  Rzeczywiście, zauważmy, iż w ostatnich latach tempo migracji z Afryki i Bliskiego Wschodu do Europy spadło ponad dwukrotnie i nadal jest zmniejszane.   Przyrost naturalny w Afryce nadal jest wysoki, ale na świecie wciąż się zmniejsza.  Na stronie internetowej tygodnika "Niedziela" {TUTAJ} trafiamy na tekst Internauty z 2002 roku:

 

  "O ile jeszcze w 1999 r. ONZ przewidywała, że w 2050 r. w sumie będzie na świecie 9 miliardów 300 milionów osób, to ostatnie szacunki obniżają te prognozy o 500 milionów. Już przed rokiem 2025 w co piątym kraju rozwijającym się nastąpi spadek urodzeń poniżej " poziomu zastępowalności".

Wydział Ludności Departamentu Spraw Społecznych i Ekonomicznych ONZ potwierdził dramatyczny spadek przyrostu naturalnego w całym rozwijającym się świecie. Zebrani w dniach 11-14 marca br. eksperci w Nowym Jorku dyskutowali na temat Zmiany w zakresie przyrostu naturalnego. Podstawą do dyskusji było studium pt. Wielkie wyzwanie ludnościowe prof. Johna Caldwaya z Krajowego Uniwersytetu Australijskiego w Canberze.

Kurczenie się Trzeciego Świata 

Wielki i gwałtowny spadek przyrostu ludności na świecie okazał się niespodzianką. Od 1965 r. światowy przyrost naturalny obniżył się z 5,0 do 2,7 urodzeń na kobietę. Wiele krajów odnotowało spadek liczby urodzeń poniżej wymaganego poziomu do zapewnienia wymienialności pokoleń. W krajach, które rozpoczęły przechodzenie z wysokiego poziomu przyrostu naturalnego na niski, żyje prawie 40% ludności świata. Obecnie 74 kraje świata mają średni poziom przyrostu naturalnego, tzn. przypada od 2,1 do 5 dzieci na kobietę. Do tych krajów należy m.in. Bangladesz, Brazylia, Egipt, Indie, Indonezja, Iran, Meksyk i Filipiny. "Obniżka stopy przyrostu naturalnego występowała nieprzerwanie w Ameryce Łacińskiej oraz w krajach południowo-wschodniej części Azji, które osiągnęły szybki rozwój ekonomiczny" - pisze Caldway.  

Jedyną strefą na świecie, w której spadek przyrostu naturalnego jest powolniejszy, jest 20 krajów Afryki podsaharyjskiej.".

 

  To nimi właśnie straszy nas Repetowicz.  W roku 2010 na stronie internetowej Piotrskarga.pl {TUTAJ} mogliśmy przeczytać:

 

  "Ostrzeżenie przed poważnymi konsekwencjami spadku liczby ludności na świecie"

  "Philip Longman na łamach pisma poświęconego sprawom polityki zagranicznej „The Foreign Policy” przypomniał, jak jeszcze do niedawna naukowcy alarmowali, że na świecie przybywa zbyt dużo ludzi, którzy będą cierpieć z powodu głodu. Teraz, ci sami naukowcy alarmują, że w bardzo szybkim – nawet zbyt szybkim - tempie ubędzie nas o połowę.  

  Według wyliczeń ONZ, liczba ludności na świecie w ciągu najbliższych 40 lat ma wzrosnąć o jedną trzecią z 6,9 mld do 9,1 mld osób. Przy czym nie chodzi tutaj o wzrost liczby urodzeń, lecz o wzrost liczby osób starszych, które dożyją bardziej sędziwego wieku. Przewiduje się, że liczba dzieci w wieku poniżej 5 roku życia spadnie aż o 49 mln, podczas gdy wzrośnie liczba starców o 1,2 mld. Później jednak nastąpi bardzo szybki spadek liczby ludności wskutek wymierania osób starszych. Przykładowo, już teraz w Rosji mamy o przeszło 7 mln mniej osób niż było w 1991 r. Na świecie liczba ludności zacznie drastycznie spadać od 2070 r. i do 2150 populacja, jak przewidują naukowcy, zmniejszy się o połowę.  

Longman zauważa, że niski przyrost naturalny dla wielu państw rozwijających się mógł się jawić jako atrakcyjny, ze względu na większą dostępność dóbr i szybsze bogacenie się społeczeństwa. Sytuacja jednak zaczęła wymykać się spod kontroli.".

 

  Nie tylko źródła katolickie piszą o tym.  "Gazeta Wyborcza" zamieściła {TUTAJ} artykuł Michała Gostkiewicza "Na świecie od 60 lat rodzi się coraz mniej dzieci. Jak bomba demograficzna została rozbrojona? ".  Autor przytacza opinię eksperta:

 

  "- Spowolnienie przyrostu naturalnego może jednak być problematyczne dla poszczególnych gospodarek. I to nawet nie dlatego, że będzie w nich stopniowo coraz mniej rąk do pracy - możliwości technologiczne, także na skutek robotyzacji, są współcześnie wystarczające, żeby zapewnić wszystkie podstawowe potrzeby ludności, nawet przy malejącej liczbie pracowników. Problem, z którym nie radzą sobie gospodarki kapitalistyczne, to jak wygenerować popyt na dobra i usługi. Niska dzietność to bowiem mniejsze wydatki związane z zakładaniem rodziny czy urządzaniem domu, czyli w głównych kategoriach konsumpcji. Powstałą w ten sposób lukę mogłyby załatać wydatki osób starszych: na zdrowie, usługi opiekuńcze czy rekreację. Możliwości nabywcze emerytów są jednak zależne od świadczeń społecznych, a zatem od decyzji politycznych. Niskie i nieprzewidywalne emerytury osłabiają zatem koniunkturę, hamują inwestycje i sprzyjają wzrostowi bezrobocia .".

 

  Są to zupełnie inne problemy niż te, o których pisze Witold Repetowicz.  Może nadszedł czas, by przestać nas straszyć demografią, a zacząć rzeczowo o niej pisać.

 
Etykietowanie:

1 komentarz

avatar użytkownika amica

1. Przy okazji

1) statystyki jednak coś mówią -- w dłuższej perspektywie różnice w zaludnieniu i dzietności nie są korzystne dla Zachodu; 2) do funkcjonowania społecznego konieczna jest pewna wspólna płaszczyzna kulturowa -- zbytnia rozbieżność zasad sprzyja konfliktom; 3) powstałą lukę konsumencką poszerza się ofertą przyjemności. A niby dlaczego lansuje się te wszystkie fanaberie biseksualne i genderowe? Bezdzietność, lansowanie wyrafinowanego seksu i swobody obyczajowej pozwala skoncentrować wydatki na sobie i partnerach, wiecznej urodzie i młodości, "hulankach, swawolach" i absurdach typu zmiany płci. A emerytury? Zależność miedzy dzietnością a emeryturami to sprawa przyszłości, a zarobić trzeba teraz.