ROZGONIĆ STRAŻE MIEJSKIE (cz. 1 i 2)

avatar użytkownika transfokator

 

Ludzie coraz śmielej robią wyliczenia kosztów, z których wynika, że miasta do tych nierobów w czarnych mundurach dopłacają. Wypasione byczki, niedouczone smyki i smyczki (a może smykałki, bo naprzyjmowali, dla lepszego wizerunku, sporo pań), których jedynym „duchowym” efektem jest kultywowanie denuncjacji, pochwalanie szpiclowania. Czyli rozwalanie naturalnej spoistości międzyludzkiej, podważanie zaufania każdego do każdego. Pracują na froncie podlewania oliwy do polskiego piekiełka. Niby w imię racji wyższego porządku. Pilnowania ładu społecznego. Donoszą na siebie i obligatoryjnie zasłaniają się donosicielstwem współobywateli. Formacja omal jak dawne ormo – obrzydliwa!


 

W Katowicach szef placówki nasłał kontrolę Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego na swych podwładnych. To ci moralność panująca w tym środowisku: można podejrzewać, że naboru dokonuje się spośród bazarowych graczy w trzy karty. Każdy, kto miał do czynienia z tą bezczelną formacją siłową wie, że gadka, iż działają wskutek obywatelskiego zgłoszenia (protestu, oburzenia, chęci czynienia dobrze etc) – choćby interwencja odbywała się na odludziu – to jest to formułka, którą każą im klepać przełożeni. Donos obywatelski – syndrom moralnej zgnilizny. Pawka Morozow. Powtarzają więc ten najbardziej wredny argument strażnicy miejscy jak pacierz, choć z tym ostatnim, sądząc po ich niekatechetycznych zachowaniach, pewnie poszłoby im znacznie gorzej. Afera goni aferę. W Pszczynie komendant ma utajniony proces pod zarzutem prokuratorskim „Wymuszanie kontaktów na tle seksualnym oraz niedopełnienie obowiązków przez niegodne zachowanie się”.


 

W Krakowie straż miejska, z pewnością graniczącą stu procent, zatrudnia na etatach kapusi (warto by wnieść zapytanie poselskie w tej kwestii – jakim prawem?; chętnie służę przykładem), bowiem spostrzegłem, jak jakiś młodzian, przechodząc obok mojego samochodu, zauważył coś, sięgnął po komórkę i zaczął z kimś rozmawiać. Potem z dalsza obserwował moje auto i czekał. O co chodzi pokapowałem się dopiero wówczas, gdy nagle wyrosła koło mnie suka straży miejskiej: spojrzałem w kierunku inwigilatora, ale ten zniknął jak kamfora. Był do ostatniej chwili potrzebny, żeby ich w razie czego powiadomić, że odjeżdżam i nie mają po co się fatygować, bo łupu nie będzie.


 

Opiszmy dla przykładu zaistniałą sytuację. Zaparkowałem jak inni miejscowi, tylko na niekrakowskich rejestracjach, na chodniku pod AGH, nieco na uboczu, obok parku. Nie tarasowałem przejazdu. Gdzieś pewnie na początku ulicy był zakaz postoju. Siedziałem w aucie (ale z zewnątrz niewidoczny), więc w każdej chwili mogłem się przesunąć, gdybym komuś zawadzał, ale nie było takiej potrzeby. Ewidentnie ten ktoś miał za zadanie chodzić po mieście i zgłaszać telefonicznie źle zaparkowane samochody, a gratkę ma zwłaszcza (i zapewne premię) wtedy, gdy zapoluje na frajera z obcą rejestracją.

Rutynowo zabrali się do zakuwania mi koła. „Ależ, czyście powariowali, to restrykcja, szykana …!” – odruchowo wykrzyczysz. Obraza majestatu. Dajcież spokój, jestem na miejscu... Nie! – Mandat albo spotykamy się w sądzie...? Będziesz jeździł z Chorzowa do Krakowa przez dwa lata, nim wyrozumiały i odważny sędzia (jeśli na takiego trafisz?), także zastraszany przez palestrowy nadzór i służbowy kontekst, doprowadzi w końcu taki pseudoproces, oparty na podoliwionej szykanie, do finału zwanego umorzeniem. Pewnie wiedząc jak to leci krakowscy „mundurowi oprawcy” nade mną byli ważni jak magi w rosole.


 

W Chorzowie zakuwają auta pod szpitalem – znak jest tak ustawiony, że budżet miasta może traktować to miejsce jak mennicę. Podjeżdżasz pod pogotowie jednokierunkową, a znak „zakaz postoju” jest ustawiony daleko z drugiej strony, dwukierunkowej. Widząc zaparkowane auta takich samych jak ty, stawiasz brykę, lecisz w te pędy na porodówkę pomagać przy odbieraniu potomka, i po chwili jesteś obuty w żółtą skarpetę. 100 zł i punkt karny. Stoisz pod murem, żadnych sąsiadów, komu mógłbyś zawadzać, droga szeroka, że tir 18. osiowy z przyczepą przejedzie, ale usłyszysz, że było zgłoszenie obywatelskie. Stoi przede mną i moją siwą głową siksa w mundurze, pokazuję jej prawo jazdy E-D, tłumaczę, że to szykana, znam życie, mam praktykę, bo parkuję autobusy z przyczepami w ciasnym Amsterdamie pociętym kanałami bez barierek, gdzie jeździ się na milimetr, i że robię to samo w Rzymie, Madrycie, Sztokholmie, policja tam rozumie ludzi, bo społeczeństwa lepiej żyją, gdy stosuje się wyrozumiałość, a nie restrykcje. Gdzie tam, ja mam skołatane nerwy życiem, a ona zdrowa samiczka, dostała epolety, pistolet, i ma mi tylko tyle do powiedzenia: „Rozumiem, że odmawia pan przyjęcia mandatu? To znaczy, że spotykamy się w sądzie.” A tam sędzina zaczyna od drzwi: podsądny ma jeszcze szansę się wycofać, bo jeśli przegra, to w wysokości razy dwa plus koszta sądowe. Sprawy z powództwa państwowego obywatel przegrywa w 97 proc. (a de facto w 10o proc.). To jest skandal na skalę światową. Tylko Korea Północna dorównuje Polsce.


 

Takie sytuacje, gdy czujemy, że jest coś nie tak, zdarzają się nagminnie. Interweniujemy pod szpitalem, bo było zgłoszenie obywatelskie. Tak, było, ale z telefonu od parkingowego, który ma prywatny interes i potrzebuje naganiacza-zastraszacza, by lepiej kręcić swój biznes. (Na marginesie zapytam: co trzeba mieć we łbie, jakim bezdusznym trzeba być draniem, żeby wymyślić na terenie szpitali, w miejscu tak stresogennym, gdzie ludzie dookoła widzą zagrożenie życia i boją się śmierci, dopiekanie chorym i ich rodzinom płatnymi parkingami?). Dodam na zakończenie, by spuentować ten akapit, że nagminny łupieżca-strażnik miejski pod szpitalem to były pielęgniarz z tej placówki. Podjeżdżają ludzie pod pogotowie, szukają drobnych, często nie mają pieniędzy, a tu ich łupią miejscowi piraci – chamstwo i skandal. Mieszanka bezrozumnych zamiarów władzy, złej woli rządzących, pomieszanie zwykłej szykany, jakiś rodzaj raketu, ukrytej pazerności pod poufną dyrektywą – „byle się wykazać robotą na nie”, dopiec obywatelowi, poszarogęsić się na ulicy z butą na wydętych wargach i mrozem bijącym z ołowianego czoła. Jesteśmy jako społeczeństwo wmanewrowani w niedobre stosunki międzyludzkie, które zafundowali nam naprawiacze świata, i wciąż je administracyjnie „ulepszają”.


 


 

Przez długi czas nie mogłem swobodnie zaparkować pod firmą, bo po kilka razy dziennie wzywano straż, by mi zmierzyła odległość auta od skrzyżowania. W końcu wyczailiśmy z sąsiadami, że naprzeciw mieszka staruszka, której mąż zapłacił mandat za złe parkowanie na moim miejscu, więc – mając dużo czasu – zerkając zza firanki przez telefon zadawała straży zadania domowe, a mnie przy okazji nękała do ugnicia wątroby. Funkcjonariusze są zobowiązani do ochrony danych donosiciela, nie mogli więc niczego z taką głupotą zrobić, rozkładali kajety i mówili, że są bezradni. A ja buliłem. Zaczęło się od szykany, sprowokowano odwet.


 

W Katowicach zakuwano nagminnie pod bankiem na Koszutce, postawiłeś auto na chodniku (pusto, zakaz gdzieś daleko, na końcu ulicy, więc wielu kierowców nawet o jego istnieniu nie wiedziało), wyszedłeś na chwilę do bankomatu, a już miałeś straż miejską na karku. Co u licha?, pytam okolicznych. Ano na pierwszym piętrze mieszka damulka, żona jakiegoś bonzy z urzędu miasta, której wszystko przeszkadza, a przy okazji sprawdza mężowi sprawność jego służb. A tak po prawdzie baba-wałkoń nie ma co robić, nudzi się, więc z miłości do kasiastego małżonka pilnuje mu przepisów i zarządzeń. Bo nasłuchała się w domu, że obywatele to dzicz i ONŻE, Pomazaniec Ustroju Totalitarnego, robi wszystko, żeby utemperować złe instynkty poddanych. I dziwić się potem...!? Gdy się ktoś takich głupot nasłucha w łóżku, to gotów w halce cię po ulicy ścigać... Dosłownie.


 

„Zostawcie w spokoju rowerzystów jadących spokojnie chodnikiem. Na ulicy piraci gnają setką i zajeżdżają drogę”. „Najpierw skusili ludzi wypożyczalniami rowerów, a teraz kasują wypożyczających na mandatach!”, „Za prawdziwymi bandytami wam się nie chce ganiać, a rowerzysta to łatwy łup” – takie oburzone listy od czytelników przyszły w stolicy do redakcji „Metra”, gdy opisano, że straż miejska i policja masowo łapią rowerzystów jeżdżących chodnikami. Mało tego – ganiają dzieciaki, o które drżą rodzice, by nie znalazły się na jezdni.

Niedawno sensację wzbudził (i nadal przykuwa uwagę) film w internecie o skandalicznym, brutalnym zachowaniu straży miejskiej w Toruniu. Sprawę nagłośnił znany siłacz, Patryk Buczko. Osiłki na patrolu nudziły się, więc postanowiły sprowokować przechodnia, Marcina z Grudziądza, śpieszącego się na pociąg. Chłopak miał słuchawki na uszach i nie usłyszał zaczepki mundurowych, żeby się zatrzymał. Został skopany i pobity w radiowozie, sadystycznie zaciskano mu kajdanki do krwi, tak że wył z bólu. Zebrał się tłum przy radiowozie, skrzyknęli się świadkowie i nagłośnili sprawę w sieci. Teraz trwa przygotowywanie referendum mające na celu likwidację toruńskiej straży miejskiej. Na etapie tysiąca zgłoszeń na FaceBooku 88% wpisów jest za. Od dawna tam studenci zauważali i sygnalizowali wyjątkowe chamstwo buców w ciemnych mundurach. Jeden głośniejszy incydent ... i poszłooo!


 

Półtora roku temu w Dąbrowie Górniczej wykryto to, co wiemy bez wykrywania: sprawców łapownictwa na wielką skalę w tamtejszej straży miejskiej. Teraz na tapetę ABW wzięła Katowice: podobnie jak za miedzą mają 16. podejrzanych z zarzutami prokuratorskimi, w tym 7 aresztowanych. W sumie ponad 800 przestępstw, które ma rozpatrzyć sąd. W Pszczynie tamtejsza straż miejska dzieliła się pieniędzmi za łapanie na fotoradar z prywatną firmą z Pomorza. Prywaciarze-Spadochroniarze-Fotoradarowcy (tego by nawet Rosiewicz nie wymyślił i nie wyśpiewał) co parę dni wpadali na Śląsk, by łupić miejscowych frajerów pod egidą magistratu, a robiono to bez uprzednich (czujecie to słowo? bo potem już im je dano) zezwoleń.


 


 

Dane sfotografowanych kierowców były przekazywane osobom postronnym. Gang z Wybrzeża miał zarobić na jednym urządzeniu 740 tys., a zdjęcia tablic rejestracyjnych oraz osób za kółkiem przekazywane na pendrivie rozpracowywał we wsi Kęsowo strażnik zatrudniony na ćwierć etatu (czemu trudno się dziwić, bo to przez innych opłacany słup, by zadbał o złupienie prawdziwej kasy dla bosów). Gość dostawał bezprawnie na pendrivie dane osobowe kierowców i opracowywał skierowania do skarbowo-sądowej egzekucji. Miał tyle roboty (15 tysięcy zdjęć nacykali), że nie nadążał, więc waaadza Pszczyny – by po roku sprawy się nie przedawniły – wymyśliła, iż będą hurtowo te sfotografowane wykroczenia kierować do sądu, bo wtedy procedura egzekucji przedłuża się o dwa lata. Pojawienie się prywatnego biznesu na fotoradarach oburzyło wielu mieszkańców. Zawiązali Społeczny Komitet Obrony Kierowców, który ujawnił te skandaliczne, wręcz faszystowskie zabiegi gangów mundurowo-urzędniczych, które nas na każdym kroku opresjonują. O sprawie z gazet dowiedziało się MSWiA i zleciło kontrolę w pszczyńskiej straży miejskiej. Skończyło się na upomnieniach. Pies psu łba nie urwie.


 


 


 

Coraz głośniej mówi się już, żeby tę bandę nierobów i niedouczonych osiłków rozgonić na cztery wiatry. W Rybniku, Pszczynie, Żywcu ta sprawa stanęła na forum publicznym na poważnie. Na razie referenda są przegrywane, bo frekwencja jest niewystarczająca, gdyż skapcaniałe masy nie myślą, tylko mniemają. Argumenty zwolenników likwidacji straży miejskich są zazwyczaj ekonomiczne. Na przykład inicjatorzy referendów z Kongresu Nowej Prawicy wskazują na koszty utrzymania formacji jako na główny powód, dla którego trzeba zlikwidować straż. Wnioskują, aby zaoszczędzone na strażnikach pieniądze przeznaczyć na dofinansowanie działań policji – np. na dodatkowe patrole. W Rybniku przekonywano, że pieniądze przeznaczane na straż powinny być przekierowane na tworzenie żłobków i przedszkoli. Władze z takimi argumentami się nie zgadzają, podkreślając że strażnicy wykonują wiele zadań, których nie jest w stanie obsłużyć policja.


 

Ciąg dalszy w następnym numerze.


 


 

ROZGONIĆ STRAŻE MIEJSKIE (2)


 

Ludzie coraz śmielej robią wyliczenia kosztów, z których wynika, że miasta do tych nierobów w czarnych mundurach dopłacają. Władze z takimi argumentami się nie zgadzają, podkreślając że strażnicy wykonują wiele zadań, których nie jest w stanie obsłużyć policja.


 


 

Tere-fere-kuku! Oto Żory, które już w 1999 roku zlikwidowały straż miejską, radzą sobie bez niej doskonale, a mieszkańcy są bardziej zadowoleni z bezpieczeństwa i porządku w mieście w wykonaniu policjantów. Jak zaznacza Dorota Marzęda, rzeczniczka prasowa żorskiego magistratu, likwidacja straży miejskiej to znaczne oszczędności dla miasta. Roczny koszt jej utrzymania plasował się w granicach 1 mln zł, pieniądze te zasiliły budżet tutejszych oddziałów policyjnych. Miasto sponsoruje nie tylko etaty policyjne, ale i dodatkowe patrole, które kontrolują posesje, wywóz śmieci itp. „ - W tym roku na 9 etatów policyjnych wydamy 650 tys. zł, natomiast na dodatkowe patrole policyjne 35 tys. zł (wg stawki 20 zł/godz.)” – zaznacza rzeczniczka. Można poczytać na lokalnych forach, jak ludzie sobie chwalą pozbycie się upierdów z miasta. Czyli co...? Można? Można.


 

W czasie, gdy się likwiduje żołnierzy i ogranicza budżet dla policji, znakiem, że uzbrojona w broń palną i nadmierne uprawnienia straż miejska jest komuś potrzebna (tak jak i firmy ochroniarskie) jest gwizdek i przekłuty balon Janusza Palikota, jego niedawna, nieoczekiwanie nagłośniona inicjatywa, by robić referenda w sprawie likwidacji straży miejskich. Wyskoczył z tym, czując w niezadowoleniu z istnienia tych pseudostróżów pseudoporządku ugranie sporego elektoratu dla swojej partii. I co? Widać Filip z Konopi vel Palikmiot z Penisem tym razem nie uzgodnił propozycji z kim trzeba, więc w tej kwestii jak szybko wychynął, tak szybko zapadł się pod ziemię.


 


 

Budżet w 2013 roku straży miejskiej w Katowicach to 9,5 mln złotych. 140 terenowych pracowników, zarabiających średnio 3000 zł miesięcznie, rocznie otrzymuje 5 mln. Reszta to koszty kierownictwa oraz infrastruktury. Szef-denuncjator twierdzi, że nie może być poważnej rozmowy o pogonieniu go (wraz z jego zgangrenowaną czeredą) w diabły, bo zarabia dla ratusza. Bo wykonuje czynności, których nikt inny nie jest w stanie za niego zrobić. Oto one: w minionym roku katowiccy strażnicy wystawili ponad 8600 mandatów na kwotę ok. 1,6 mln zł. Najwięcej tradycyjnie ci z ruchu drogowego, którzy mają też na koncie 11 tys. założonych w 2012 r. blokad. Strażnicy wytropili także nietrzeźwych (980-ciu wlepiono mandaty a 1402 doprowadzone do Izby Wytrzeźwień) oraz dostrzegli wandali (1975 ujawnionych przypadków dewastacji urządzeń użytku publicznego.), przeprowadzili ponad 26 tys. kontroli porządkowych na terenie miasta (co spacer, to wyjście sprawdzające, dlatego tyle wciąż sobie piszą w tych kajecikach; byle w rubryczkach przybywało!), 163 w skupach złomu oraz 360 w domowych paleniskach, w których istniało podejrzenie palenia śmieci. Mówiąc krótko zrobili to, czego dawniej, bez chwalenia się, dokonywali dzielnicowi i policjanci w ogóle, którzy obecnie także snują się parami (czasem podobnie jak za PRL-u, pies z towarzyszem) po ulicach.


 

„Wszyscy zatrzymani byli zatrudnieni w Referacie Ruchu Drogowego. Łapówki przyjmowali przede wszystkim od źle parkujących kierowców, ale nie tylko – informuje Marta Zawada-Dybek, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Katowicach. – Za niewypisanie mandatu za złe parkowanie, czyli maksymalnie 500 zł, brali 300 zł.”

I tu jest pies pogrzebany: dano Rzepom-Trepom za duże prerogatywy, by generowały pole do korupcji (rekordzista podobno 500 razy dorabiał sobie do pensji). Jak można grozić komuś np. za wyjście z auta po papierosy haraczem 500 zł i punktami karnymi, to tylko Bóg jeden raczy wiedzieć, bo on ma rozeznanie w szatańskich pomysłach lęgnących się w zakutych łbach nad Wisłą? Rządzący Polską nie mają w ogóle pojęcia, ile ludzie zarabiają, jak wiążą koniec z końcem, co to znaczy być u siebie i nie oglądać się, czy za plecami nie stoi jakiś stójkowy z nahajem. Ale mentalność niewolnicza tego potrzebuje. Ma poniekąd rację mój sąsiad-góral, który rzecze sentencjonalnie: „Nie chodzę na wybory, bo nie będę sobie wskazywał ciemiężcy.”

Społeczeństwo (zakutymi łbami swych reprezentantów) zgłupiało do reszty. Oto czytam jak w małej gminnej dziurze radni stali się zaradni: „W Porębie koło Zawiercia tamtejsi radni wpadli na pomysł, aby budżet miejskiej kasy zasilić mandatami i uchwalili, że w tym roku straż miejska ma do niego wnieść prawie 3 miliony złotych. Jeśli do tego dodać, że strażników jest tylko dwóch, to nie trudno policzyć, że dziennie powinni nakładać mandaty na kilka tysięcy złotych.” Mają tam, na ruchliwej wylotówce, fotoradar, który, jak wszędzie, stał się kopalnią złota. Czy teraz rozumiecie koniunkcję pomiędzy wojną radarową T(f)uska z Polakami, gdy jego urzędnicy dają mu wsparcie, gdyż mają interes, by nas łupić?

Zastosujcie taki eksperyment pamięciowy. Ile miejsc było w waszej okolicy poobstawianych zakazami postoju, że niby parkujący przeszkadzaja w ruchu, a potem zrobiono tam płatne parkingi? Najlepiej widać to przy placach, gdzie ustawiano znaki „ronda”. Walono tam mandaty, zakuwano auta, mimo że miejsca było na tyle, że dwa tiry by się minęły. Gdy zrobiono tam parkingi, nagle zakazy postoju przestały obowiązywać, a drogi jak były przejezdne, tak pozostały. Mam kolekcję takich mandatów-raketów – czy teraz, gdy są tam płatne parkingi, odda mi miasto podkradzione pieniądze z odsetkami?

I tak jest ze wszystkim. Zauważcie, że straże miejskie szarogęszą się w ścisłych centrach miast. Tak jakby chciały nas odstraszać od ich odwiedzin. To jakaś paranoja. Do supermarketu zawiozą cię za darmo, auta przypilnują, a na deptaku cały czas myślisz, czy zdążysz wrócić na czas do samochodu, albo czy czegoś nie przegapiłeś przy parkowaniu i nie stoisz w jakiejś administracyjnej pułapce?

Albo przyjrzyjcie się zabezpieczaniu imprez masowych, manifestacji, giełd samochodowych. Toż to raj do wlepiania mandatów, głównie pod pretekstem złego parkowania, gdy nie ma gdzie palca wcisnąć i każdy szuka skrawka wolnej przestrzeni, żeby tylko inni mogli przejechać. Ukarać jak najwięcej przybyłych – tak wygląda „fachowa obsługa zabezpieczająca” kieszenie prywatno-urzędnicze w takich razach.


 

Najpierw wszelkimi dostępnymi metodami rozwalić więzy społeczne, a potem zastosować administracyjno-siłową opresję. Miasta stały się sfeudalizowane, w ratuszach siedzą wyobcowani książęta, którzy traktują lud jak pachołków lub dojne krowy (albo baranów w kierdlu). Nie wolno dawać się nabierać na ich pokrętne liczby i górnolotne argumenty oparte na sofistyce – musimy wołać prostym językiem co czujemy, bo to jest jedyna nasza siła: protestować przeciwko zawłaszczaniu naszej przestrzeni publicznej, naszej wolności. Wyrazić to głosem serca!


 

Coraz bardziej widać jak na dłoni, że prawno-formalne działania paramilitarne „podatkowych gangsterów”, nasyłanych na nas z magistratów, jest niejasne, jak cała ta „czarna formacja”. Na Dolnym Śląsku burmistrz, zwalczając Starostę z innej opcji politycznej, ustawił znak zakazu zatrzymywania się pod starostwem i kazał straży miejskiej karać podjeżdżających tam mandatami. Ja się w takim państwie nadużywania szykan przez przedstawicieli władzy, czyli w przestrzeni publicznej regulowanej w praktyce pseudo-prawnie, źle czuję. Boję się wychodzić na ulicę. Dookoła widzę okupantów. Czy tylko ja mam takie smutne odczucia, złe wrażenia, dające do myślenia przypadki i obserwacje? Mam obsesję życia w nieprzychylnym otoczeniu, w gorsecie przeadministrowanego ustroju?


 

Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego wezwana do rozpracowania łapówkarzy w Katowicach przez kierującego swymi podwładnymi to sygnał utwardzania się tej formacji paramilitarnej: wkracza teraz doktryna „zero tolerancji” burmistrza Nowego Jorku Rudolfa Giulianiego (1994-2001), którego, po pierwszych ochach i achach, przede wszystkim kierowcy (bo to wszędzie jest najłatwiejsze pole do wykazania się przez „stójkowych”) mieli tam powyżej dziurek w nosie: będziemy jeszcze bardziej doskwierać obywatelom, egzekwować bezwzględnie najmniejsze naruszenie przepisów, jakiekolwiek wykroczenie, zamiar bycia niepoprawnym, postaramy się zastraszyć każdy odruch mogący stać się wybrykiem, zrobimy to tak, byśmy mieli niemal 100% skuteczności korzystania z naszego prawa do naprzykrzania się mieszkańcom. Powtórzmy: Upierdy-Rzepy-Trepy z rękami na kaburach naprawdę tak myślą. To obrona przez atak (pod pretekstem samooczyszczania się paramilitarnego oddziału szykowanego do otwarcia nowego frontu walki z poddanymi) ciągle tego samego rojowiska szerszeni, które – w ramach dyrektywy o szybkim dopełnianiu beczki miodu – mają być skuteczniej poszczute na pasiekę z pszczołami.

Siłowiki” w każdym kolorze umundurowania taką zagrywkę, zwaną we własnym gronie „prospoleczną ściemą”, stosują.


 

Żródła:

http://buczkopatryk.pl/pl/mlody-niewinny-mezczyzna-rozrywka-dla-strazy-miejskiej-w-toruniu/

http://www.pomorska.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20130422/TORUN01/130429923

http://metromsn.gazeta.pl/Lifestyle/1,126513,13970366,Strach_ma_dwa_kolka___wojna_pieszych_z_rowerzystami.html

http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35019,8746395,Straz_miejska_z_fotoradarem__Na_granicy_prawa_.html

http://katowice.naszemiasto.pl/artykul/galeria/1864600,straz-miejska-katowice-16-straznikow-uslyszalo-zarzuty-7,5447332,id,t,zid.html#galeria

http://pszczyna.naszemiasto.pl/artykul/1620117,pszczyna-komendant-strazy-miejskiej-zawieszony-i-z,id,t.html

http://www.tvs.pl/43084,w_pszczynie_trwa_referendum_w_sprawie_likwidacji_strazy_miejskiej.html

http://www.tuzory.pl/wiadomosci,czy-likwidacja-strazy-miejskiej-w-zorach-to-pozytywny-przyklad-dla-innych-miast-,wia5-3273-3389.html



Publikacja: Gniewko Miłosz, Rozgonić straże miejskie (cz.1 i 2), "Gazeta Śląska" nr 22 (31.05-06.06.2013 oraz nr 23 (7-13.06.2013).

Patrz też:

http://mikro-makro.nowyekran.net/post/93768,rozgonic-straze-miejskie-cz-1-i-2

http://www.fronda.pl/blogi/transfokacje/rozgonic-straze-miejskie-cz-1-i-2,33983.html

http://www.radiownet.pl/publikacje/rozgonic-straze-miejskie-cz-1-i-2#/publikacje/rozgonic-straze-miejskie-cz-1-i-2

http://blogopinia24.pl/polityka/817-rozgoni-strae-miejskie-cz-1-i-2

napisz pierwszy komentarz