Z punktu widzenia zamachowca

avatar użytkownika FreeYourMind

(medytacje smoleńskie 3 – hipoteza dwóch miejsc)


(Proszę zrobić sobie kawę, bo czytania jest dużo :))


W sowieckich specsłużbach, jak można wyczytać choćby u Suworowa, za najwyższy kunszt w „działalności operacyjnej” wymierzonej przeciwko „wrogom” uchodzi spowodowanie czyjejś śmierci w taki sposób, by wyglądała na naturalną; na nieszczęśliwy wypadek. Taką strategię przyjmuje się z dwóch powodów: po pierwsze, dlatego, że sprawców zwykle się wtedy nie ściga (bo ich „nie ma”), a po drugie, bo ofiara atakowana jest z całkowitego zaskoczenia, czyli nie jest przygotowana do samoobrony (gdy już ta ofiara spostrzega, że wpadła w zasadzkę, jest dla niej za późno).


Pojedynczych przeciwników likwiduje się w nieskomplikowany sposób – przecina przewody hamulcowe (nieszczęśliwy wypadek na drodze), dodaje trudnej do wykrycia w zwykłym pośmiertnym badaniu trucizny powodującej „naturalnie wyglądający” zgon (zawał serca) itd. Trudniejszym zadaniem jest dokonanie zbrodni o charakterze masowym, a wyglądającej na spowodowaną przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Wypadki z udziałem wielu (kilkudziesięciu) osób zdarzają się stosunkowo rzadko i to w bardzo wyjątkowych warunkach (wykolejenie się pociągu, karambol na drodze, katastrofa budowlana itd.). Jeśli więc chce się dokonać zamachu na jakąś większą grupę osób, zwłaszcza na wysokich urzędników i wojskowych obcego kraju, należy operację przygotować w niezwykle staranny sposób. Najlepszym środkiem do wykorzystania wydaje się tu jakiś środek lokomocji – np. samolot. Katastrofy lotnicze w końcu się od czasu do czasu zdarzają – najczęściej przy nieudanych próbach podchodzenia do lądowania.


Przede wszystkim jednak należy wybrać odpowiedni czas i miejsce zdarzenia. Czas musi być taki, by mało kto się takim przelotem interesował, a miejsce takie, by mało kto mógł być świadkiem przygotowywanej operacji. Takie warunki spełnia stare, niemal nie używane, posowieckie wojskowe lotnisko, które nie funkcjonuje na żadnych cywilizowanych mapach. Lotnisko najlepiej niech działa w jakiejś wyjątkowo ciężkiej mgle – to zawsze ogranicza ilość świadków zdarzenia. Oczywiście, obsłudze lotniska nic nie powinniśmy mówić, im mniej bowiem osób jest wtajemniczonych w operację, tym łatwiej będzie uruchomić potem międzynarodową kampanię dezinformacyjną (zakładamy, rzecz jasna, że będą nas osłaniać po operacji zaprzyjaźnione media nasze i zagraniczne, dla których wersja z wypadkiem będzie niepodważalna i dobrze udokumentowana). Tej obsłudze wystarczy nakazać wykonywanie poleceń zwierzchnictwa, co w Rosji należy do kanonu służbowych zachowań od dawien dawna. Prosty chłop ma się słuchać, bo jak nie to kula w łeb.


No więc mamy zabezpieczoną wieżę, dosyłamy do niej paru swoich ludzi, którzy jakby co zastrzelą opornych, tłumacząc, że przestępcy zostali w ostatniej chwili obezwładnieni, choć, co zrozumiałe, „tragedii nie udało się powstrzymać”. Wieża to jednak nic w stosunku do tego, co trzeba zrobić, by miejsce zdarzenia wyglądało tak, jakby doszło do wypadku. Do takiej aranżacji niezbędne jest przeanalizowanie zdjęć z innych katastrof lotniczych i ustalenie, jak zachowują się części rozpadającego się samolotu – w jakich kierunkach lecą i jaki mają rozkład, gdy dojdzie np. do kolizji z ziemią.


Skądinąd jednak wiemy, że tupolewy (a takim akurat ma lecieć wroga delegacja) nawet w przypadku awaryjnych lądowań na zalesionym terenie (zakładamy, że wrogi samolot nie doleci do lotniska, tylko dopilnujemy, by zboczył z kursu), zachowują dość dobrze swoją konstrukcję. Żeby więc coś wyglądało jak wypadek tupolewa, a zarazem taki wypadek, który spowodował NATYCHMIASTOWĄ śmierć blisko stu osób (a nie paru, zaś reszta ranna – nie przewidujemy ocalałych z zamachu), musimy w naszej inscenizacji obrócić samolot w ostatniej fazie jego lotu. Ta natychmiastowa masowa NATURALNA śmierć musi przecież jakoś być wytłumaczalna, a nie podejrzana, skoro maszyna nie spadnie z wysokości kilometra, lecz kilkudziesięciu metrów. Obrócić zatem musimy samolot wroga w taki sposób, by z impetem „spadł na plecy”, a następnie rozsypał się na poszczególne części. Przy takim jednak scenariuszu pojawia się kilka szczególnych problemów, powiedzmy, technicznych.


Jeśli samolot ma się obrócić na plecy, to powinien następnie (przy swojej prędkości i skoro ma po drodze spadając „ciąć drzewa”, a nie wbić się kokpitem w ziemię jak rzucony ostrzem w dół nóż) z rozpędu szorować podłoże, czyli powinno być „koryto” po jego przejeździe po gruncie. W przeciwnym razie musiałby pionowo spaść na te plecy, no ale wtedy nie miałby rozrzutu części w linii prostej, tylko rozpadłby się na boki jak jajko na podłodze. Pionowe opadnięcie jednak zupełnie nie wchodzi w grę, gdyż świadczyłoby ono o jakiejś awarii na pokładzie (taka zaś zaraz by skłoniła rozmaitych domorosłych śledczych to węszenia w poszukiwaniu sabotażu; tego chcemy uniknąć). Samolot zatem musi spadać ukośnie, obrócić się (np. po uderzeniu w jakiś wysoki słup lub drzewo), a następnie wyrżnąć w ziemię tak, by kawałki ustawiły się w pewien ciąg potwierdzający feralny, błędny kierunek lotu w ekstremalnych warunkach pogodowych.


Takie są nasze założenia – tym niemniej pewności, że tak poleci samolot, który chcemy zniszczyć, nie mamy żadnej. Bogiem a prawdą jednak, nie interesuje nas w tej chwili to, jak rzeczywiście poleci samolot, lecz tylko to, jak sprawić, by jego ostatnie sekundy wyglądały (dla ludzi, którzy zjawią się na miejscu i dla mediów, które będą relacjonować to niesamowite zdarzenie) na zwykły lotniczy wypadek. Tak więc, jak w Rosji, gdy najpierw przeprowadziliśmy zamachy na ludność cywilną, a następnie oskarżywszy o nie Czeczenów, wszczęliśmy z nimi wojnę; tak jak w Gruzji, gdy najpierw zbombardowaliśmy jakieś ichniejsze miejscowości, a następnie obciążywszy winą za te bombardowania Gruzinów, przystąpiliśmy do inwazji na Gruzję – tak i tu najpierw za pomocą innego samolotu (np. przelatującego jakiś czas wcześniej Iła-76) zaaranżujemy wypadek, skosimy drzewa, zrzucimy części „rozpadającej się maszyny”, a następnie sprawimy, by samolot wroga do wyznaczonego celu już „nie doleciał”. Tylko taki scenariusz bowiem pozwala nam skupić uwagę całego świata na „miejscu zdarzenia” nie zaś na miejscu, gdzie rzeczywiście zostanie zniszczony wróg.


Taka aranżacja wydaje się o tyle prosta, że w naszym kraju produkujemy, remontujemy i złomujemy samoloty, z których jeden przyleci z wrogą delegacją. Możemy więc zapewnić sobie zestaw wszystkich rekwizytów niezbędnych do zaaranżowania wypadku. Mamy też w ręku media, mamy pod kontrolą całe miejsce „powypadkowe”, mamy dostatecznie dużo ludzi, by ich natychmiast postawić w stan gotowości do pilnowania terenu itd. Wiemy zresztą, że większość ludzi nie odróżnia wału korbowego od sworznia, a co dopiero części statku powietrznego, wobec tego do czasu przybycia specjalistów z wrogiego państwa (wtedy zaś pełna aranżacja już będzie gotowa, a kampania propagandowa w toku), nikt się nie zorientuje, czy zrzucone i rozsypane (na „powypadkowej drodze”) części należą do TEGO akurat tupolewa, który leciał, czy do jakiegoś innego (czy nawet innych).


Dla pewności możemy we mgle zrobić jakąś lekką (może bezzałogową?) maszyną przelot udający koszenie drzew i sunięcie skrzydłem po ziemi. To jednak tylko wtedy, gdyby wynikły jakieś nadzwyczajne okoliczności, zakładamy bowiem, że wrogi samolot uda się ściągnąć w pułapkę i tam w niej spokojnie wysadzić. Żeby jednak wszystko wyglądało na wypadek, trzeba jakieś części wraku ułożyć tak, by ich układ odpowiadał naszej wersji zdarzeń – zbędne kawałki trzeba usunąć. A naszych specjalistów mamy takich, że nawet, jeśliby im coś nie pasowało podczas późniejszych oględzin, to (jak z prostym chłopem z wieży) albo będą milczeć, albo kula w łeb.


Planujemy więc, że wrogi samolot zostanie sprowadzony do pułapki, wyląduje w niej awaryjnie i zostanie wysadzony. Próbę z takim wysadzeniem przeprowadzamy sobie na jakimś poligonie, sprawdzając, jaki jest rozkład i rozrzut części. Czynimy tak, by zabezpieczyć teren powypadkowy od strony logistycznej, tj. ustalić, gdzie damy ludzi do wyzbierania jakichś części i wzięcia łupów. Po próbie z bronią termobaryczną na poligonie wiemy już, że z samolotu niewiele zostaje, wobec tego na miejscu zdarzenia musimy mieć „zapasowe” części, gdyż w przeciwnym razie będzie ono świadczyć o tym, że coś zaszło NIENATURALNIE. Takiego efektu zaś nie chcemy. Wydaje się jednak, że nie dysponujemy możliwościami uzyskania w szybkim czasie „koryta”, którym przemieszczałby się wrak wrogiego samolotu (prace wielu ludzi z łopatami lub prace spychaczy mogłyby zostać przez kogoś dostrzeżone). Sprawę „koryta” załatwiamy więc tak, że wysyłamy po „wypadku” na miejsce strażaków, którzy polewają wszystko pianą i wodą, tworząc błoto do kolan. Mało kto zresztą będzie miał głowę do szukania „koryta”, skoro tylu znamienitych ludzi na pokładzie samolotu ulegnie śmierci.


Mamy więc plan i zaczynamy go 10 Kwietnia realizować. Mamy spełnione wszystkie warunki – z zaaranżowanymi, przygotowanymi częściami tupolewa na miejscu włącznie, zrzuconymi przez Iła-76. Na wszelki wypadek z pomocą naszych ludzi od „remontów” zapewniamy w ostatniej fazie lotu wrogiego tupolewa, awarię jego urządzeń sterujących. Wiemy, gdzie mniej więcej ma spaść wrogi samolot, bośmy sobie to wszystko dokładnie wcześniej przećwiczyli, czekamy z oddziałem w okolicy, by po awaryjnym lądowaniu dopaść załogę i pasażerów... tymczasem samolot wymyka się nam z pułapki i nie spada tam, gdzie chcieliśmy, czyli w zaaranżowane miejsce. Piloci, spostrzegłszy pułapkę, wyłączają silniki i lecą lotem szybowcowym w innym kierunku, by dokonać lądowania awaryjnego.


Co wtedy robimy? Zachowujemy zimną krew, oczywiście, bo i ten wariant (wprawdzie najmniej prawdopodobny, ale zawsze) przewidzieliśmy. Odpalamy pospiesznie ładunki na miejscu zdarzenia, ich wybuch ma imitować katastrofę, ściągamy na to miejsce ludzi mediów i służby „ratownicze”, a część oddziałów wysyłamy w pościgu za wrogim samolotem, który ma szansę przelecieć bezwładnie zaledwie kilkaset metrów. Piloci będą się starali sprowadzić maszynę możliwie najbezpieczniej, ale nie mają żadnej gwarancji, że wylądują bez kolizji. To miejsce, gdzie posadzą samolot należy objąć ścisłą tajemnicą, pasażerów zaś i załogę, obezwładnić i rzecz jasna, niezwłocznie zlikwidować, by nie zdążyli zaalarmować swoich o tym, co się stało.


By uwiarygodnić miejsce zdarzenia potrzebujemy specjalisty, który zaraz zajmie się rekonstrukcją przebiegu lotu, odtworzy prawdopodobną trajektorię, rozrysuje przebieg lotu i błędy popełnione przez załogę. Najlepiej żeby to był amator-inżynier, co sobie na własną rękę, ze zwyczajnej ludzkiej ciekawości, jak to w Rosji, zaczął rekonstruować to, co się działo. Oczywiście może on zdjęcia zacząć robić po pełnej aranżacji miejsca zdarzenia, czyli parę dni po katastrofie. Przypadek później sprawi, że analizy tego poczciwego fotoamatora posłużą jako materiał dokumentacyjno-badawczy dla wielu mediów i ekspertów. Resztą zajmą się nasi „świadkowie”, „komentatorzy” i zaprzyjaźnione media, którym damy do zrelacjonowania tylko to, co sami uznamy za materiał wiarygodny i warty rozpowszechniania. Ma to wszystko wyglądać tak, by nikt już ani przez sekundę nie szukał innego miejsca katastrofy i nawet nie pomyślał o nim. Należy więc zająć się także spreparowaniem zdjęć satelitarnych ogólnie dostępnych w Internecie i miejsce awaryjnego lądowania tupolewa całkowicie zakryć jakimiś spreparowanymi fragmentami (http://picasaweb.google.com/Amlmtr/MWzNeJ#5460505351912437762).


Tyle hipoteza dwóch miejsc.


Teraz proszę się przyjrzeć temu zdjęciu (http://picasaweb.google.com/Amlmtr/MWzNeJ#5460505351912437762). To samo zdjęcie z „wykresem” Amielina jest powiększone tu – drugie od dołu (http://www.telewizja.124.pl/index2.html). Ten spreparowany fragment został wykadrowany przez seaclusion tu (http://picasaweb.google.com/102239713556118879971/MAPS?authkey=Gv1sRgCO333_zHjNOPYg#5491322025841377218); zdjęcie trzeba sobie obrócić przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Porównanie tych dwóch kadrów jest zrobione przez LordaJima tu (http://freeyourmind.salon24.pl/269333,oko-zaby#comment_3838845). Spójrzmy też tu na taką rekonstrukcję w albumie intheclouds (http://clouds.web-album.org/photo/315184,czolg-smolensk). I rzućmy okiem jeszcze tu, gdzie jest jeszcze inna hipoteza: http://tupolew.blog.onet.pl/Do-ostatnich-metrow-wszyscy-w-,2,ID407188036,n.


Zastanawiam się więc (na razie czysto hipotetycznie, podkreślam), czy nie jest możliwe, by tupolew, mówiąc językiem kierowców „odbił” w prawo „od brzozy” (o ile w ogóle przy niej leciał) i awaryjnie osiadł na tym obszarze, który jest ewidentnie fotograficznie na zdjęciu satelitarnym zmontowany? Nad liczbą 700 z tej „podziałki” i nad widocznym nad nią parkingiem. Oczywiście tam musiałby przez jakiś czas przyziemiać i zatrzymałby się gdzieś w okolicach „czołgu”, o którym mowa była na rosyjskich forach w godzinach przedopołudniowych 10 Kwietnia. Przy tymże „czołgu” pojawiło się wtedy mnóstwo wozów ruskiej milicji, jak pamiętamy (http://clouds.web-album.org/photo/391770,czolg-smolensk).


Jako P.S. dołączam jeszcze znakomitą ekspertyzę A-Tem'a napisaną pod moim wpisem (http://freeyourmind.salon24.pl/269926,rekonstrukcja):


Katastrofy lądowe słyszałem, i były to ogłuszające zderzenia, tym głośniejsze, im większa prędkość przy zderzeniu.


Katastrofa powietrzna na terenie rosyjskiej bazie wojennej Siewiernyj jest o tyle do zwykłej lądowej podobna, że tam również nastąpić miało zderzenie dużego pojazdu, statku powietrznego, z ziemią. 85..90 ton to tyle, co np. dwa wagony kolejowe z ładunkiem. Zderzenie takiej masy z ziemią musi wywołać dwa następstwa:

- huk

- wybuch ziemi.


Ten pierwszy niósłby się zapewne na kilkadziesiąt kilometrów, bo dźwięk jest zjawiskiem elektrodynamicznym odbieranym przez układ nerwowy człowieka z najkorzystniejszym przełożeniem energetycznym.


Jeśli to brzmi tajemniczo, to objaśnię: gdyby chcieć przesłać sygnał na odległość mając ograniczoną energię do dyspozycji, to należy wybrać głośnik, a nie np. latarkę.


(Szczegóły opisuje każdy dobry podręcznik teorii sygnałów, lub jeszcze lepiej - elektrodynamiki).


Ten drugi jest naturalną konsekwencją zderzenia wielkich mas - po kilka ton - z miękką ziemią. Powstać by musiały kilkumetrowe kratery, a wyrzucana w górę darń, ściółka i wierzchnia warstwa ziemi tworzyłaby fontanny kilkudziesięciometrowej wysokości.


Zakładam tu w zgodzie z teorią spiskową jaką szerzy MAK, że tupolew rzekomo nie ślizgał się, lecz "upadł i rozpadł" się w nagły sposób w jednym miejscu.


Problem w tym, że wprawdzie wszystkie ciężkie fragmenty "upadły", i to w jednym miejscu, ale bez utworzenia wgłębień, kraterów, czy pozostawienia śladów wielokrotnych uderzeń (koziołkowania, np. w wykonaniu dwutonowego, kompaktowego silnika jaki oderwał się przecież nie przy prędkości zero, lecz raczej przy pierwszym najmocniejszym uderzeniu kiedy to jego prędkość wzgl. podłoża wynosiła ca. 100m/s)


Drugi problem, to czyste koła, i lewo "pokropione" błotem fragmenty usterzenia.


Trzeci problem, to nadgryzione (i to jak pogryzione: raz koło razu, miejsce obok miejsca!) krawędzie natarcia tego wystawionego na placu fragmentu skrzydła. Przy zderzeniu z drzewami krawędź natarcia powinna była zostać zmieciona aż do dźwigara. Patrzyłem na zdjęcia tupolewa 204-tego, który "upadł w las" koło Moskwy 22 marca 2010 roku, niecałe trzy tygodnie przed Smoleńskiem (http://tupolew.blog.onet.pl/Do-ostatnich-metrow-wszyscy-w-,2,ID407188036,n). Porównanie katastrofy tupolewa 154 z katastrofą tupolewa 204, który przyziemił w lesie, sprowadzony tam przez kontrolerów lotniska Domodiedowo. Patrz zdjęcie drugie od góry...


Zdjęcia nadżutej krawędzi natarcia tupolewa 154 widoczne są np. tutaj: http://www.mak.ru/russian/info/news/2010/files/tu154m_101_pic3.jpg przy czym trzeba patrzeć na prawą końcówkę skrzydła (na zdjęciu jest po lewej stronie). Cała krawędź natarcia jest jak pogryziona jak przez bobry. Kto ma zbliżenie tego fragmentu, proszę o wstawienie.


Dlaczego to takie ważne?


Skrzydło tupolewa 154-go ma spory odkos do tyłu, który wynosi 41° przy kadłubie, i tylko trochę mniej, bo 37° na samej końcówce. Drzewo ześliznęłoby się po tak skośnej krawędzi, a gdyby wcześniej wgniotło blachy, lub rozerwało je nawet, to strefa zrywania poszycia przemieszczała by się na zewnątrz, w kierunku końcówki skrzydła, która powinna:

- nie odpaść (bo niby dlaczego)

- ewentualnie postrzępić się (jak miotła - przewody elektryczne!)


W każdym wypadku drzewo wgniatające się w skrzydło zatrzymałoby się na skrzynce (kesonie) dźwigaru, który oczywiście nie ustąpiłby wobec drewienka. Tym samym po lądowaniu w lasku, i zderzeniach z drzewami, skrzydło byłoby

- całe, choć trochę na końcu poszarpane

- pozbawione krawędzi natarcia, ewentualnie aż do dźwigara, ale NIE DALEJ!


A tu mamy skrzydło pocięte wzdłuż linii NAJWIĘKSZEGO oporu, i jeszcze do tego pogryzione, jak to była nie tuszka-wozduszka po lądowaniu na polanie, tylko łada nul-wośmaja po wjechaniu w latarnię. Ktoś tu próbował oszukać fizykę.


Sprowadzajmy wraka i wszystkie szczątki do Krakowa, do analizy. Niech trafi najpierw do krakowiaków, nie do klichowiaków.”

(http://freeyourmind.salon24.pl/269926,rekonstrukcja#comment_3845448)



http://picasaweb.google.com/Amlmtr/MWzNeJ# (cała galeria Amielina)

http://freeyourmind.salon24.pl/269333,oko-zaby

2 komentarze

avatar użytkownika Matsu

1. OMG!

Muszę przemyśleć - bo logicznie nie można temu rozumowaniu nic zarzucić. Tylko, że w przypadku takiego scenariusza NIEZBĘDNA jest współpraca z kimś ze strony polskiej. Nie wydaje mi się możliwe oparcie całego scenariusza o łatwo wykrywalnego nielegała, a nawet nielegałów.

Matsu
avatar użytkownika Morsik

2. Zwracam uwagę, że...

...a zresztą, nie będę powtarzał: http://blogmedia24.pl/node/43479

 Niechlubny udział każdy ma: ten, który milczy, ten, który klaszcze...