Wiktor w Jaskini Lewactwa

avatar użytkownika igorczajka

Przyszedł niedzielny poranek. Uzależniony od informacji Wiktor zerknął do internetu, by sprawdzić czy może w ten pięknie się zapowiadający dzień iść na spacer do parku, czy też rzuci się w oczy jakiś inny ciekawy cel niedzielnych peregrynacji. Okazało się, że można połączyć obie możliwości, bo dopiero o 17 w Nowym Wspaniałym Świecie jest spotkanie z pomysłodawcą gwizdkowej Akcji anty-niepodległościowej. Wiktor się ucieszył, bo zawsze to lepiej usłyszeć argumentację i opinie u samego źródła, niż polegać tylko na przekazach z drugiej albo i trzeciej ręki. Zatem po wiosennym spacerze w połowie listopada Wiktor skierował się przykładem zachodzącego słońca w kierunku Nowego Światu.

Duża sala wypełniona w całości, aczkolwiek bez tłoku. Prowadząca zapowiedziała dyskusję horyzontalną, więc posiadacze mikrofonu byli strofowani, gdy wstawali ze swojego miejsca. Poprosiła też o nie rejestrowanie spotkania i nie robienie zdjęć, co oznaczało, że Wiktor mógł spokojnie zrezygnować z robienia notatek, bo następnego dnia na pewno będzie można przeczytać gdzieś stenogram tego spotkania. Organizatorzy, co oczywiste, obwieścili sukces anty-faszystowskiej Akcji 11 listopada i podziękowali bardzo długiej liście organizacji. Podawane przez GazWyb informacje, jakoby antyfaszystów było ok. 3 tysięcy okazały się mocno zaniżone, bo według organizatorów było ich co najmniej 5 tysięcy. Wiktor przypomniał sobie od razu relacje blogerów, którzy opisywali swoje, spowodowane blokadami, kłopoty z dotarciem do Marszu Niepodległości i przymusowym przemarszem w towarzystwie uczestników blokady. Sam Wiktor maszerował wśród antyfaszystów do Oboźnej, gdzie wszyscy skręcili, by zablokować główny Marsz idący ulicami Powiśla. Ale kto by się przejmował takimi drobiazgami jak odróżnianie zamaskowanych anty od niezamaskowanych faszystów?

Po obowiązkowych gratulacjach i podziękowaniach głos zabrał autor gwizdkowego pomysłu, który w dość dosadnych słowach zbeształ organizatorów całej Akcji za kilka rzeczy. Wiktorowi oczy otwierały sie coraz szerzej, uszy zaczęły falować jak u słonia: jakże to tak? Ten doświadczony opozycjonista z czasów PRL-u, nie zdawał sobie sprawy, że zapraszając ludzi na blokady, które będą łamały prawo, zaprasza ich także do grzechu czynności symetrycznych do grup, przeciwko którym się protestuje? Że wyrosłe z ruchu Radykalnej Akcji Antyfaszystowskiej bojówki Antify będą potulnie jak baranki czekały na faszystowskie znaki z drugiej strony i reagowały w duchu "non-violence"? Wiktor był pełen uznania dla odwagi cywilnej besztającego Antifę Seweryna Od Gwizdków i jednocześnie nie mógł wyjść ze zdumienia nad jego naiwnością.

Kolejny mówca podziękował poprzednikowi za to, że mimo wszystko nie uznał symetrii działań faszystowskich bandytów i "problematycznych" reakcji Antify. Rzucone w przestrzeń pytania o cele na przyszłość, dalekosiężne oczekiwane efekty działań Akcji okazały się jednak mało istotne. W toku kolejnych wypowiedzi wynikało coraz bardziej wyraźnie, że problemem jest samo przetrwanie lewicowych aktywistów, w skrajnie nieprzyjaznym policyjnym państwie. Policja bowiem zamiast bronić ludzi przed bandytami, to broniła bandytów przed Antifą! Co więcej, wiele osób było uratowanych przed stratowaniem przez bandytów właśnie przez dzielną Antifę! Pojawiły się też głosy, że czerwony sztandar wcale nie jest passe, a akcje czerwonego RAF-u były dobre, choć nie odniosły oczekiwanego sukcesu. Wiktor nie próbował się zastanawiać, jak afirmacja "ulicznych napierdalanek", używając tutejszego języka, ma się do przeciwdziałania niosącemu przemoc faszyzmowi, bo zorientował się dosyć szybko, że nie o ideologiczną czy logiczną spójność tu chodzi.

Jakiekolwiek próby ściągnięcia dyskusji na merytoryczny poziom, na zagadnienia dotyczące logistyki, organizacji, komunikacji, która ewidentnie szwankowała, trafiały w próżnię, bo najważniejszy okazywał się akcentowany przez dzielną panią Kazimierę, rewolucyjny zapał, który zmobilizuje ludzi do wyjścia na ulicę. Drugim kluczowym problemem był sposób, w jaki środowiska lewicowe są traktowane przez sprzyjającą i w większości faszystowską policję. Wiktor czuł się, jakby został przeniesiony na plan Przedwiośnia, tylko aktorzy dużo lepiej i szczerzej odgrywali rewolucyjny zapał. Oznaki medialnego zaszczucia, nieustające pretensje do mediów i policji, żądania odwołania komendanta policji, a nawet ministra spraw wewnętrznych, jako odpowiedzialnych za brutalne traktowanie aresztantów z Biedroniem na czele - to wszystko wyglądało dokładnie tak jak wyobrażał sobie Wiktor przedwojenne "konspiracyjne" spotkania rewolucjonistów. Co ciekawe, przy generowaniu atmosfery zaszczucia pani Kazimiera przytomnie zauważyła, że jednak bez wsparcia mainstream-owych mediów, nie ma co liczyć na większą frekwencję niż ostatnim razem.

Zapał osiągnął w końcu taką temperaturę, że nawet poczciwy, a może wyrachowany, Pan Seweryn Od Gwizdków musiał opuścić salę, żeby jakiś bardziej zapalony rewolucjonista nie pacnął go w przypływie słusznego klasowego oburzenia po głowie. Do Wiktora zaś dotarło, że szeroka koalicja lewicowa jest kolejną grupą społeczną, która uważa państwowe organa porządkowe za faszystowskie bojówki mające na celu jedynie danie upustu sadystycznym ciągotom zwyrodniałych funkcjonariuszy. Dotarło do niego także to, że zarówno dla tych młodszych jak i tych starszych "lewicowców", druga strona ideologicznego sporu jest zunifikowaną masą bandytów, która powinna zniknąć z powierzchni ziemi, a która po niej chodzi jedynie dzięki ochronie policji. Jakież to się wydało Wiktorowi symetryczne do różnych opinii słyszanych po tej "bandyckiej" stronie. Skojarzyło się to Wiktorowi w dosyć oczywisty sposób z definicją człowieka, funkcjonującą w małych społeczeństwach plemiennych: człowiekiem jest tylko członek mojego plemienia. Ten z sąsiedniej wioski to już nie jest człowiek - to zwierzyna łowna. Tu nie ma szansy na jakiekolwiek porozumienie, bo porozumienie w ogóle nie jest celem. Celem jest budowa poczucia zagrożenia, umacnianie plemiennych więzi i rozciąganie tych więzi na jak najszersze rzesze, by w odpowiednim momencie wyciągnąć te rzesze na ulice.

Wiktor wyszedł ze spotkania i w te pędy przyleciał do mnie zdać pasjonującą relację. Przegadaliśmy całą noc, dochodząc do wielu ciekawych spostrzeżeń. Niestety nie nagrywałem tej rozmowy, dlatego odtworzona z pamięci sama relacja jest w dużej mierze niepełna. Na wnioski z tej rozmowy przyjdzie pora innym razem...

Stenogram wypowiedzi Blumsztajna
Krótka relacja we Frondzie

1 komentarz

avatar użytkownika Tymczasowy

1. Polska

to dziwny kraj.
Normalnie, prasa, od swego, ze tak powiem, zarania, nastawiona byla na krytyke wladzy.
Demonstracje roznej masci, zawsze, ZAWSZE byly skierowane we Wladze, A NIE oPOZYCJE. w pOLSCE WYCHODZI INACZEJ.

w CALYM NORMALNYM SWIECIE, WLADZA MIALA WSZYSTKO, A OPOZYCJI I PRZECIWNIKOM POZOSTAWALA ULICA CZYLI BRUK. w pOLSCE DZISIEJSZEJ, NADZWYCZAJ DZIWNYM KRAJU, JEST ODWROTNIE. uLICA, ZA SPRAWA REDAKTORA BLUMENSZTAJNA, REDAKTORA PRORZADOWEJ GAZETY, ZNALAZLA SIE W RECACH WLADZY TAKZE.
Nawet anarchisci, te wypierdki ludzkiego myslenia, tez znalazly sie po stronie wladzy! Normalnie, to oni demoluja przy6bytki wladzy, a w Polsce. odwrotnie, ONAKIE sa przeciwko opozycji.
I tu mamy numer dosc zabawny, anarchisci znalezli sie w pozycji schizofrenicznej - STANELI PRZECIWKO SAMYM SOBIE!
Najgorsze jest to, ze nawet tego nie pojeli! a to jest problem pojemnosci mozdzkow. Czasem sa za male by kumac! I to wlasnie byl ten partykularmny przypadek lujkowy! Piues by sie brzydzil, by ich wy...!