Sprzedajne autorytety

avatar użytkownika godziemba
Dla komunistów, szczególnie w pierwszych latach powojennych, wszyscy ludzie pióra, których nazwiska wywoływały jakiś rezonans, byli na wagę złota. Istotną część oferty władz stanowiły kwestie socjalno-bytowe.
 
Więc naprzód zaczęto – relacjonował Zbigniew Herbert – budować akwarium w Krakowie, potem była Łódź, i w końcu Warszawa, centrala. Nie zawsze potrzebne jest aż studium socjologiczne. Jakże pouczająca jest lista lokatorów w Alei Róż”. Dla Herberta wspomniane „akwaria” to wyabstrahowane z siermiężnej rzeczywistości PRL światy, w których pozwalało się luminarzom peerelowskiej kultury żyć na nieporównywalnym dla reszty społeczeństwa poziomie.
Aleja Róż to ulica luksusowych przedwojennych apartamentów ocalałych z wojennej pożogi. Tam właśnie i w wielu innych podobnych miejscach w Warszawie (np. przy ul. Iwickiej na Mokotowie) czy w Konstancinie pod Warszawa umieszczano literacka elitę. Jak wspomina Paweł Hertz: „Pisarz lepszy miał lepsze mieszkanie, pisarz gorszy – gorsze. Jak to w życiu bywa. Aleja Róż była zasiedlona przez <lepszych>: Słonimski, Ważyk, Kott. Część członków redakcji <Kuźnicy> mieszkała w domu na Iwickiej”.
 
W „Dziennikach” Marii Dąbrowskiej znajduje się wielce charakterystyczny opis jej rozmowy z Jerzym Borejszą w styczniu 1950 roku: „spotkałam Borejszę, który mi powiedział: <Pani Mahjo, pani Mahjo, mam do pani jedną ważną sphawę>. Usiedliśmy w kącie przy stoliku. <Bo ja jestem jeszcze sekhetarzem Komisji do Sphaw Kultuhy i Sztuki przy phezydium Hady Ministhów i trzymam w hrezerwie pahę mieszkań. Dałem już mieszkania Nałkowskiej i sphowadziłem ją z Łodzi. A mnie mówiono, że pani – ja nigdy u pani nie byłem – ale mnie mówiono, że pani mieszka na czwartym piętrze i ma ciemne wilgotne mieszkanie<. (…) <nie, proszę pana – mówię ja – mieszkam na drugim piętrze i nie mam ciemnego wilgotnego mieszkania. Jeśli byłabym zainteresowana w zamianie, to tylko na domek z ogrodem. Złożyłam nawet o to podanie do Zarządu m. Warszawy>.”  Dialog ten znakomicie ukazuje mechanizm rozdawnictwa mieszkań w czasach nie tylko wczesnego PRL.
 
Notabene, Dąbrowska swoje „problemy” rozwiązała w 1956 roku, gdy za honorarium za „Pisma wybrane” kupiła sobie willę w Komorowie. Było to jedno z wielu wydań jej książek – w latach 1956-1963 wydano 27 tytułów pisarki w łącznym nakładzie ponad 1 mln egzemplarzy. Zarobki „Pani Marii” tylko w 1959 roku wyniosły około 320 tysięcy złotych (prawie 15 razy więcej niż ówczesna średnia krajowa) – mogła sobie więc pozwolić na utrzymywanie, jak sama wspomina, dwóch domów i sześciu zaprzyjaźnionych osób. Nie można tez nie wspomnieć, iż po ogłoszeniu oszukańczej wymiany pieniędzy w 1950 roku, na mocy której skonfiskowano wszystkie oszczędności powyżej ustalonego poziomu, pisarka zaniepokojona swoją sytuacją interweniowała u Jerzego Putramenta. W efekcie jego wstawiennictwa konto Dąbrowskiej zostało nietknięte. Można przypuszczać, iż ta niepisana zasada stosowania wyjątków od reguły, nie dotyczyła tylko autorki „Nocy i dni”.
 
Odwoływanie się utytułowanych twórców, którzy już posiadali mieszkania, ale z jakichś względów nie byli z nich zadowoleni, było częstą praktyką. Korzystali oni z przywileju zwracania się nie, jak w przypadku zwykłych śmiertelników, do urzędów kwaterunkowych, spółdzielni mieszkaniowych, czy dyrekcji zakładów pracy, ale bezpośrednio do odpowiedniego ministra. „Byłem u ministra Wieczorka – wspominał Mieczysław Jastrun – w sprawie zamiany mieszkania, dziś napisałem podanie, które pójdzie listem poleconym do Urzędu Rady Ministrów. Mogliby mi dać jakieś lepsze mieszkanie, moje jest ciasne, zawalone książkami. Położenie fatalne: na peryferiach, wśród błota i brudu”. Trzeba podkreślić, iż Jastrun mieszkał wtedy (w 1957 roku) w tzw. „czytelnikowskiej” kamienicy przy ul. Iwickiej 8a. Takie wizyty u ministra były akceptowanym przez władze komunistyczne sposobem „szybkiej ścieżki” załatwiania spraw.         
 
W gestii Związku Literatów Polskich oraz konkretnych wydawnictw, takich jak PIW czy Czytelnik, były również lepiej zaopatrzone stołówki, z tańszymi i lepszymi niż gdzie indziej produktami, dostęp do specjalnych przychodni lekarskich (ambulatorium w siedzibie ZLP przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie), szpitali (Klinika Ministerstwa Zdrowia) oraz atrakcyjnie położonych w kilku miejscach w Polsce domów pracy twórczej, takich jak np. XVIII-wieczny pałac w Oborach, zagrabiony po 1945 roku hrabiostwu Potulickim, czy tez pensjonat w Zakopanem. Korzystanie z takich miejsc było bezpłatne lub umożliwiane za symboliczne kwoty.
 
Ponadto literatom zapewniano wysokie dochody z tantiem za ksiązki lub z faktu zasiadania w zarządach, radach nadzorczych spółdzielni powiązanych z rynkiem wydawniczym. Posiedzenia rad nadzorczych były istną groteską. „Aliści Jarosław zawołał – wspominała Maria Dąbrowska jedno z posiedzeń RN „Czytelnika”  - rozdzierającym swym głosem: „Chwileczkę, proszę kolegów! Musimy odbyć z kolei zebranie nowo ukonstytuowanej Rady Nadzorczej!> To wszyscy śmieją się wniebogłosy. Zebranie <nowo ukonstytuowanej> (w idealnie tym samym składzie) Rady trwało 10 minut i polegało na : 1) Przyjęciu <z wielkim żalem> rezygnacji Stelczyka z funkcji prezesa Spółdzielni „Czytelnik>, 2) wyrażeniu zachwytu i wdzięczności temuż Stelczykowi za dotychczasową działalność, 3) <wybraniu> na jego następcę Ludwika Krasińskiego”. Dzięki tej fikcji „Czytelnik” pozostawał nadal spółdzielnią, mającą specjalne uprawnienia – miał własny budżet i bilans. „Dzięki temu – dowodził Iwaszkiewicz - nie jest zależny od Ministerstwa Finansów i nie opóźnia się z wypłatami, co w innych wydawnictwach jest na porządku dziennym”.
 
Stosunkowo wysoko płatne były też etaty w redakcjach pism periodycznych i wydawnictw oraz różne formy współpracy z prasą (pisanie felietonów, udzielanie wywiadów, itp.). Istniały również dochody z tytułu uczestnictwa w komitetach organizacyjnych okazjonalnych imprez, udziału w odczytach objazdowych, spotkaniach autorskich, itp.
 
Najbardziej rozpowszechnioną w środowisku pisarzy formą stałej, systematycznej pracy zarobkowej były etaty w redakcjach periodyków. Zarobki te nie były duże w porównaniu z honorariami autorskimi, stanowiły jednak istotne ich uzupełnienie. Dodajmy, że praca w miesięcznikach i kwartalnikach z uwagi na długie cykle redakcyjne nie należała do bardzo intensywnych i absorbujących.
 
Poważnym źródłem dochodów pisarzy stanowiły także kontakty ze światem. Wyjazdy na imprezy zagraniczne, finansowane diet, kosztów podróży oraz tzw. wyjazdy twórcze – były powszechne. Były to głównie wyjazdy do państw Europy zachodniej, ale zdarzały się również wyjazdy do Chin, USA czy Meksyku. Tylko w 1958 roku Związkowa Komisja Zagraniczna dysponowała budżetem na 90 takich wyjazdów, a przeciętny dwutygodniowy wyjazd dofinansowany był przez budżet państwa sumą średnio 6 tysięcy złotych dewizowych (odnosiło się to do równowartości kwot w walutach obcych po przeliczeniu złotówki po kursie oficjalnym, kilkakrotnie niższym od nieoficjalnego, rynkowego).
 
Wszystkie te przykłady wskazują na wyjątkowa troskę komunistów o „inżynierów dusz”. Możliwości materialne, jakie posiadało to środowisko, były nieporównywalne z poziomem życia przeciętnych inteligentów. Bardzo prawdopodobnym celem komunistycznych „mecenasów” było przyzwyczajenie pisarzy do wysokiego statusu materialnego i wygód życia, bez których w przyszłości nie byliby sobie w stanie wyobrazić godziwych warunków własnej twórczości. To zachęcało do co najmniej oportunistycznych zachowań, gdyż ewentualna utrata tego relatywnie wysokiego statusu byłaby traktowana przez nich jako życiowa katastrofa.
 
PRL-owscy decydenci tworząc dla pisarzy swoiste egzystencjalne rezerwaty liczyli również na postrzeganie rzeczywistości przez pryzmat własnego dobrobytu. Było to ważne przy licznych kontaktach zagranicznych, podczas konferencji i zjazdów. Brak styczności z ludzką biedą tamtego okresu oraz uleganie manipulacji – pokazówki w stylu „wizyta pisarza w zakładzie pracy”, wycieczki pokazowe – prowadziły do fałszywych, infantylnych sądów o otaczającej rzeczywistości. Mieczysław Jastrun wspominał w 1959 roku: „Na Radzie Kultury Anna Kowalska, jowialna, uczciwa i gorzka, wystąpiła niespodziewanie z gwałtowną pochwałą Nowej Huty i w ogóle życia w Polsce. (…) Stek nonsensów, wywołanych dodatnim wrażeniem wysiłków ludzkich, odporności społeczeństwa, inteligencji, młodzieży. Mówiłem z nią później – wracając pieszo aż do Placu Zbawiciela – o tym, jakie skutki może wywołać jej wystąpienie. – Nie rozumie. Nie rozumie szczerze, prawdziwie. Nie rozumie, bo może w ogóle do głębi nie rozumie . To jest nie do opisania, ale znam to z własnego doświadczenia. Krok po kroku dochodzi się tą drogą do ślepoty i do zatracenia”.
 
Podobny przykład pokazuje Paweł Hertz wspominając „literacką Łódź”: „Życie dla nas toczyło się w tych domach, w kawiarniach, w restauracjach, redakcjach czasopism i wydawnictw, w założonych niebawem, słynnym później pośród krajowej <elity> Klubie Pickwicka, słowem – w swoistym getcie, dokąd, co prawda, z otaczającego prawdziwego świata przenikały wieści o kotłach, potyczkach leśnych, aresztowaniach, ale zgłuszone, stłumione, przyćmione naszą chęcią działania i życia. Trudno mówić o powodach cudzych decyzji, ale w moim przypadku to między innymi przyczyniło się zapewne do wyboru rozwiązania pragmatycznego, do zawarcia nagannego kompromisu”.
 
Istnienie takich gett dla literatów potwierdza także Witold Wirpsza w wywiadzie dla Jacka Trznadla: „Polityka władz komunistycznych szła w tym kierunku, żeby już wtenczas tworzyć izolację, wyizolowane getta. I ja na przykład osobiście nie spotkałem się ani z jednym takim wypadkiem, że ktoś zniknął. (..) Ten cały związek literatów zorganizowano w ren sposób, że żyliśmy w getcie, żyliśmy z sobą, siedzieliśmy w tych samych kawiarniach, piliśmy wspólnie wódkę”.   
 
Wybrana literatura:
 
J. Trznadel – Hańba domowa
M. Dąbrowska – Dzienniki powojenne
M. Jastrun – Dziennik 1955-1981
Sposób życia. Z Pawłem Hertzem rozmawia Barbara N. Łopieńska
S. Murzański – Między kompromisem a zdradą. Intelektualiści wobec przemocy 1945-1956
 
 

4 komentarze

avatar użytkownika sówka55

1. Szanowny Panie,

niech by nawet z tych przywilejów korzystali - oportunizm jest bardzo ludzki! - ale fakt, że uważali, że im się to należy, bo są "moralnymi sumieniami narodu"! Ślepe i nieme były te sumienia.

Bardzo to żałosne!

Pozdrawiam serdecznie,

Anna, Sówka

avatar użytkownika godziemba

2. Pani Anno,

Bardzo to żałosne, ale niestety bardzo skuteczne - możemy o tym przekonać się w całej rozciągłości także dziś.
Dotyczy to nie tylko literatów, dziennikarzy, artystów ale także naukowców.
O tempora! O mores!

Pozdrawiam serdecznie

Godziemba
avatar użytkownika Robert Helski

3. Sanowny Panie

To jest tak zwany relatywizm moralny.
Może zamiast "Sprzedajne autorytety" powinno być "Autorytety na sprzedaż od zaraz" - szczególnie te bardziej współczesne.
Chociaż czytało się wiele rzeczy z przyjemnością i niosły one w sobie jakieś wyznaczniki postępowania i zachowań. Tym trudniej się pogodzić z podwójnym dnem.
Pozdrawiam
Robert Helski

Są rachunki krzywd, których żadna dłoń nie przekreśli

avatar użytkownika godziemba

4. Robert Helski

Tytuł mógłby raczej brzmieć - Autorytety na sprzedaż - zawsze te same.

Pozdrawiam

Godziemba