Platforma emocjonalnie mocniejsza.

avatar użytkownika MoherowyFighter

Piszę po pewnej przerwie, gdyż na to złożyło się szereg okoliczności. Jakich? To nie za bardzo chce mi się wyjaśniać. Wrócę tym wpisem do tego, co napisałem 19 maja w tekście, pt. Wybory wygra inteligencja emocjonalna”. Chociaż jest już po nich, to zapewne jeszcze przed dłuższy czas będą one przedmiotem różnorakich analiz. Niniejszy wpis ma ambicję być jedną z nich.

W przytoczonym tekście napisałem m.in., że Te wybory wygra przede wszystkim inteligencja emocjonalna. I oczywiście tak się stało. Bo też merytorycznie kampania zarówno przed I turą jak i po niej była właściwie bezbarwna, jałowa, bez wyrazu i to po obu stronach. Nawet konflikt wokół prywatyzacji służby zdrowia wyglądał jakby wywołany był bez większej pewności na wygranie swoich racji. Dało się jednak zauważyć coś, co było echem wcześniejszych trzykrotnych przegranych Prawa i Sprawiedliwości – wybory samorządowe w 2006 r., parlamentarne w 2007 r. i do Europarlamentu w 2009 r. Tym czymś było tkwienie w usypiającym samozadowoleniu zarówno aktywistów PiS’u (szczególnie jego sztabu wyborczego) jak i sympatyków, że wygrana jest na wyciągnięcie ręki, a w zasadzie, że jest czymś tak naturalnym jak czynności fizjologiczne. Ba, właściwie, formalność. Bo…? Bo jesteśmy tego absolutnie pewni. I co? I nic takiego się nie stało.

Dlaczego? Zapytajmy. Czy może jest to funkcją pospolitego ogłupienia elektoratu, że nie dostrzegł on czegoś tak nadzwyczajnego jak i PiS, a tak właściwie jego lidera kandydującego na urząd prezydenta? A może jest to efekt masowego ruszenia się platformianego elektoratu do urn? A może, plam na słońcu? Czego jeszcze? Nic z tych rzeczy. Bo też platformiany elektorat tak wcale się nie zmienił. Pojechał na wakacyjną labę, zaś pisowski aż tak bardzo się nie ruszył, a plamy… to zagadnienie dla astrofizyków. Nawet żałoba narodowa i powódź nie wpłynęła zanadto na to, by w wymiarze masowym tendencja polityczna miała się odwrócić z korzyścią dla Prawa i Sprawiedliwości. Co miało zatem znaczenie? Ano to, co napisałem prawie dwa miesiące temu, że (…) niezwykle ważne są jasność umysłu, samodyscyplina, spokój wewnętrzny, samokontrola i umiejętność odczytywania symptomów świadczących o popełnianych przez siebie błędach. Tylko taki ktoś potrafi wpływać na innych, kompetentnie oceniać zagrożenia i szukać właściwych środków im zapobiegających. O kimś takim można powiedzieć, że posiada kwalifikacje przywódcze o najwyższym współczynniku inteligencji emocjonalnej. I to wszystko po stronie Platformy było. Nic jej nie było w stanie zagrozić. Ani lapsusy bądź wpadki Bronisława Komorowskiego, ani odciąganie uwagi elektoratu na sprawy fundamentalne, jak choćby rosnący dług publiczny, kwestia katastrofy w Smoleńsku, nieprzygotowanie państwa na nadciągającą powódź, niespełnianie przez Platformę obietnic z 2007 r. itd. itd. Tamta drużyna ciągle wykonywała plan maksimum polegający na tym, by owym białym charakterem miał się stać Bronisław Komorowski i jego formacja polityczna w zakresie wynikającym z pierwszorzędnych umiejętności zarządzania inteligencją emocjonalną przy stałych racjach programowych właściwych tej formacji. Prawda, że wygląda to na paradoks? A jakie są to „stałe racje programowe właściwe tej formacji”? Daje się to streścić jako co najwyżej utrzymywanie PiS’u w stanie permanentnej opozycji. Wszak czymś tą demokrację trzeba uzasadniać.

No i nie mogło być inaczej, gdyż proszę uważnie sobie przeczytać, co napisałem pół roku wcześniej. Tutaj autocytat:

„Zmiennik” będzie traktowany jako coś wyjątkowego, nadzwyczajnego, z misją i wizją. Jako coś nowego, świeżego, mimo że realnie tak wcale być nie musi. W zasadzie można by się spodziewać tego całego arsenału tricków, gagów, technik, metod, scenariuszy itp., które zostały użyte w dwóch kampaniach Kwaśniewskiego. Według sztampy, „Dla każdego coś miłego” (oferta dla feministek, kochających „inaczej”, budżetówki, biznesmenów, gospodyń domowych, różnych grup zawodowych, pracowników najemnych). Jest nieomal oczywiste, że będzie to zmodyfikowane i przykrojone do dzisiejszych realiów. Odwoływać się to będzie do dzisiejszych obaw, pragnień i dążeń Polaków. Dystansować się to będzie od skompromitowanych rządów Platformy, by w ten sposób propagandowo zapewnić „neutralność” nowemu projektowi przy jednoczesnym zwalczaniu „kaczyzmu”. Sądzę, że Salon, Układ, neopeerel będzie chciał „zmiennikowi” zapewnić kampanię będącą pewną syntezą kwaśniewskomanii, obamomani i tuskomanii z czasów wcześniejszych. Ma się rozumieć, że będzie rąbana melodia na nowoczesność, „europejskość”, demokratyzm, wybierania przyszłości, reformizm i ogólnie „kochajmy się”. Kampania na „zmiennika” dostanie całą masę czasu antenowego (w telewizjach i radio), szpalt w gazetach, promocji na portalach internetowych, wsparcia bezliku grup wolontariuszy etc. etc. Właściwie, to wszystko jest znane.

Czy Komorowski był traktowany jako ktoś wyjątkowy, nadzwyczajny, z misją i wizją? Był.

Przedstawiany jako ktoś nowy, świeży, mimo że wcale tak być nie musiało? Tak.

Czy skorzystano z całego arsenału tricków, gagów, technik, metod, scenariuszy itp., które zostały użyte w dwóch kampaniach Kwaśniewskiego? Tak.

Czy było to według sztampy, „Dla każdego coś miłego”? Tak.

Czy zostało to zmodyfikowane i przykrojone do dzisiejszych realiów oraz odwoływało się to do dzisiejszych obaw, pragnień i dążeń Polaków? Oczywiście, przecież „zgoda buduje”.

Czy dystansowano się od skompromitowanych rządów Platformy, by w ten sposób propagandowo zapewnić „neutralność” nowemu projektowi przy jednoczesnym zwalczaniu „kaczyzmu”? Jak najbardziej.

Czy platformiana kampania była pewną syntezą kwaśniewskomanii, obamomani i tuskomanii z czasów wcześniejszych? A było inaczej?

Czy rąbana była melodia na nowoczesność, „europejskość”, demokratyzm, wybierania przyszłości, reformizm i ogólnie „kochajmy się”. Oczywiście, że tak, boć to nowy prezydent nie ma przeszkadzać rządowi w rządzeniu.

Czy kampania Komorowskiego nie dostała całej masy czasu antenowego (w telewizjach i radio), szpalt w gazetach, promocji na portalach internetowych, wsparcia bezliku grup wolontariuszy etc. etc? Wszak pytanie to retoryczne.

I teraz, kto z PiS’u i jego sympatyków może powiedzieć, że jest zaskoczony? Zwyczajnie, Platforma bezustannie „robi swoje”. A co PiS? Tenże wydaje się być zapędzonym w kozi róg. Właściwie, to może zbyt pochopna ocena, bo też PiS także „robi swoje”, tzn. tyle by dalej tkwić w opozycji. I żyć złudzeniem, że Polacy go masowo i żarliwie pokochają, by w ten sposób mieć zagwarantowaną pewność rządzenia. Przykro mi to powiedzieć, lecz jak „kaczyzm” był obciachem, to jest nim nadal i jeszcze czas jakiś będzie. Nawet tricki propagandowe w rodzaju „Aniołków Jarka”, umizgiwanie się do lewicy, jakieś intelektualizujące „nowe otwarcia” czy tym podobne mają (lub nie mają go wcale) wpływ na zmianę politycznego trendu. Po 10 kwietnia można jedynie dostrzec, że na plakatach Jarosława Kaczyńskiego jakby wcale nie było jakichś „domalunków”, będących formą uzewnętrzniania swojej wrogości. Dlaczego? Ano chyba dlatego, że i tak większość uznała, że Kaczor jest niegroźny, wobec czego nie ma potrzeby robienia czegoś takiego. A społeczeństwo?

Moim zdaniem Szanowne Siostry i Szanowni Bracia w PiSie zbytnio przeceniają społeczną samoświadomość i kierowanie się przez naród jakąś dalekosiężną wizją i misją. Myślę, że Polacy, zorientowani na życie w rytmie trywialnej bieżączki, zajęci sprawami dnia codziennego i formułujący swoje poglądy poprzez pryzmat telewizyjnych tasiemców („Klan”, „Ranczo”, „Plebania”, „M jak miłość” itp.) bądź też kolorowych pisemek, dalecy są od jakichś intelektualnych egzegez wielkich filozoficznych doktryn, historii idei lub politologicznej głębi. Wszak to nawet w inteligenckich kręgach da się znaleźć całą masę powierzchowności w myśleniu, tkwienia przy stereotypach, posiłkowania się publicystycznymi komunałami i frazesami. To jest tym wszystkim, co jest intelektualnie jałowe, odtwórcze i letnie. Wprawdzie retoryka i erystyka w takich przypadkach dystansuje się od „gminnej” formy werbalizowania swoich (?) poglądów, jednak w swoim sednie jest zbliżona do tamtej. Sama zaś jako-taka stopa życiowa wystarczająco kompensuje braki w tamtejszych obszarach. Jest też i inny powód – mianowicie, że w ogromnym stopniu Polacy zbrzydzili się jakąkolwiek polityką, zaś, jeśli dokonują w tym zakresie jakichś wyborów, to jest to podbudowane pójściem po linii najmniejszego oporu. I dla, tzw. „świętego spokoju” wybierają tę opcję, która gwarantuje im mniejsze szarpanie ich nerwów. To natomiast, co stało się w 2005 r., było raczej wyjątkiem – zaś ten, jak wiadomo, potwierdza regułę.

Zobaczmy, co o powyższej kwestii mówi politolog i filozof społeczny, Carl Schmitt („Teologia polityczna…”), który konserwatystom spod znaku PiS powinien być doskonale znany. Cytuję. Użycie określenia „polityczny” jest na trwałe zdeterminowane przez polemiczny charakter. Jest tak niezależne od tego, czy przeciwnik został określony jako „apolityczny” (a więc ktoś oderwany od życia lub niezaangażowany) czy też odwrotnie – jako „polityczny”, po to, by zdyskredytować go i podważyć jego wiarygodność, a jednocześnie, by w lepszym świetle postawić własną „niepolityczną” postawę (w sensie bardziej rzeczowej, naukowej, moralnej, etycznej, zgodnej z zasadami prawa i ekonomii.) I proszę bardzo. Platforma Obywatelska i środowiska za nią stojące zawsze starają przedstawiać siebie jako „apolityczne”, co wśród społeczeństwa ma w rezultacie wzbudzać do niej sympatię i zaufanie, z kolei zaś PiS jest zawsze odziewany „w buty” polityczności, to jest czegoś, co ze swej natury nie jest neutralne, oderwane od jakichkolwiek interesów i niedążące do uzyskania własnych korzyści. A przy tym wszystkim wywołujące spory, kłótnie, zadrażnienia i konflikty. To wystarcza, by dla kogoś uwielbiającego atmosferę sielskiego grillowania (bo kto by tak nie chciał?) jasne było, kto jemu w takiej przyjemności chce przeszkadzać i będzie przeszkadzał.

Dalej Schmitt, jakby pisząc „Abecadło marketingu politycznego”, blisko sto lat temu, stwierdza Po drugie, w codziennych sporach wewnątrz państwa często posługujemy się pojęciem „polityczny”, chociaż w rzeczywistości na ogół chodzi nam o zjawiska, które mają charakter ewidentnie „partyjno-polityczny”. W nieunikniony sposób wszystkie takie decyzje polityczne są „nierzeczowe”; są jedynie słabym odbiciem różnicy między przyjacielem a wrogiem, właściwej dla wszelkich zachowań. W przypadku partii decyzje polityczne są zdegenerowane do prostych form decyzji personalnych, dotyczących obsadzania stanowisk i poszukiwania intratnych urzędów. Jakże te słowa wiernie odzwierciedlają to, co w Polsce ma miejsce od 1989 r. w ogóle, zaś po 2005 r. w szczególności. Tutaj przecież chodzi o „klasyczny” schemat „kto, kogo”, który rozciąga się wewnątrz różnych formacji politycznych oraz w takich lub owych rozkładach koalicyjnych. Jak na to patrzy, tzw. „statystyczny” Polak? Ano on doskonale to rozumie, lecz mimo, że niekiedy przeciwko temu protestuje, to przeważnie uważa, że „na układy, nie ma rady”. W systemie, tzw. „podziału łupów”, popiera tego, który wykazuje się większą sprawnością niż pozostali. Dla niego „pisowska” wizja Polski bez sitw, koterii, klik i układów ma posmak baśniowości, szczególnie wtedy, kiedy dowiaduje się, że samo Prawo i Sprawiedliwość również uczestniczy w tej grze. Myśli wtedy, „Znowu się żrą o stołki. To ja już wolę tych, którzy potrafią to robić lepiej.” Tak, tak, Szanowne Siostry i Szanowni Bracia w PiS, wizja, że społeczeństwo ma awersję na punkcie pewnych „współzależności” jest, lekko mówiąc, wyidealizowana. Szczególnie, jeśli „po znajomości” da się niejedno „załatwić”. Zresztą, każdy system społeczny, gospodarczy czy jakikolwiek inny jest funkcją różnych współzależności i układów, które determinują ludzkie zachowania, poglądy i postawy. Nie łudźmy się, że w, tzw. „cywilizowanych” krajach, jest inaczej. Różnica jakościowa polega na tym, że owa labilność przechodzenia systemów pomiędzy stanami skrajnymi jest znacznie płynniejsza i łagodniejsza. W oczach polskiego wyborcy w tym zakresie Platforma potrafi lepiej niż PiS zarządzać takimi emocjami, co uzewnętrzniło się w fakcie „odbijania” po 10 kwietnia instytucji i urzędów, które PiS miał w swoim „stanie posiadania”. Polacy, jak widać, przeszli nad tym do porządku dziennego. Dlaczego?

Wyjaśnia to Schmitt, pisząc Postulat „odpolitycznienia”, który pojawia się w tym kontekście, oznacza w istocie chęć przezwyciężenia skutków partyjnej polityki. Czy Szanowne Siostry i Szanowni Bracia w PiS nie słyszycie w tym pobrzękiwania echa platformianej retoryki? BBN, IPN, NBP, RPO, KRRiT, TVP (co tam jeszcze?) miały być upolitycznione przez PiS właśnie dlatego, że dało się wykreować wrażenie, iż decyzje personalne dotyczące tych instytucji i urzędów są właśnie skutkiem partyjnej (w domyśle – „pisowskiej”) polityki. Co z tego, że zarówno przed jak i po katastrofie w Smoleńsku szereg innych instytucji i urzędów było i jest obsadzonych przez bądź to dawnych polityków bądź jawnych sympatyków takich formacji jak PO, SLD i z tej strony, skoro wystarczy ogłosić ich „niezależność” i „apolityczność” i po sprawie? Znowuż PiS jest słabszy emocjonalnie, by tego typu przekłamania obalać. A dlaczego, to jest to już ezoteryczna wiedza formacji Jarosława Kaczyńskiego.

Na pytanie, jak udało się PiS’owi jak też i samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu w taki sposób „przyprawić gębę”, Schmitt odpowiada następująco Utożsamienie polityczności z partyjną polityką jest możliwe dopiero wtedy, kiedy państwo traci znaczenie jako jedność polityczna, obejmująca wszystkie wewnętrzne polityczne stronnictwa i łagodząca ich przeciwieństwa. Wówczas różnice wewnątrz państwa zyskują na intensywności… Jeżeli sprzeczności o charakterze partyjno-politycznym stają się w państwie stricte polityczne, wówczas osiągnięty zostaje najwyższy stopień napięć „wewnątrzpolitycznych” i wewnątrz państwa powstają ugrupowania, które formują się według kryterium przyjaciela i wroga. Proste. Otóż, by na Platformie Obywatelskiej nie ciążyło odium polityczności, to musi ona mieć – nomen omen – „chłopca do bicia”, któremu da się dosztukować pejoratywną łatkę „polityczności”, jako czegoś nieestetycznego. Dziwi jedynie to, że ani Jarosław Kaczyński ani czołówka PiS’u jakoś w porę się przeciwko temu nie ustrzegli, zaś dali sobie narzucić kompromitujący styl permanentnego udowadniania nie bycia wielbłądem. Gdzie się podziała ta formacja szeryfów sprzed (i w trakcie) kampanii z 2005 r.? Czy ci szeryfowie w kaburach mieli „małe pistoleciki” nabite ślepakami?

Cóż, właściwie, opierając się na lekturze Schmitta można dalej prowadzić rozważania nad czwartą już porażką PiS’u, lecz tak w zasadzie, to centralną osią tego wszystkiego jest to, że w zakresie kompetencji emocjonalnych Platforma jest od Prawa i Sprawiedliwości mocniejsza. Gdyby bowiem wszystko to, co się w Polsce dzieje od 2005 r. (a szczególnie po 2007 r.), miało miejsce w innym kraju, w innym społeczeństwie, które ma wyższą samoświadomość, samoocenę i samoregulację, to po pierwszym skandalu lub kryzysie w łonie rządu takie ugrupowanie jak PiS „w cuglach” by przejęło władzę i zapewne długo by się nią cieszyło. Ba, takie wydarzenia, jak katastrofa w Smoleńsku i podwójna powódź, bezwątpienia spowodowały by polityczne trzęsienie ziemi, zaś rządząca formacja po tygodniu nie utrzymałaby się przy władzy. W PiS w dalszym ciągu pokutuje przeświadczenie, że „już za chwileczkę, już za momencik” powrót do rządzenia wpadnie w rękę jak dojrzałe jabłko. Wystarczy tylko poczekać.


napisz pierwszy komentarz