W schonisku w Orlu jest już nowa łazienka, a za chałupą sauna. W Chatce Górzystów jeszcze nie ma prądu, ale jest bezprzewodowy internet. To nie wyklucza faktu, że Góry Izerskie przypominają latem i wczesną jesienią step, a co za tym idzie, rację miał pewien wopista, nazwawszy je Izerbejdżanem.  Do Izerbejdżanu pół Wrocławia jeździ na biegówki. Jeździmy więc i my.

Spędziliśmy tam łykend, w zgranej pięcioosobowej grupce. Śnieg był na Dolnym Śląsku ostatnio trzy lata temu, wtedy to jechałam ostatni raz na narty, tj. jechałam, ale nie dojechałam, bowiem bus zepsuł się przed Kaczorowem, więc poszliśmy na spacer po lesie i wrócili do Wrocławia. Dlatego w tym sezonie musiałam uczyć się od nowa, jak się przyczepia but do narty, jak się chwyta kije i jak się odpycha. Ruszyliśmy z Jakuszyc we mgle i zadymce. - O, widzę, że już lepiej trzymasz kije - powiedział mój Anioł Stróż, nie mniej cierpliwy w udzielaniu nauk ścisłych i przyziemnych niż Pan Łyżeczka. - O, widzę, że ci narty przestały przeszkadzać - uśmiechnął się następnie.  On jest bardzo cierpliwy i mądry. I dużo umie. Umie wytłumaczyć, dlaczego samolot lata, zna się na kablach i instalacjach i umie sam zrobić zapięcie-chwytak do nart.  I jest silny - startuje w Biegu Piastów, a poza godzinami biega na nartach w rodzinnych okolicach. To Anioł Stróż wziął ode mnie ciężkie narty na pksie, a teraz dźwigał na plecach mój plecak. Mogłam dzięki temu lekko odpychać się od podłoża. A czasem przystawać, patrząc na przypudrowane świerki.  Mijały nas ciemne sylwetki ludzi-robaczków, zwinnie odbijających się od ziemi, rozkraczonych, zgiętych.  Zresztą, gdy odjeżdżali, wokół znów było biało i cicho.

Szło, a raczej biegło mi coraz lepiej, z wyjątkiem momentów, gdy trzeba było nie biegać, ale zjeżdżać. - Oj, wrrr... Jak każdy krótkowidz, drżę na myśl, co będzie, "jak upadnę i rozwalę szkła"? Narty mam długaśne, jak twierdzi on, ciut dla mnie za długie. Kilka razy miałam do wyboru udawać, że wiem, co zrobić, albo upaść z fasonem. To upadłam z fasonem, zaśmiewając się do rozpuku (tak fajnie leżeć w śniegu jak dziecko). Ale nie pozwoliłam sobie pomóc, chciałam nauczyć się wstawać sama. Anioł Stróż wytrzymał taką akcję trzy razy w ciągu jednego łykendu, po czym zarządził następnym razem naukę zjazdów z górki.  By uzupełnić siły, zjedliśmy na Hali Izerskiej po wielkim naleśniku z serem i wysuszyliśmy rzeczy przy gorącym kominku. Wróciliśmy do Orla w zapadającym zmierzchu. Potem kto odważny siedział w saunie i lodowatym strumieniu, a kto mniej odważny, umył się pod lodowatym prysznicem - w chacie. Ja byłam mniej odważna, a lodowaty prysznic nie zrobił po takiej trasie źle.

W niedzielę, lawirując między pędzącymi gęsto zawodnikami i turystami, zjechaliśmy do Szklarskiej Poręby. Siedząc w haniebnie wlokącym się pociagu (30 km/h, czyli do Wrocławia pięć godzin), zasypiałam na własnym plecaku. I byłam bardzo zdziwiona jedną obserwacją. Wcześniej sądziłam, że po takich trasach na rowerze, jakie robię regularnie od czterech lat, po wysiłku już nie będę miała zakwasów. A figę. Dziś rano nie mogłam usiąśc po turecku ani poprawić sobie poduszki pod głową, a do pracy poszłam krokiem ułana.  Buty natomiast zostały wystawione za okno, i nie trzeba dodawać dlaczego. Zarówno narciarskie, jak i wędrownicze.