Opisuję w nim wydarzenia, które w tak głębokim stopniu naruszyły moje poczucie osobistej godności, a także wkroczyły w sferę prywatną, że najchętniej nie chciałabym o tym mówić publicznie. Nie mam żadnej potrzeby ekshibicjonistycznej.

Muszę jednak przedstawić blogerom, co się działo w dniach 17-22 luty, gdyż wielu z Państwa pomagało mi w tym czasie i pomaga nadal, więc publiczne sprawozdanie jest konieczne.

Spotkałam się też z napastliwymi uwagami i zjadliwą krytyką, które - być może - wynikały z nieznajomości faktów. Tym osobom też należy się informacja, aby mogły - jeśli mają dobrą wolę - zweryfikować swoje błędne stanowisko.

Muszę też powiedzieć, że przestrzegano mnie przed napisaniem tego tekstu, z uwagi na fakt, że może to być niekorzystne dla mnie procesowo. Czasami lepiej jest nie odkrywać swoich atutów mając za przeciwnika procesowego instytucję bezwzględną, w której pracują ludzie bez poczucia moralności.

Rozważyłam to wszystko. Nie mam nic do ukrycia. Moim zdaniem, opinia publiczna musi być poinformowana. Dlatego napiszę "jak było".

------------------------
 

W dniu 17 lutego 2010 r. funkcjonariusze Komendy Miejskiej Policji w Bielsku-Białej wkroczyli około godz. 6.00 rano na teren nieruchomości w Czechowicach-Dziedzicach z Postanowieniem Sądu Rejonowego w Gostyniu z dnia 14 lutego 2008 r. wydanym do sprawy II K 85/05 w przedmiocie przeszukania pomieszczeń i innych miejsc celem znalezienia osoby Janusza Górzyńskiego.


Mój brat jest ofiarą "pomyłki sądowej" lub celowego fałszywego oskarżenia

Janusz Górzyński nie jest żadnym przestępcą. Jest ofiarą błędnego funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości lub wręcz fałszywego oskarżenia.

Pretekstu dostarczyło zdarzenie z 1999 r. W roku tym małżonka Janusza Górzyńskiego Wiesława została oszukana przez właściciela sklepu, u którego chciała zakupić komputer dla syna finansowany przy pomocy tzw. kredytu bezgotówkowego. Dostarczyła stosowne dokumenty i podpisała umowę kredytową. Komputera jednak nigdy nie otrzymała, a bank zaczął domagać się spłaty zaciągniętego kredytu. Zawiadomiła o oszustwie organa ścigania. Po dwóch latach zaczęto prowadzić śledztwo, w trakcie którego ustalono, że oszukańczy dostawca sfałszował umowę kredytową, m.in. potwierdzając na niej, że dostarczył towar oraz że umowę podpisał - jako gwarant - Janusz Górzyński. Dzięki temu dostawca otrzymał z banku pieniądze. Analiza grafologiczna jednoznacznie potwierdziła jednak, że Janusz Górzyński umowy nie podpisywał. Stwierdzono też, że dostawca nie mógł dostarczyć Wiesławie Górzyńskiej żadnego komputera, gdyż nie posiadał dowodu jego zakupu.

Mimo to czterokrotnie umarzano śledztwo, twierdząc, że nie można ustalić, czy towar został dostarczony, ponieważ nieuczciwy dostawca bronił się w ten sposób, że prawdą jest, że nie dostarczył zamówionego komputera, ale rzekomo zmodernizował jakiś stary. Nie posiadał wprawdzie żadnych dowodów tej modernizacji, ani nawet nie potrafił nawet powiedzieć, na czym ona polegała, ale prokuratura dała mu wiarę. Następnie oskarżono Górzyńskich, że wyłudzili oni kredyt z banku, gdyż rzekomo zaciągnęli pozornie kredyt w banku na nowy komputer, a tymczasem chcieli mieć modernizację starego.

W celu uwiarygodnienia zeznań dostawcy, skierowano najpierw oskarżenie do Sądu przeciwko niemu jako "pomocnikowi" Górzyńskich w rzekomym przestępstwie wyłudzenia, dostawca ten dobrowolnie poddał się karze /o czym Górzyńscy nic nie wiedzieli/, a po uprawomocnieniu się tego wyroku, skierowano akt oskarżenia przeciwko nim, twierdząc, że dostawca  jest bardzo wiarygodny, gdyż rzekomo jego zeznania zweryfikował Sąd.

Górzyńscy czterokrotnie składali wniosek o umorzenie sprawy ze względu na oczywisty brak faktycznych podstaw oskarżenia i manipulację dowodami we wcześniejszym postępowaniu sądowym. Sąd w Gostyniu nie rozpatrzył jednak tych wniosków, za to wydał nakaz aresztowania Górzyńskiego z powodu rzekomego utrudniania procesu sądowego. Wydał za Januszem Górzyńskim list gończy, twierdząc w nim, że jest on "sprawcą niebezpiecznym". Z tego powodu w 2007 r. Górzyńskiego poszukiwali w Czechowicach-Dziedzicach funkcjonariusze uzbrojeni w broń maszynową, w kamizelkach kuloodpornych i kaskach keflarowych.

Wyżej opisana absurdalna sytuacja trwa już cztery lata. Janusz Górzyński wielokrotnie zwracał się o rzetelne zbadanie sprawy do poprzednich Ministrów Sprawiedliwości, domagając się wycofania oczywiście bezpodstawnego aktu oskarżenia. Niestety, Prokuratura Krajowa, Biuro Ministra i Departament Sądów Powszechnych z zaciekłym uporem bronią niekompetentnych i/lub przestępczych funkcjonariuszy. W niniejszej sprawie już 6 razy interweniował senator Czesław Ryszka. Sprawę monitoruje też w pewnym zakresie RPO.

Oświadczenia Senatora Czesława Ryszki można znaleźć tutaj, tutaj, tutaj, tutaj i tutaj.

Dokumenty ujawnione do tej sprawy można obejrzeć na tej stronie
 

Brutalne przeszukanie w dniu 17 lutego 2010 r.

Przeszukiwanie pomieszczeń i zatrzymywanie Janusza Górzyńskiego odbywało się w sposób brutalny, o czym świadczą m.in.: znaczna liczba funkcjonariuszy, biorących udział w przeszukiwaniu i zatrzymywaniu /siedem osób/, okoliczności opisane w oświadczeniu mojej siostry oraz skutki w postaci znalezienia się trzech osób w szpitalu /80-letnia mama Górzyńskich, Krystyna Górzyńska, Janusz Górzyński/.

W opisie przeszukania i zatrzymywania mojego brata mogę polegać tylko na relacji mojej siostry. Z wydarzeń tych pamiętam tylko: zakrwawioną nogę brata, ranę na jego czole, rozmowę z senatorem Ryszką, o którą prosił mnie brat, i to, że w pewnym momencie znalazłam się na ziemi. Nic więcej nie pamiętam.

Moja siostra opisuje zatrzymywanie brata następująco:

"Godzina 6 rano domofon przy bramce mojej posesji. Sprawdzam, kto to. Stoją dwa samochody koloru białego. Zostałam wezwana do wpuszczenia do domu. Ponieważ było to wczesna pora i wyszłam z łóżka musiałam się ubrać, gdyż aby otworzyć bramkę muszę wyjść na zewnątrz budynku (jest zima więc chyba nie polecę w koszulce nocnej). Podchodzę do bramki stoi kilka osób, a między nimi jedna kobieta. Zauważyłam, że jeden mężczyzna ma kamerkę i filmuje mój dom. Zadałam pytanie, dlaczego Pan to robi bez mojej zgody. Ale nie dostałam żadnego wytłumaczenia. Kobieta kazała mi otworzyć  i wpuścić ich. Odpowiedziałam, że aby to zrobić, muszę wiedzieć, dlaczego mam to zrobić. Zapytałam, kim jest. Wtedy pokazała mi legitymację i Postanowienie z dnia 14 lutego 2008 roku. Otworzyłam bramkę i wtedy cała ta grupa mężczyzn odepchnęła mnie i pobiegła do mojego domu. Nie wiedziałam o co chodzi, gdyż nie miałam nawet czasu przeczytać okazanego mi na krótko  Postanowienia. Gdy doszłam do domu zobaczyłam, jak grupa mężczyzn szarpie mojego brata Janusza Górzyńskiego na pierwszym piętrze domu, rzuca Go na ziemię oraz rzuca moją siostrę Krystynę. Przerażenie moje było ogromne, gdy zobaczyłam, że Krystyna leży na podłodze (sama wylewka gdyż robię remont), gdzie były różne narzędzia. Przestraszyłam się wtedy bardzo o jej zdrowie, gdyż policjanci nie patrzyli na to, gdzie ona upadła. W tym samym czasie inni policjanci szarpali mojego brata jak najgorszego bandytę, rozerwali mu całą piżamę, włącznie z tym, że był bez spodni od piżamy. Zaczęłam krzyczeć, jak tak można, żeby filmować jego nagiego. To, co robiła policja było obrzydliwe. Leżącemu wykręcali ręce, aby założyć kajdanki, a ponieważ mój brat jest bardzo postawnym mężczyzną /prawie 2 metry wzrostu i 125 kg wagi/ rzuciło się na niego chyba z pięciu . Klęczeli na nim, szarpali, aby założyć kajdanki. Krystyna krzyczała, że już raz miał zawał, niech uważają, co robią. Ale to nie było dla nich ważne. Cała ta grupa szarpiąc go zeszła na dół na parter. Osoba, która filmowała to zdarzenie, nie chciała odwrócić kamery w stronę, gdzie przewrócono moją siostrę. To było dla mnie niezrozumiałe. Gdy chciałam pomóc mojej siostrze odepchnięto mnie. A siostra jest moim i Mamusi  gościem więc jestem za nią odpowiedzialna jako gospodarz domu . Uniemożliwiono mi tę  pomoc. Gdy schodziłam  na parter -  po raz kolejny zwracałam uwagę osobie kręcącej całe to zdarzenie, że relacja z tego zdarzenia ma być rzetelna i ma być filmowane wszystko, a nie tylko to co on chce. Zeszłam na dół i zobaczyłam wtedy, że mój Brat cierpi, gdy mu założyli kajdanki,  poprosiłam aby mu je zdjęli, przecież nigdzie nie ucieknie i po raz kolejny zaznaczyłam,  iż jest już po jednym zawale. Wtedy odezwał się jeden Pan, chyba najstarszy wiekiem, że też jest po zawale - odpowiedziałam, że chyba wie co to znaczy. Wtedy podjęto decyzję o ich zdjęciu. Poszłam do kuchni po szklankę wody, która podałam  Bratu . Zobaczyłam wtedy, iż Brat owija sobie lewą nogę, gdzie leciała krew  a tam miał duże nabrzmiałe żylaki. Miał też ranę na czole".

Potem przyjechało pogotowie i zabrało naszą mamę do szpitala. Przebywała ona na leczeniu kardiologicznym przez 8 dni.

 

Ostra reakcja na stres wg ICD-10

W karcie informacyjnej mojego leczenia szpitalnego w dniach 17.02.2010-22.02.2010 zdiagnozowano ostrą reakcję na stres.

Według ICD-10 Międzynarodowej Statystycznej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych, stan chorobowy pod nazwą "ostra reakcja na stres" opisywany jest następująco:

Przemijające zaburzenie o znacznym nasileniu, które rozwija się jako reakcja na wyjątkowy stres fizyczny lub psychiczny u osoby nie przejawiającej uprzednio żadnego zaburzenia psychicznego, ustępujące zazwyczaj w ciągu godzin lub dni. Stresorem może być druzgocące przeżycie pociągające za sobą poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa lub fizycznej nienaruszalności danej osoby lub osoby (osób) jej bliskiej (np.: katastrofa żywiołowa, wypadek, bitwa, napad, gwałt lub nadzwyczaj nagła i zagrażająca zmiana pozycji społecznej i/lub społecznego układu odniesienia danej osoby, jak: wielokrotne osierocenie /zwłaszcza śmierć kilku osób w krótkim czasie/, pożar domu). Ryzyko wystąpienia tego zaburzenia wzrasta, gdy współistnieją wyczerpanie fizyczne lub czynniki organiczne (np. starszy wiek).

Objawy cechuje duża różnorodność, ale w typowych przypadkach obejmują one: początkowy stan "oszołomienia" ze zwężeniem pola świadomości i zawężeniem uwagi, niemożność rozumienia bodźców i zaburzenia orientacji. Następnie może wystąpić albo dalsze wyłączenie się z otaczającej sytuacji (aż do stuporu dysocjacyjnego - zob. F44.2), albo pobudzenie i nadmierna aktywność (reakcja ucieczki lub fugi).
Często występują autonomiczne objawy panicznego lęku (przyspieszona akcja serca, pocenie się, zaczerwienienie). Objawy pojawiają się zazwyczaj w ciągu minut po zadziałaniu stresowego bodźca czy wydarzenia i zanikają w ciągu 2-3 dni (często w ciągu paru godzin). Może występować częściowa lub całkowita niepamięć (amnezja) (zob. F44.0) całego epizodu.

Wskazówki diagnostyczne:

Należy stwierdzić bezpośredni i wyraźny związek czasowy pomiędzy wydarzeniem stresującym a wystąpieniem objawów. Występują one zazwyczaj w ciągu kilku minut albo natychmiast. Ponadto:

  • wykazują mieszany i zazwyczaj zmienny obraz - poza początkowym stanem "oszołomienia" można zaobserwować depresję, lęk, złość, rozpacz, pobudzenie i wyłączenie się, ale żaden typ objawów nie dominuje w obrazie przez dłuższy czas;
  • znikają szybko (no najwyżej w ciągu kilku godzin) w tych sytuacjach, w których możliwe jest wycofanie pacjenta ze stresującego otoczenia; w przypadku, gdy sytuacja stresowa trwa nadal lub ze względu na swój charakter nie może być odwrócona, objawy zazwyczaj zaczynają ustępować po 24-48 godzinach, a po około 3 dniach wykazują zwykle minimalne nasilenie.

źródło

 

Czy byłam agresywna wobec Policji?

Policja twierdzi, że byłam agresywna wobec policjantki z ich zespołu. W karcie informacyjnej z pobytu w szpitalu jest następujący cytat:

"Pacjentka przywieziona na tutejszy oddział z powodu (jak wynikało z wywiadu od policji) agresywnego zachowania w stosunku do funkcjonariuszy ........"

Nie pamiętam takiego wydarzenia. Jako dorosły człowiek nigdy nikogo nie uderzyłam. Nawet nie jestem w stanie wyobrazić sobie, abym mogła kogoś uderzyć. Chyba tylko w obronie własnej lub krzywdzonego człowieka.

Wydarzenia w domu siostry były filmowane. Niech film rozstrzygnie wątpliwości.

Istotne w tym miejscu jest, iż jedną z cech zaburzeń pod nazwą "Ostra reakcja na stres" może być częściowa lub całkowita niepamięć epizodu.


Sporządzanie protokołu z przeszukania

Po zakończeniu przeszukania i zatrzymaniu naszego brata Janusza Górzyńskiego, następowało spisywanie protokołu przeszukania przez st. sierżant Monikę J. Policjantka ta odmawiała zapisywania w protokole oświadczeń siostry i moich.

Nie byłam w stanie tego znieść. Poszłam do kuchni i wróciłam z nożykiem do owoców, który przyłożyłam sobie do nadgarstka. W tej sytuacji policjantka zaprzestała odmowy wpisywania do protokołu naszych oświadczeń.

Gdy protokół został sporządzony, odłożyłam nożyk i w tym momencie młodszy aspirant Paweł S. rzucił się na mnie, przewrócił na ziemię i skuł kajdankami. Następnie wezwano pogotowie.

Lekarz pogotowia ustalił, że nigdy nie leczyłam się z powodu zaburzeń psychicznych. Ponieważ nie mam w tej chwili ubezpieczenia zdrowotnego, oświadczyłam, że rezygnuję z jakichkolwiek form pomocy medycznej.

Lekarz przyjął to do wiadomości, zwracając jednocześnie uwagę policjantom, aby zdjęli mi kajdanki i zezwolili na wstanie z podłogi.

Potem policja opuściła nieruchomość. Poszłam do łazienki.


Porwanie

Po pewnym czasie policjanci ponownie zadzwonili do domu i poprosili, abym do nich zeszła, gdyż na protokole przeszukania brakuje mojego podpisu. Narzuciłam na koszulę płaszcz i wyszłam z domu w kierunku bramki w ogrodzeniu.

W tym momencie Policjanci wtargnęli na teren nieruchomości, porwali mnie, wrzucili ją do samochodu i skuli kajdankami. Nie udzielili mi żadnych wyjaśnień na temat przyczyn tego dziwnego zatrzymania.

Jest oczywiste, że policjanci bezprawnie wtargnęli na teren nieruchomości, gdyż przeszukanie było już zakończone, a policja nie miała żadnego Postanowienia uprawniającego ją do ponownego wejścia na teren prywatny.

Zwracam uwagę, że w tym momencie miałam na sobie tylko koszulę nocną i płaszcz, nie miałam bielizny ani rajstop, a na nogach tylko domowe kapcie.

W samochodzie nadal nie udzielano mi żadnych informacji. Było zimno i chciałam położyć  zmarznięte nogi na siedzeniu. Spychano mnie, nie reagowano na prośby o informacje i pomoc.


Na Komendzie

Po przyjeździe do Komendy na ul. Rychlińskiego w Bielsku-Białej, zaprowadzono mnie do jakiegoś pokoju, w którym pracowało przy dokumentach dwóch funkcjonariuszy. Pozostawiono tam mnie bez żadnych wyjaśnień. Dalej nie odpowiadano na żadne pytania dotyczące mojej sytuacji procesowej.

Po upływie około 30-40 minut, gdy nie mogłam doprosić się żadnych informacji ani obdukcji medycznej, zauważyłam, iż na jednej z szafek leży nóż. Pochwyciłam go i przecięłam naskórek na lewym nadgarstku. Nie uszkodziłam żyły. Nie zdążyłam. Policjanci  obezwładnili mnie.

Nie wiem, dlaczego zdobyłam się na taki autodestrukcyjny akt. Nie mogłam znieść nieustannego naruszania mojej godności osobistej, a także stanu niepewności, spowodowanego brakiem jakiejkolwiek informacji. Ponadto wydawało mi się, że ten dramatyczny gest może spowodować otrzeźwienie policji i zmusić ją do przestrzegania procedur.

Domagałam się wezwania prokuratora, zabezpieczenia śladów i przeprowadzenia obdukcji medycznej. Wprowadzano mnie w błąd, że prokurator został wezwany i odbierze ode mnie zeznanie. W międzyczasie ponownie założono mi kajdanki, w tym na krwawiącą rękę. Nikt z policjantów nie opatrzył mi ręki, nie zaproponował choćby przemycia rany wodą utlenioną.

Po pewnym czasie przyjechało pogotowie. Ponownie odmówiłam badań, obawiając się, że zostanę obciążona ich kosztami. Podtrzymywałam stanowisko, że powinien przybyć prokurator i wystawić zlecenie na przeprowadzenie obdukcji medycznej. Nadal wprowadzano mnie w błąd, że prokurator przybędzie.

Policjanci przeklinali w mojej obecności oraz dwóch stale mnie pilnowało.

Po pewnym czasie do pokoju wszedł młodszy aspirant Józef Ś. Szydził, że rzekomo pobiłam wielu policjantów, a następnie nakazał założyć mi kajdanki i wyprowadzić z pokoju.

Dwóch policjantów trzymało mnie z całą siłą pod ręce i zaciągnęło do samochodu. Nie poinformowano mnie, dokąd jedzie samochód. W samochodzie byłam cały czas silnie trzymana pod ręce.


Szpital

Samochód przyjechał do Specjalistycznego Psychiatrycznego Zespołu ZOZ w Bielsku-Białej na ul. Olszówka. Nie wiedziałam, że jest to szpital, gdyż nikt mi nic nie mówił.

Policjanci /prawdopodobnie młodszy asp. Paweł S. i posterunkowy Dawid A./ wytargali mnie w kajdankach z samochodu naciskając głowę jak groźnemu bandycie. Chcę podkreślić, że jestem po ciężkiej operacji neurochirurgicznej głowy wykonanej ok. 8 lat temu.

Następnie wciągnięto mnie do szpitala, w kajdankach oczywiście, na oczach przypadkowych osób. Nie była w stanie iść samodzielnie po zmarzniętym śniegu, gdyż byłam tylko w kapciach.

Policjanci przedłożyli lekarce dyżurnej jakieś notatki, z których wynikało, że byłam agresywna wobec policji i siebie /o notatkach tych dowiedziałam się później/. Nie miałam możliwości przestawienia swojej wersji wydarzeń, gdyż błyskawicznie podjęto decyzję o unieruchomieniu mnie w pasach bezpieczeństwa na łóżku szpitalnym i podaniu zastrzyku.

W godzinach popołudniowych i następnych dniach mogłam się swobodnie poruszać po szpitalu i nie podawano mi żadnych leków. Lekarze oddziałowi już od piątku nie widzieli żadnych przeciwskazań do opuszczenia przeze mnie szpitala.

Ponieważ ordynatora nie było w piątek 19.02.10 r., wypisu ze szpitala dokonano dopiero                      w poniedziałek 22 lutego, uwzględniając zresztą moją zdecydowaną prośbę, gdyż zgodnie z przepisami mogłam być zatrzymana w szpitalu na obserwację nawet do 10 dni.

W dokumentacji medycznej ze szpitala znajduje się badanie fizykalne, zawierające opis powłok skórnych o następującej treści:

"Rana cięta powierzchowna na skórze nadgarstka lewego - po samookaleczeniu. Podbiegnięcia krwawe, siniaki średnicy ok. 1,5 cm w licznych miejscach na skórze nadgarstków obu rąk i wewnętrznej powierzchni ramion - wyglądające na ślady rąk po przytrzymywaniu".

 

Konkluzje końcowe

  1. przez brutalne działania Policji zostałam narażona na powstanie stanu chorobowego pod nazwą "Ostra reakcja na stres",
  2. w moim przekonaniu zatrzymanie mnie nie było uzasadnione,
  3. policjanci nie przestrzegali procedur związanych z zatrzymywaniem, a w szczególności nie respektowali prawa do informacji należnego osobie zatrzymanej; moim zdaniem, ustawowe procedury związane z zatrzymywaniem są całkowicie martwe - policjanci robią co chcą,
  4. w sposób nieuzasadniony naruszano moją nietykalność cielesną, rzucano mnie na ziemię, zakuwano w kajdanki, szarpano, przyciskano głowę, naruszano moje poczucie godności i cześć, czym sprowokowano akt samookaleczenia,
  5. nie wezwano do Komendy prokuratora, który ustaliłby powstałe nieprawidłowości - z powodu których po znalezieniu noża na Komendzie próbowałam podciąć sobie żyły -  a także  ukryto niektóre dowody tego zdarzenia,
  6. przewożono mnie do szpitala psychiatrycznego bez poinformowania i zgody, co byłoby dozwolone, ale wymagało obecności personelu medycznego, a zatem Policja działała wbrew wymogom Ustawy o Ochronie Zdrowia Psychicznego.

-------------------------------
 

Policja wielokrotnie złamała prawo realizując bezprawny w swej istocie list gończy za moim bratem /o czym wiedziała/, a następnie zatrzymując mnie.

Jestem wdzięczna wszystkim osobom, które w tych trudnych dniach udzielały mi pomocy, domagały się wyjaśnień od organów Państwa i robią to nadal.

Dziękuję Maryli i Blogmediom, Aferom Prawa, Stowarzyszeniu przeciwko Bezprawiu, SOiRP, Łażącemu Łazarzowi i wielu, wielu innym osobom, portalom i organizacjom.

Opisałam szczegółowo, co spotkało mnie i moją rodzinę, gdyż jestem zdania, że opinia publiczna powinna wiedzieć, jak wygląda polskie "państwo prawa".