W Parku Omega
Odwiedzilem niezwykle sanktuarium zwierzat (ale ptakow nie widzialem tam ani jednego) w Parku Omega znajdujacego sie w kanadyjskiej prowincji Quebec. Jakies 600 km. do przejechania od mojego domu polozonego w prowincji Ontario nad brzegiem jez. Huron. Pora dobra, bo zaczela sie jesien i liscie drzew nabieraja roznych kolorow. Nie wiem ile jest takich miejsc na swiecie. To kandyjskie zostalo otwarte w 1991 r. za sprawa zamoznego czlowieka Jerome Page'a. Dzis jest wlasnoscia konsorcjum przedsiebiorstw na czele z Olivierem Favre z francuskiej Alzacji.
Park jest zwielokrotniona, co do wielkosci, wersja mnostwa tzw. SAFARI, ktore mozna spotkac w Kanadzie i USA. W tamtych wjezdza sie samochodami i oglada zwierzeta przez okna. Zwierzetom, albo sie chce zbilizyc na odleglosc wzrokowa, albo nie. Niektorzy nieostrozni ludzie przeplacili zyciem przygode, bo wbrew zasadom zachcialo im sie wysiasc z automobilu, a tam przeciez zyja zwierzeta drapiezne.
Park Omega rozciaga sie na 880 hektarach ziemi, skal, lasow, stawow i jezior. Jest bardzo dobrze rozplanowany i ciagle inwestorzy wymyslaja cos nowego by wzbogacic krajobraz. Przykladowo, stworzono tam maly obszar tundry arktycznej, gdzie dobrze czuja sie wilki i lisy polarne. Jest tam caly szereg roznych atrakcji dla ludzi, ktorych bym nie wymyslil. Glowna, jest szlak ciagnacy sie zawijasami przez 12 km. Przejezdza sie go wlasnymi samochodami, choc niektorzy wynajmuja samochodziki z bokami otoczonymi siatka by moc lepiej chlonac atmosfere.
Idea parku jest stworzenie zwierzetom takiego srodowiska, by czuly sie jak u siebie. Ludzie zostali podporzadkowani temu celowi. I widac to od pierwszych metrow trasy, tuz za brama. Wjechalismy rano, o godzinie 10-ej, by uniknac tloku. Niestety byla to sobota. Najpierw stlaczaly nas duzej wielkosci sarny. Staly po obu stronach drogi i podchodzily do samochodow oczekujac poczestunku marchwia (tylko taki pokarm jest tam dozwolony). Ja kupilem 25 kg. tego warzywa i w calosci przekazalem zwierzaczkom. Niedaleko bramy jest sklep z marchwia, gdzie ceny sa kilkakrotnie wyzsze niz w handlu. Tego uniknalem. Niektore sarny wstawialy swoje glowy do srodka samochodu. Jednej z nich dalem dwie marchwie, jedna po drugiej, a mimo to podazala za mna i znow wstawila glowe. Dostala trzecia marchwie. Akurat jelenie maja w tym czasie swoja ruje i moga byc agresywne. Sa ostrzezenia by je nie karmic, ale tez i one nie garna sie do tego. Chodza po drodze i czasami donosnie porykuja. Slychac je bylo takze w moim lokum.
Samochody zatrzymujac sie na krotko, podazaly powoli do przodu. Niestety, czasami szlak sie zawezal i jakis czlek, z wygladu, z tzw. Trzeciego Swiata, stawal i blokowal przejazd. Trabienie w Parku jest zabronione. Jakos kolumna, sila rzeczy sie rozciagala i bylo znosnie. Do zobaczenia bylo wiele zwierzat. Wypada wymienic: losie, jelenie wirginijskie i sarny, antylopy, bizony, niedzwiedzie czarne, pumy, rysie kandyjskie, koziorozce alpejskie, wilki, psy preryjne, rosomaki, bobry i szopy. Wzdluz drogi i dalej od niej, swobodnie chadzaly dziki ze swoimi dziecmi, dzikie indyki i co tam jeszcze. Najbardziej polubilem kozla alpejskiego z wielkimi rogami skierowanymi w dol. Wsadzil nos w moje okno i tak patrzelismy sobie w oczy. Wreszcie dalem mu marchew, choc przy wjezdzie w te czesc szlaku stal znak, ze koziolkow nie wolno karmic.
Trase przejechalem w dwie godziny. Pod koniec zauwazylem sporoi rozrzuconych marchewek - ludzie zostawili je nie chca wracac z nimi do domu. Jakas mala antylopa ochoczo je spozywala. Przy wyjezdzie moglem zobaczyc wjazd, a w jego sasiedztwie, lezace, najedzone sarny. Tylko nieliczne staly przy szlaku czekajac na marchew.
Wsrod innych atrakcji wyrozniaja sie pokazy z wilkami. Oglada sie je z drewnianych podwyzszen/pomostow. Noca robia pokazy swietlno-dzwiekowe z wilcza tematyka. Podobno jest on bardzo atrakcyjny. Mozna sie tez wybrac na koktajl wilczy w Obserwatorium Wilkow. Moze lepiej do restauracji, przez ktorej okna mozna sobie ogladac podchodzace do szyb cale rodzinki zwierzatek.
Na terenie Omegi jest wioska zlozona z kilkunastu domkow/chat. Sa one bardzo dobrze wyposazone i schludne. W jednym z nich mieszkalem przez dwa dni. Do domku odchodza male stadka dosc plochliwych saren. Nabieraja odwagi zima, wtedy podchodza na odleglosc reki. Skonczyly mi sie marchwie, wiec ratowalem sie malymi kulkami o zapachu ziolowym; cos w rodzaju kulek, ktorymi karmi sie psy. Kupowalem je w autoamtach-skrzynkach wyrzucajacych ten pokarm po wrzuceniu 25-centowej monety.
Nastepnie, udalem sie sto kilometrow na polnoc w gory Lauretynskie do Mont Tremblant, gdzie tez spedzilem dwa dni. Tym razem w bardzo wygodnym hotelu z "hot tub" (basen na zewnatrz z podgrzewana woda i masujacymi strumieniami wody), basenem wewnatrz budynku, sauna, silownia, itd. To osrodek narciarski tetniacy zyciem zima. W tygodniu, poza weekendem, oblozenie hotelu bylo na 40%. Krotko mowiac - wygoda. Na video nr 3 mozna zobaczyc moj hotel filmowany z wagoniku linii wyciagowej "Cabriolet".
W miasteczku dziala darmowy wyciag z wagonikami na 4 stojace osoby. Po przejechaniu jakies 600 m. mozna sie przesiasc na Panoramiczna Gondole i za jedyne $40 wjechac na szczyt okolicznej gory noszace nazwe Johansen. Jest troche nizsza od najwyzszego szczytu tego pasma gorskiego, Mont Raoul-Blanchard (1166 m.).
W tym centrum sportow zimowych znajduje sie wiele atrakcji. Z tych dodatkowych, wybralem restauracje by sprawdzic tutejsza wersje francuskiej zupy cebulowej. Sam tez potrafie ja robic, ale przeciez nie to samo. W tym ostatnim, bardzo udanym wydaniu, podawano ja w w wydrazonym, brazowym, jakby chlebku/bulce z odcieta gora. Po zdjeciu odcietej pokrywki wyjadalo sie lyzka zupe z otaczajacym ciastem. Pamietam tez inna zupe cebulowa, ktora jadlem w Montrealu. Trzeba bylo uwazac, bo rozgrzany ser parzyl jezyk. Przeciwienstwem byla zupa o takiej samej nazwie, ktora dawno temu jadlem w restauracji noszacej nazwe "Francuska". Najpierw czekalem w pustym lokalu ze dwadziescia minut na kelnera, ktory wreszczie oddalil sie od grupki kolegow, z ktorymi rozmawial. Zupa ktora podal byla zimnawa i plywaly w niej grudki sera. Kompletne nieporozumienie.
W restauracji w Mont Tremblant zjadlem tez porcje slimakow. Maly talerzyk, pare slimakow, troche warzyw. Obleci. Sam zrobie w domu nie gorzej i wieksza ilosc.
Quebec tradycyjnie nie zawiodl swoja nie-goscinnoscia w stosunku do gosci anglojezycznych. Tam moga liczyc na opryskliwosc i sztucznie stwarzane trudnosci. Jesli ktos bywal w Czechoslowacji otwartej dla normalnych ludzi z PRL-u za czasow I Sekretarza KC PZPR, Edwarda Gierka, to wie o czym mowie. Ciekaw jestem ile lat po tragicznej inwazji Ruskich z sojusznikami w nocy 20/21 1968 r. przetrwaly tam antypolskie nastroje.
Moja podroz w obie strony (szczegolnie w okolicach Ottawy) byla zaklocana roznymi, czasami bardzo rozleglymi, robotami drogowymi. Nie zazdroszcze tym, ktorzy musieli podrozowac tamtedy w czasie sezonu letniego. No i z przykroscia zauwazam, ze poglebia sie proces hinduizacji stacji benzynowych, a to oznacza spadek jakosci. Nie mam nic przeciwko Hindusom czy Chinczykom, sa o niebo lepsi od murzynow. Jednakze, wprowadzaja swoja kulture pracy, w tym przypadku - obslugi klientow. Za dlugo by opowiadac; wspomne tylko cuchnace toalety.
- Tymczasowy - blog
- Zaloguj się, by odpowiadać

3 komentarze
1. https://www.youtube.com/watch
https://www.youtube.com/watch?v=WJxsc5QYOcU
2. https://www.youtube.com/watch
https://www.youtube.com/watch?v=rpD1WVqW8To
3. https://www.youtube.com/watch
https://www.youtube.com/watch?v=8MRo_Zw3_7g