Wspomnienia zolnierza Wehrmachtu - X
Dotarlismy z Albinem Gagelem, autorem wspomnien, do marca. Wiosna jest pora roku niewatpliwie lepsza niz zima z temperaturami spadajacymi bardzo nisko. Wydawac by sie moglo, ze codzienne warunki zycia beda calkiem znosne. Niby tak, ale nie w Rosji. Zaraz sie to wyjasni.
Wojsko staralo sie nocowac w jakichkolwiek dostepnych zabudowaniach. Niby przyjazne miejsca z dachem nad glowa. Tyle, ze izby pelne byly robactwa roznych rozmiarow. Najwieksze byly pluskwy osiagajace rozmiar 3 milimetrow. Kiedy sie je rozgniatalo, pozostawialy nieznosny smrod. W ciagu dnia te brudno-czerwonego koloru stworzenia chowaly sie we wszelkich dostepnych szczelinach: w podlodze, scianach i meblach. W nocy stamtad wypelzaly i dobieraly sie do ludzkiej skory. Ssaly krew, a po zakonczniu swojego posilku pozostawialy czerwone plamki swedzace przez dluzszy czas. Nieszczesni ci, ktorzy mieli uczulenie - pokryci byli wrzodami, ktore nawet po zagojeniu pozostawialy blizny. Niemiecki kapral zastanawial sie czy Ruskie mialy jakies srodki uodporniajace na ukaszenia pluskiew. W koncu to robactwo zylo w ich domach na stale. Trudno powiedziec czy myszy i szczury, ktore tez w koncu musialy gdzies zyc, byly mniej czy bardziej znosne. Gagel przed snem owijal sie szczelnie ubraniem by nie wpelzly mu pod ubranie.
Pewnie, ze nie na tym koniec, bo przeciez nie moglo sie obejsc bez wszy i gnid. Wojsko przez cale tygodnie, nie myslo sie porzadnie, nie mowiac o kapieli, i mocno smierdzialo. Tym lepiej dla wszy, to przyjazne dla nich srodowisko. O ile zolnierze cierpieli nocami z powodu pluskw i pozostawiali je za soba w miejscach postoju, to wszy towarzyszyly im przez caly czas. Byly dwa rodzaje wszy, mniejsze - we wlosach na glowie i wieksze - na reszcie ciala. Te wieksze gryzly glownie pod pachami i w talii. Maszerujacy caly dzien czlowiek ratowal sie drapaniem miejsc swedzacych i wowczas robily sie krwawienia. Daloby sie ich pozbyc ze szwow i innych zakamarkow ubrania, gdyby mozna bylo sie regularnie kapac, prac odziez i ja prasowac. Tyle, ze na taki luksus czekalo sie tygodniami. Sadze, ze mozna sie domyslec o czym w takiej sytuacji myslal maszerujacy zolnierz. Takze odpoczywajacy, kladacy sie spac i budzacy sie do parszywej jakosci zycia.
Zolnierz zawsze dostaje w d.... Jak nie snieg i mroz, to wiosna lejacy czesto deszcz. Szybko moczyl czlowieka od stop do glow. Po dotarciu do miejsca noclegu niemieccy chlopcy najpierw rozpalali ogien i starali sie suszyc ubrania. A, ze nie bylo nadmiaru miejsc przy piecu, nieuchronnie dochodzilo do klotni zmeczonych ludzi. Autor wspomnien nie podaje szczegolow, ale i bez tego da sie wyobrazic jak takie scysje mogly wygladac.
Wiosna sprawila, ze o pewnym aspekcie zimy mozna bylo pomyslec z sentymentem. Mam na mysli drogi. W mocno zacofanej cywilizacyjnie Rosji, drogi byly niczym wiecej, jak szlakami oczyszczonymi z roslinnosci. Zima w miare sprawnie sie szlo po twardym gruncie. Zwykle zyczliwe dla ludzi sloneczko, topilo snieg pozostawiajac pod spodem lod. To, co zwykle nazywa sie marszem, stawalo sie stapaniem po niepewnym gruncie. Nieostrozny krok i mozna bylo zlamac konczyne. Ale nie na tym koniec, bo przeciez lal deszcz i ziemia zamieniala sie w mul. Nie taki zwykly, ten mul byl gleboki do kolan. Szczesliwie, skonczyla sie slizgawka, zaczela sie sztuka wyciagania nog z mulu. Jezeli ruch byl szybki, to zasysalo.
Nie na tym koniec, bo przeciez artyleria jest sprzetem dosc ciezkim. Dziala i wozy zanurzaly sie po osie. Ktos musial wraz konmi, to wyciagc i posuwac do przodu. Czasami zdawalo sie, ze mul jest bezdenny. W takich warunkach bohaterow nie bylo, jednostka przesuwala sie do przodu 2-3 km. na dobe. A bywalo i tak, ze wszyscy byli na tyle wyczerpani, wlacznie z dowodztwem, ze po dotarciu do miejsca noclegu pozostawali tam przez kilka dni.
- Tymczasowy - blog
- Zaloguj się, by odpowiadać

napisz pierwszy komentarz