Wspomnienia zolnierza Wehrmachtu - VIII

avatar użytkownika Tymczasowy

W koncu stycznia 1942 r. kapral Albin Gagel dotarl po trzech dniach podrozy pociagiem do Kostrzynia nad Odra. Kilka dni poznej, nowy rozkaz skierowal go do 2. Baterii 293. Pulku Piechoty znajdujacego sie gdzies na froncie wschodnim. Zdawal sobie sprawe z wysokiej smiertelnosci zolnierzy niemieckich na tym froncie. Jednak co innego jest slyszec, a co inngo widziec na wlasne oczy. Tak czy inaczej, dalsza droga wiodla przez Litwe i Lotwe na teren Rosji. Po dotarciu do stacji koncowej Gagel wysiadl z pociagu i od razu poczul, ze od stop do glow przenika go mroz. Nie pomoglo mu zimowe umundurowanie, ktore pozwalalo mu jakos zyc w Narviku. Ostatni odcinek trasy pokonal zolnierz siedzac w ciezarowce, w ktorej swiszczal wiatr i atakowal mroz. Podroz trwala kilka godzin. Nowe miejsce sluzby wygladal tak, dziala baterii byly ustawione rzedem. W poblizu znajdowalo sie kilka namiotow i wozow. Artylerzysci spali w zdobytych wczesniej bunkrach, ktorych konstrukcja byla oparta na drewnianych belkach. W pomieszczeniu o rozmiarach 3X10 metrow miescilo sie 12 ludzi. Na srodku stal piecyk zrobiony z metalowej beczki. "To jest moj nowy dom" - pomyslal Gagel.

Rankiem trzeba bylo najpierw odprawic ciezarowke, ktora przywiozla uzupelnienia wraz z kapralem Albinem. By uruchomic silnik rozpalono pod nim ognisko i ogrzewano w ten sposob przez godzine. Po kilku probach zaplon zadzialal i wehikul ruszyl w droge powrotna, zas wojsko poszlo okopami do swoich dzial.  Bateria miala po bokach po kilkanascie innych dzial, czyli mowa o pulku artylerii. Wszystkie lufy byly skierowane na Leningrad. Poki co, strzelac sie nie dalo, gdyz zamarzly wszystkie smary. Wojsko juz zdazylo sie dostosowac do nieprzyjemnych okolicznosci przyrodniczych, ale zaplacilo smiercia wielu zolnierzy z powodu chorob zwiazanych z niskimi temperaturami oraz po prostu zwyklym zamarznieciem.  Wystarczylo nie wlozyc czapki ocieplajacej pod helm i bylo po czlowieku. By przezyc, konieczne bylo staranne przemyslenie kazdej z zamierzonej czynnosci. Nawet  przyziemna czynnosc zalatwiania sie rodzila duze niebezpieczenstwo. Po dotarciu okopem do dziury w ziemi nazywanej latryna zolnierz musial szybko zdjac spodnie, zrobic swoje i z powrotem naciagnac.  Kilka minut za dlugo grozilo odmrozeniem skory. Do podcierania sie uzywano skrawkow gazet i cokolwiek, co sie moglo do tego celu nadawac. To "cokolwiek" bywalo takie, ze ranilo cialo. w sumie, warunki atmosferyczne byly nieporownywalnie gorsze od tych spod Kola Podbiegunowego w Narviku. Zolnierze niemieccy na froncie wschodnim uzywali okreslenia: "Marszalek Polny Zima". 

Po kilku dniach doszlo do pierwszego strzelania, ktore trwalo niemal caly dzien. Proste, zzautomatyzowane czynnosci obslugi dzial trafialy na rozne przeszkody. Przede wszytskim, nie mozna bylo ryzykowac sciagniecia grubych, niewygodnych rekwiczek. Dotkniecie zmrozonego metalu palcem czy dlonia, moglo zakonczyc sie przymarznieciem skory. Obsluga musiala niezgrabnie nastawiac i wkrecac  zapalniki czasowe do czubkow pociskow artyleryjskich. Wczesniej, by one nie zamarzly, obsluga nosila je w kieszeniach w celu ogrzewania. Bez zapalnikow, dzialo wyslaloby w teren kawalek metalu, ktory by sie nie rozrywal. Takze przesuwanie korbkami lufy dzial by skierowac je na cel, szlo opornie z powodu zamarzajacych smarow. Dym z siarka i huk wystrzalow sprawil, ze gefreiter Gagel nie mogl pozniej zasnac. Ciagle dzwieczalo mu w uszach.

Gagel skonstatowal po tygodniu strzelania, ze chyba ono nie ma wiekszego sensu. W czasi kampanii francuskiej ostrzeliwanie wrtyleryjskie sluzylo ofensywie i przesuwaniu sie do przodu. Tu front trwal w bezruchu. Niezadowolenie autora wspomnien siegalo dalej. Jako czlowiek bardzo wrazliwy na jakos pozywienia serwowanego przez kuchnie polowa, zauwazyl, ze zywnosc byla podla. Jadano w ciemnoscich, cienka zupa z ziemniakow byla zimna. Jesli sie nie pospieszylo, zupka zamarzala. Chleb byl starawy i twrdy. Z kolei jakies przetworzone mieso w puszce podgrzewano na piecyku. Bylo tluste i slone. Herbata smakowala jak mieszanka jakichs lisci z olejem silnikowym. Natomiast smakowalo mu gotowane mieso, ktore serwowano dosc rzadko. Do czasu, jeden z weteranow wskazal mu korpusy niezywych koni, ktorych w poblizu nie brakowalo. W sniegu byly jak w zamrazarce. Prawda jest, ze w czasie II wojny swiatowej (WWII) armia niemiecka byla wciaz armia o napedzie glownie "konskim".

Przez caly okres sluzby pod Lenningradem kapral Gagel nie zobaczyl nawet jednego zolnierza rosyjskiego.  Na to akurat nie powinien narzekac. Pozniej mial ich przed soba nawet nadmiar.

 

 

Etykietowanie:

napisz pierwszy komentarz