Wspomnienia amerykanskiego rekruta

avatar użytkownika Tymczasowy

Przyjemnie jest czytac czyjes wspomnienia z okresu mlodosci i porownywac je z wlasnymi. Czlowiek moze sobie pomyslec, jak wygladaloby jego drugie zycie. Moze to brzmiec dziwnie, ale jest przyjemne. Akurat moge sobie porownac moj okres rekrucki z LWP z pierwszymi miesiacami sluzby amerykanskiego asa lotniczego, pplk.Roberta S. Johnsona opisywanymi w ksiazce pt. "Thunderbolt!", Ballantine Books, New York 1958.

Bycie rekrutem w Ludowym Wojsku Polskim nie bylo przyjemne. Gorzej mialy tylko "pieciolatki", ludzie, ktorzy sami zglosili sie do wojska na okres 5 lat. Kapralstwo mowilo: "Jak tak bardzo wojsko wam sie podoba, to my wam pokazemy!". Nas, nowoprzybylych do jednostki, nazywano "kociarnia". Szkolenie nazywalo sie "dawaniem wycisku kotom". Do tego procederu dolaczali sie niekiedy "starzy zolnierze", nazywani niekiedy "rezerwa". Mowiono nam na pocieche: "Musicie zjesc wagon kaszy zanim wyjdziecie". Na codzien ujadali kaprale i "pety" (starsi szeregowi). Szefowie kompanii w stopniu sierzanta dawali wstep z rana na zbiorce, kiedy rozprowadzano wojsko. W moim przypadku, byl to niskiego wzrostu osobnik z krzywymi nogami i facjata nieco mongolska. Nazywalismy go "Jebio.a Mac", bo tak mowil do nas, gdy sie zdenerwowal. Wtedy tez prezesuwal czapke na tyl glowy i czerwienial na gebie. Zaciagal z ruska. Co dziwne, nawet niektorzy mlodzi oficerowie po szkolach tez lubili zaciagac w tym stylu. Coz, taki byl szyk! Oficerstwo dolaczalo tylko z doskoku. Przykladow, kiedy zaspiewalismy sobie w marszu: "Co za duren to wojsko wymyslil, komu do glowy przyszla ta mysl...", dowodca batalionu zadecydowal bysmy sobie zrobili za kare wielokilometrowy marszobieg. A po jego zakonczeniu, godzinka musztry na palcu apelowym.

R.S.Johnson trafil do jednostki lotniczej w bazie Kelly Field w San Antonio (Teksas) w 1941 r. Jeszcze przed japonska napascia. Byl maniakiem lotnictwa i juz mial uprawnienia do latania. Osiagnal nawet ladna bariere 100 przelatanych godzin. Wszystko za wlasne pieniadze. Po przybyciu do jednostki odczul, ze robi sie milo. Wsrod 150 kadetow (Class 42F) i wsrod kadry dowodczej dostrzegl sporo znajomych twarzy z druzyn sportowych (baseball, football i boks), a takze Cameron Junior College. Pomyslal sobie, ze bedzie dobrze, przywita sie z kolegami, z ktorymi dorastal, itd. I... bardzo sie pomylil!

"Musialem sie nauczyc, ze nie sa juz tymi istotami ludzkimi, jakie znalem. Od czasu, kiedy ich ostatnio widzialem przeszli oni jakas dziwna metamorfoze. Ich ciala sie wyprostowaly, glowy zrobily sie kwadratowe i na wierzch wyszly wszystkie diaboliczne wlasciwosci, jakie tkwily w ich umyslach. A tak wygladalo moje pierwsze zetkniecie sie ze stworzeniem zwykle nazywanym podporucznikiem, a mnie oficjalnie, shavetail (golony ogon)".

Tu musze przerwac by cos wyjasnic. Otoz, okreslenie/przezwisko "golony ogon" mialo stare tradycje w wojsku amerykanskim. Pochodzilo jeszcze z lat 1840'. Tak mowiono na ledwie ujezdzonego mula uzywanego do transportowania ciezarow i przeniesiono na mlodych swiezo upieczonych podporucznikow, ktorzy brak doswaidczenia nadrabiali surowoscia wobec podwladnych. W naszym wojsku na kapralstwo mowilo sie "zupaki", a na kadre, "zlewy".

"Nagle slysze glosny gwizdek. A potem nieznane dotad slowa: "Ty, Mister! Bacznosc!". Rzucilem okiem na boki i natychmiast uslyszalem: "Co sie gapisz, Mister? Chcesz kupic to miejsce? Oczy przed siebie, Mister!". Czy to mozliwe? Przeciez oni byli moimi 'przyjaciolmi'! "Zamknij usta, Mister! Ty nie bedziesz lapal dzis much!". Patrze przed siebie i widze morze ogolonych twarzy tanczacych z wsciekloscia przede mna. Nie jestm pewien... Czybysmy nie chodzili kiedys razem do szkoly, grali w football?

"Patrzcie na to cos! Czy to jest jakis gatunek przyrodniczy?". "Tak, to jest zagadka. Mysle, ze to czlowiek". "Jak sie nazywasz? Aaa, Johnson. To jest nazwisko? Kto pozwolil ci sie obracac, Mister?". "Broda w dol! wypiac klatke piersiowa! Wciagnac brzuch!". "Skad masz taki brzuch/worek? Ukradles komus? Wciagnij go!". "Jak sie nazywasz, Mister?". Co sie stalo? Przeciez znam tego czlowieka od 10 lat i on nie zna mojego nazwiska? "Gluchy jestes? Nie nauczyles sie mowic? Moze nie znasz swojego nazwiska! Masz nazwisko, nieprawdaz?".

I tak to dalej szlo, wycisk, jak to w wojsku. Z pewnymi roznicami. Jedna z nich jest to, ze w US Army maja zwyczaj zblizac twarz do twarzy i niemilosiernie wrzeszczec. Robia to zwykle sierzanci. W pryzpadku Johnsona byli to podporucznicy. Zacytuje jeszcze tylko jeden kawalek. Dotyczy  rekruta z pochodzenia Polaka o imieniu Gracjan. Po angielsku: "Gracyalyn". Pewnego razu wchodzi na sale zolnierska jeden z najgorszych typow, ktorego autor nazwal "Najwazniejszym" (Exalted One). Idzie od jednego do drugiego zolnierza stojacego przed swoim lozkiem i wrzeszczy: "Jak sie nazywasz, Mister?". I tak dotarl do naszego Gracjana. Na pytanie/warkniecie, ten odpowiedzial klarownie: "Gracie Allen, Sir!". Problem w tym, ze to "Gracie" bylo zenskim imieniem i w tamtych czasach nikt sie nie wyglupial czy szalal z "gender". Podporucznik wytrzeszczyl oczy na taki przejaw niesubordynacji. Az go rzucilo. "Jaja sobie robicie z oficera? Odgrywacie wielkiego cwaniaka?". I ponioslo go na koniec sali. Wrocil z rozpedem i przyjal pozycje "nose-to-nose" i wrzasnal: "Bacznosc!". I tak pytal jeszcze 5 razy. Na koniec, caly czerwony z wscieklosci wyrzucil z siebie: "AllrightmisterI'vehadenoughforyournonsense. Jak sie nazywasz? Dostal niezmiennie taka sama odpowiedz. Nagle Exalted One doznal przeblysku geniuszu, odkryl, ze moze sprawdzic nazwisko na tabliczce. Patrzyl - i patrzyl - i patrzyl... Wreszcie cichym glosem powiedzial: 'Spocznij' i ciezkim krokiem wyszedl z sali. Bylo to cudowne zwyciestwo moralne i Gracyalyn zyskal nasza dozgonna wdziecznosc".

 

napisz pierwszy komentarz