Niemiecka "Bestia z OMAHA" - I

avatar użytkownika Tymczasowy

W relacjach z wojen zdarzalo sie wiele przeklaman czy klamstw. Jednak opowiesc jednego z niemieckich zolnierzy walczacych w  obronie wybrzeza w D-Day bije wszelkie rekordy. Biorac przyklady z literatury, to okaz na poziomie barona Munhausena czy Papkina. Niestety wiekszosc wspominajacych o nim traktuje go ulgowo; ot, po prostu weteran wojenny troche przesadzil. Wiadomo, mgla wojny, emocje w czasie walk, uplyw czasu. Ktos napisal: "Jego historia stala sie czescia historycznej narracji D-Day, rzucajac swiatlo na ludzkie doswiadczenie". Uwazam, ze nie mozna na to pozwolic, gdyz nie tylko pozwala klamcy udawac bohatera, ale i paskudnie wypacza  obraz walk toczonych w czasie historycznego dnia ladowania Aliantow w Normandii. Tam prawdziwych bohaterow nie brakowalo, po coz hodowac klamliwy mit czlowieka, ktory byl oszustem? To sie nie godzi. Przynajmniej ja nie moge na to pozwolic. Dam rzetelna, szczegolowa analize zdarzen osmieszajaca powierzchowne, czesto naiwne uwagi i analizy "znawcow i "analitykow".

Zolnierz nazywa sie Heinrich Severloh. W 2000 r. wydal ksiazke pt. "WN62 - Erinnerungen an Omaha Beach Normandie, 6. Juni 1944". Pomagal mu ja napisac "ghost writer", Helmut von Keusgen. Severloh utrzymuje, ze w czasie D-Day usmiercil tysiac, a moze nawet, dwa tysiace zolnierzy amerykanskich. Wbrew pozorom, nie jest latwo zabic jednego czlowieka, a tym bardziej dziesieciu. A co dopiero mowic o tysiacu czy dwoch. Nie powinienem wspominac o tych madrych ludziach, ktorzy wyolbrzymiali czyn Soverloha na jeszcze wiecej ofiar. Przytocze tylko kilka z nich:

"Uzbrojony w potezny karabin maszynowy MG42 [...] z nerwami ze stali i zelazna determinacja przygotowal sie na atak [...] zasypal plaze nieustajacym gradem pociskow ze swojego MG42. Soverloh uciekal sie do pomyslowych taktyk, uzywal wiader wody do chlodzenia rozgrzanej do czerwonosci lufy". Z kolei, C.Henderson  w Military History Matters, nr 124 wydzielil z glowy cos takiego: "Severloh miazdzyl amerykanskich zolnierzy. Strzelaja niemal bez przerwy przez 9 godzin, sam jego karabin odpowiadal za co najmniej polowe z 4 184 Amerykanow zabitych lub rannych w tym rejonie plazy". I na koniec, piekna w swoim idiotyzmie, informacja: "Powojenni historycy szacuja, ze jego dzialania spowodowaly od 3 000 do 4 200 ofiar". Koniec, kropka, prawda, ze nie mozna przejsc nad tym wszystkim do porzadku dziennego?

Zacznijmy od samego Soverloha. Przed wojna byl  wiejskim chlopcem pomagajacym rodzicom w prowadzeniu gospodarstwa rolnego. Do wojska sie nie garnal, choc wielu jego rowiesnikow zglosilo sie wczesniej do wojska. Zaciagnieto go do Wehrmachtu w lipcu 1941 r., kiedy mial 18 lat. Na front trafil w grudniu 1942 r. i byl to front wschodni. Jako syn gospodarski znal sie na obrzadzaniu zwierzat domowych: swin, krow i koni. Wiadomo, trzeba gadzine nakarmic, napoic i gnoj z chlewa czy stajni wyrzucic. Pasowal jak w sam raz do powozenia saniami. Mimo, ze nie byl raniony, podupadl troche na zdrowiu i zalecili by przez pol roku polezal sobie w szpitalu. Krotko mowiac, udalo mu sie. Pozniej tez, bowiem po opuszczeniu szpitala mogl powrocic na gospodarke. Laba zakonczyla sie w pazdzierniku 1943 r. Wtedy to zameldowal sie w szkole podoficerskiej. Ukonczyl ja niczym sie nie wyrozniajac. Gdyby mial np. celne oko, to by talentu nie zmarnowano i zostalby strzelcem wyborowym, a moze nawet snajperem. To jednak nie byl jego przypadek.

Po ukonczeniu szkolenia nie pelnil normalnej sluzby, jak na zolnierza przystalo. Najwidoczniej pasowal na oficerskiego ordynansa, wiec go nim zrobiono. W gruncie rzeczy, zostal takim sluzacym w mundurze. Musial dbac o poslanie pana oficera, prasowac mundur,  pastowac mu buty czy prac gacie. Takze przygotowywac jedzenie. Jego panem byl por. Bernhard Frerking, dowodca baterii dzial 105 mm.

 

Etykietowanie:

napisz pierwszy komentarz