Jeden przypadek pomarcowego emigranta - II

avatar użytkownika Tymczasowy

Bohater naszego opowiadania, Henryk Dasko, w czasie tzw. wydarzen marcowych byl studentem SGPiS. Po relegacji z uczelni musial sobie jakos radzic. Polacy mu pomogli. Nie zlapali go do zaciugu do wojska (karne kompanie), bo pomogla mu Irena Malcuzynska, z zawodu psychiatra, zona muzyka, Karola Malcuzynskiego. Do pracy w charakterze przewodnika przyjal go dyrektor Lazienek, zas ekipa filmowa A.Wajdy zatrudnila go w czasie krecenia filmu "Polowanie na muchy". Mnie Polakowi, Polacy w Polsce nie pomogli znalezc pracy gdy wyciepano mnie z pracy na uniwersytecie w ramach czystek stanu wojennego.

Dasko byl bardzo milym czlowiekiem. Poznalem go w Toronto w latach 1990., kiedy zglosil sie do mnie w imieniu Polskiego Instytutu Wydawniczego by uzyskac pozwolenie przedruku ksiazki, ktora wydalem w wydawnictwie bedacym moja i kolegi wlasnoscia (krotko to trwalo). Nosila ona tytul: "W kontrwywiadzie" i traktowala  o dzialaniach sekcji kontrwywiadu 5. Kresowej Dywizji Piechoty w czasie kampanii wloskiej 2. Korpusu gen. W.Andersa. Moj starszy kolega ze Stowarzyszenia Polskich Kombatantow w Kanadzie, z wyksztalcenia prawnik przed wojna, przekazal mi archiwa tej sekcji, ktorej byl dowodca,  zrobilem kilka wywiadow z nim i poszlo! Niestety cos sie zacielo i warszawskie wydawnictwo nie sfinalizowalo tej transakcji.

Pan Henryk, mily czlowiek, jednak przetlumaczyl na mjezyk polski jedna z ksiazek nieslawnej pamieci J.Kosinskiego i jak lew bronil swego kolegi, tez Zyda, kiedy slusznie druzgotano go z powodu napisania szkalujacej Polakow i Polske ksiazki "Malowany ptak". 

Dasko uwazal sie za Zyda, choc jego rodzice uwazali sie za internacjonalistow. Dzis tez tacy sa w Polsce, uwazaja sie za obywateli Europy. A sprawe Marca'68 podsumowal tak: "Marzec nie jest sprawa Zydow, Marzec jest sprawa Polakow [...] kulminacja procesu trwajacego wiele lat - jest to bezsprzecznie jeden z najbardziej haniebnych momentow powojennej historii Polski. Polacy, a nie zydzi, musza sie z tym okresem rozliczyc [...] Nie do nas nalezy jakakolwiek proba podjecia dialogu w tej sprawiie. Do nas nalezy pamiec". Ladnie, pieknie, ale czy ten proces, ktory "kulminowal" w Marcu obejmuje wedlug niego takze czasy przedwojenne, zachowanie Zydow wobec Polakow w czasach II wojny swiatowej na terenach zajetych przez Sowietow i na koniec gorliwa aktywnosc w stalinowskim aparacie bezpieczenstwa po wojnie? Czy kiedykolwiek Zydzi rozliczyli sie z tego w stosunku do Polakow?

Mozna tez przypatrzec sie samemu Marcowi '68. W dniu 8 III 1968 r. zebralo sie na dziedzincu Uniwersytetu Warszawskiego okolo 1 tysiaca studentow. Pobil ich palkami "aktyw robotniczy" wraz z MO. Ilu moglo byc Zydow w tym tlumie? W najlepszym przypadku, kilkudziesieciu. Kiedys czytalem wspomnienia jednego ze studentow Polaka, studenta Politechniki Warszawskiej, ktory z zapalem poszedl do pokoju na uniwersytecie, gdzie usadowili sie studenci uwazani za organizatorow protestow, tzw. komandosi. Pewnie, ze Zydzi. Popatrzeli na niego jak na glupka. Oni wiedzieli co jest na rzeczy, on nie. Nawet z wygladu nie pasowal do nich. Oni nosili modne czapki, tzw. beatlesowki. Zwykli nosic tez modne kozuchy, ktore smierdzialy z powodu procesu wyprawiania skor. To nic, ze smierdzialy, byly drogie i ich noszenie dawalo status. Bez nich wstyd bylo sie pkazac sie na Krakowskim Przedmiesciu.

Demonstracje mlodziezy nie odbywaly sie tylko na uniwersytecie. W dniu 11 III 1968 r. jedna z nich dotarla pod gmach KC PZPR. Demonstrowali tez uczniowie szkol srednich. Fala ogarnela wyzsze uczelnie w innych miastach Polski, a nawet miasta, gdzie uczelni nie bylo, jak Bielsko-Biala, Legnica, Tarnow czy Radom. W sumie aresztowano okolo 2.5 tysiaca osob. Relegowano ludzi z uczelni, setki stalo sie rekrutami w LWP.

Partyjnej elicie zydowskiej kraju nie udal sie zamiar. Wygral ktos inny. Jak zartowano w tamtym czasie, w Polsce sa trzy wyznania: mieciodysci, gierkokatowicyzm i prowieslawie. Jak latwo sie domyslec, nazwy tych religii powstaly od: Mieczyslawa Moczara, Edwarda Gierka i Wieslawa Gomulki.

Marcowa zydowska "martyrologia" tez nie byla  zbyt gleboka; decyzje wladz mozna bylo starac sie zmienic poprzez zwracanie sie do komisji odwolawczych. Owczesny minister szkolnictwa wyzszego, Henryk Jablonski podjal decyzje, wedlug ktorej wilcze bilety na uczelniach mu podeglych mialy obowiazywac przez trzy lata. Niby tak, ale przeciez byly tez inne szkoly, np. osobnik A.Michnik, goracy oredownik polskiego katolicyzmu, mogl sobie studiowac na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Zas amnestia zostala ogloszona w dniu 22 VII 1969 r.

Zydzi opuszczajcy Polske w wiekszosci odjezdzali z Dworca Gdanskiego w Warszawie, stad wzial sie tytul ksiazki Daski. Sceny pozegnan musialy byc wzruszajace, wiec pamiec o nich jest calkowicie zrozumiala. Zanim jednak ci pasazerowie odjezdzajacych pociagow znalezli sie na dworcu, czesto musieli przechodzic rozne szykany, ktore w momencie udawania sie na emigracje, musialy bolec podwojnie. Emigrantka Sabina Baral w swojej ksiazce zatytulowanej: "Zapiski z wygnania", 2015 opisala to tak: "[...] trzeba bylo biegac po szkolach, uczelniach, kuratoriach, ministerstwach i innych urzedach i poswiadczac autentycznosc kazdego swistka. Trwalo to w nieskonczonosc, bylo kosztowne, skomplikowane i upokarzajce [...] Kazdy swistek jednak sumiennie poswiadczalismy, zanieslismy do zaprzyjaznionych tlumaczy, a potem do notariusza, zeby potwierdzil autentycznosc tlumaczenia. Kosztowalo to majatek".

Na tym nie koniec, bo przeciez trzeba bylo przekroczyc granice Polski. Tam czyhaly hieny, czyli celnicy. Jedna z zydowskich rodzin wysadzono na zasniezonym peronie w Zebrzydowicach. Urzad Celny "nie chcial" sie otwierac. Pozniej odprawe prowadzono tak opieszale, ze przez stacje przejechaly dwa inne pociagi. Inna rodzina wybrala droge promem do Szwecji. Celnicy z pelna satysfakcja byli tak opieszali, ze prom odplynal. Tym razem, satysfakcja hien nie byla pelna, bowiem ojciec rodziny mial wiecej pieniedzy niz przyslugujace emigrujacym $5 na osobe i wynajal pokoj w hotelu i kupil bilety na nastepny prom. Trudno powiedziec, na ile szykany byly efektem intensywnej nagonki propagandy komunistycznej na Zydow, a na ile checi wymuszenie lapowki. Emigrujacym Zydom nie bylo latwo, ale tez glebia nieszczescia nie byla tak wielka, by tradycyjnie, odwolywac sie do argumentum ad Holokaust. Przykladowo, Zydowka-emigrantka i poetka, opublikowala we wrzesniu 1969 r. wiersz pt. "Powiedz czemu po dymach Dachau musial nastac ten czas okrutny" ("Dokument podrozy. Wiersze", 2017).

Emigrujacy Zydzi zostali objeci opieka poteznych, bardzo bogatych agencji zydowskich. Roza Goldfarb ujela to tak: "Nie mielismy duzo bagazu. Ciezkie rzeczy wysylalo sie wczesniej w kufrach na adres zydowskich miedzynarodowych organizacji charytatywnych.. To byly tak zwane lifty".

Byly dwie glowne trasy, ktorymi wedrowali "marcowi" Zydzi. Najpierw byla trasa do Wiednia. Barbara Rubinstein wspominala: "Nie wiedzielismy dokad pojedziemy. W Wiedniu zaczelsmy sie zastanawiac". To zastanawianie sie polegalo na wyborze: Izrael czy Rzym. Z obu miejsc wiekszosc wybierala USA, Kanade, Szwecje albo Danie. Pozniej doszla trasa: Warszawa-Berlin-Kopenhaga. H.Dasko wybral Danie. "W tym czasie przyjechalo do Danii dwa czy trzy tysiace osob. Podstawiono taki duzy statek, hotel i mysmy na tym statku mieszkali wiele miesiecy. I to wszyscy.[...] Kazdy dostaje kajute dwa na dwa metry. I ta olbrzymia ilosc ludzi, ktorzy przyjechali w tym samym czasie, olbrzymia stolowka, gdzie sie wieczorem siedzialo".

Henrykowi Dasce w Kanadzie sie powiodlo, zostal zamoznym czlowiekiem. Dosc powiedziec, ze kolekcjonowal samochody sportowe. Moge sie domyslac, ze obok wlasnych zdolnosci pomogly mu pewne czynniki. Podam tylko dwa namiary. Jeden z moich polskich znajomych z Toronto, ktory mial firme wytwarzajaca i instalujaca metaloplastyke, opowiedzial mi krotka historyjke. W czasi rozmowy z zamoznym zydowskim klientem dowiedzial sie, ze zorganizowani Zydzi daja przybyszom dwie szanse. Oznacza to, ze taki Zyd - emigrant moze spaprac jedna szanse i na przyklad utopic jakies kilkast tysiecy dolarow, czy to w Kandzie USA czy Australii. Jezeli nie powiedzie mu sie przy drugiej szansie, to nie moze liczyc na trzecia.

O tym jak sie odbywa dawanie takiej szansy opowiedzial mi inny znajomy pochodzacy z El Salvador, o imieniu Carlos. Uciekl z ojuczyzny po tym, jak zostal ciezko pobity przez funkcjonariuszy rezimu wraz z innymi zwiazkowcami podczas strajku w fabryce. Przez jakis czas przebywal w Stanach Zjednoczonych. Zdarzylo  sie, ze obslugiwal jako kelner zydowskie przyjecie w "gated community" w Kalifornii. Wiadomo: wille jak palace, straznicy, itd. Celem "party" bylo znalezienie miejsca pracy dla nowoprzybylego zydowskiego emigranta. Wyszlo na to, ze dostal prace jako kierownik w administracji  szpitala. Pewnie tam, gdzie za duzo spaprac sie nie da.  Jak widac, sa emigranci i emigranci. Rownosci na swiecie nie ma.

 

Etykietowanie:

napisz pierwszy komentarz