Koń a sprawa Polska

avatar użytkownika kokos26

Popularne na Rusi staropolskie powiedzenia mówiło, że: Lach bez konia jak ciało bez duszy, jak Żyd bez kozy, jak diak bez psałterki, a gospodarstwo bez kota na zapiecku. Dawną Polskę bez konia trudno sobie wyobrazić. Był wszechobecny w naszym krajobrazie, życiu codziennym, historycznych zwycięstwach i narodowej symbolice. Po orle białym, biało-czerwonym bocianie to koń wskakuje na podium, jako uosobienie polskości i trudno rozstrzygnąć, które miejsce na tym pudle powinien zajmować. Do prac polowych używało się dawniej wołów zaś 99 procent koni szlachta hodowała pod wierzch stąd powiedzenie: klaczka, pszczółka i pszenica wywiodą z długów szlachcica. O wyjątkowym stosunku Polaków do koni świadczy fragment testamentu zdobywcy Kremla, hetmana Stanisława Żółkiewskiego, w którym tak zwracał się do żony, Reginy z Herbutów Żółkiewskiej:
Stado, proszę Cię, niech będzie w dobrej opatrzności, bardzo rzecz jest potrzebna. U innych nacji zamieszkujących wówczas Rzeczpospolitą konie taką estymą się nie cieszyły. Na opisanie konia wynędzniałego, zabiedzonego i zaniedbanego przez właściciela powszechnie używano określenia „żydowska szkapa”. 
 
Ostatnio końska sprawa odżyła na skutek zmian we władzach słynnych polskich stadnin z tą w Janowie Podlaskim na czele. Nie będę tu roztrząsał czy decyzje ministra rolnictwa, Krzysztofa Jurgiela były słuszne czy nie. Ja po prostu na koniach się nie znam ani trochę w przeciwieństwie do mojej redakcyjnej koleżanki, pani Izabeli Brodackiej Falzmann, na której opinii w tym temacie całkowicie polegam. Mnie zastanawia coś zupełnie innego. W ostatnich miesiącach w Janowie padły trzy klacze i z tego powodu wielki lament podniosły salonowe media oraz politycy opozycji z Platformą Obywatelską na czele.
Czy rzeczywiście w żyłach platformersów odezwała się polska krew i miłość do koni? Joanna Kluzik-Rostkowska niekojarzona dotąd, jako „koniara” wysmażyła nawet do pani premier Beaty Szydło list otwarty w tej sprawie, pod którym podpisali się także, aktor Bogusław Linda i Jerzy Sawka – dyrektor Wrocławskiego Toru Wyścigów Konnych.
 
Naprawdę te końskie zaloty Kluzik-Rostkowskiej do koni czystej krwi arabskiej są dla mnie zagadką. Fakt, że stała do niedawna na czele ministerstwa edukacji narodowej niczego nie tłumaczy gdyż jej poczynania raczej nie wskazywały na chęć poszerzenia programu nauczania historii o nasze polskie odwieczne zamiłowanie do koni. Niczego nie tłumaczy też jej dżokejski wzrost i charakterystyczny dla tej profesji chód gdyż niestety towarzyszy temu wszystkiemu, – co widać na oko – zbyt duża waga. Na dodatek, – co potwierdzi na pewno pani Izabela Brodacka Falzmann – wagę dżokeja podaje się wraz z siodłem, a Kluzik-Rostkowska polityczne siodła zmieniała tak często, że trudno byłoby podać jej wyścigową wagę.
 
Szczerze szkoda mi tych padniętych w Janowie klaczy, ale w szczerość intencji Joanny Kluzik-Rostkowskiej, Bogusława Lindy i Jerzego Sawki nie wierzę z jednego prostego powodu. Otóż z ujawnionych niedawno dokumentów jasno wynika, że w stadninie w Janowie w okresie od stycznia 2010 r. do października 2015 r. padło łącznie 50 koni. Gdzie była wówczas Joanna Kluzik-Rostkowska, minister w rządzie, który sprawował w tych latach władzę? Gdzie była aktor Linda oraz dyrektor toru wyścigowego, Sawka? Czy ich wielka miłość do koni i szczera troska o ich zdrowie narodziła się dopiero w dniu, w którym koalicja PO-PSL utraciła władzę?
 
Podobne pytanie należałoby zadać „Gazecie Wyborczej”, która po arabskich uchodźcach zakochała się również w koniach arabskich. Zafrasowany ich ciężkim losem pod pisowskimi rządami, redaktor Paweł Wroński nawiązując do kultowego „Misia” napisał: Nie mam złudzeń, że tym problemem zajmie się pani premier Beata Szydło, która wygląda na coraz bardziej przerażoną. Nie sądzę, by czymś takim zajmował się prezes Jarosław Kaczyński, choć ponoć personalia interesują go najbardziej. Pytam więc w bezradnej złości: czy konie mnie słyszą?
 
Nie wiem jak konie towarzyszu Wroński, ale ludzie coraz słabiej was słyszą, o czym świadczy spadek sprzedaży waszej propagandówki. Ale to jest jakaś myśl. Załóżcie gazetę dla koni, może was usłyszą? W tej bardzo trudnej i bolesnej dla was sytuacji każdy pomysł trzeba wypróbować, bo jak mówią:  Kiedy osioł poczuje ból, prześcignie konia.

Tekst ukazał się w „Warszawskiej Gazecie”

napisz pierwszy komentarz