Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie!

avatar użytkownika Ryszard Kapuściński

Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie!

W pewnym dużym mieście jeden z dosyć znanych członków ukochanej Partii Miłości, brat bardziej znanego jej działacza (który zasłynął głosowaniem przeciwko wpisaniu Rotmistrza Witolda Pileckiego do dokumentu ustanawiającego dzień 25 maja, rocznicy śmierci Rotmistrza, Europejskim Dniem Bohaterów Walki z Totalitaryzmem), a więc na sesji Rady Dużego Miasta ów członek wszedł na mównicę i ni stąd, ni zowąd zaczął opowiadać jakąż to traumę ostatnio przeżył.

Z jego pierwszych słów zaczął wyłaniać się obraz człowieka na skraju wytrzymałości nerwowej. A cóż takiego się stało? - zaczęli się wszyscy zastanawiać i z tym większym zaciekawieniem posłuchali jego opowieści. Otóż okazało się, że przechodząc obok kościoła postanowił z naturalnej ludzkiej ciekawości, której mu nie brakuje, wejść do środka i zobaczyć co tam się akurat dzieje. Nie pamiętał kiedy był ostatnio, na pewno było to bardzo dawno temu, jednak stwierdził, że teraz powinien tam wejść, no i wszedł.

W tym momencie po stronie zwolenników jedynie słusznej Partii dało się zauważyć dreszcz emocji i zaciekawienia. Nasz bohater dalej ciągnął swoją opowieść. Jakież było jego zaskoczenie, mówił, gdy w kościele zobaczył ludzi modlących się i śpiewających jakieś religijne pieśni; zdumiało go to niezmiernie.

Pewnie myślał, że zobaczy stosy palet i wózki widłowe, a tu taka nieprzyjemna niespodzianka; modlących się ludzi zobaczył - zaczęła w tym momencie szeptać prawa strona sali.

Z ciekawości poszedł dalej - kontynuował swoją opowieść nasz bohater - ale tak boczkiem, żeby nie być zauważonym i zaczął przysłuchiwać się, o czym to ludziska w dzisiejszych czasach śpiewają. I tu głos mu się załamał, usłyszał, że ludzie śpiewają jakąś nieznaną mu pieśń, której refren kończył się słowami: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie!”. Z wrażenia uszczypnął się w zadek, bo przecież z tego co pamięta, to żadnej wojny ani okupacji nie ma. Dla pewności przyklęknął, dyskretnie wyciągnął telefon, zadzwonił do dużo młodszego od siebie kolegi - sprytnie dedukując, że gdyby okazało się, że w jakiś niewytłumaczalny sposób przeniósł się w czasie i dookoła trwa wojna, to przecież kolega telefonu nie odbierze, bo się jeszcze nie zdążył urodzić. Tak sobie myślał i o tym wszystkim opowiadał na sesji Rady Dużego Miasta wybraniec Narodu i członek powszechnie znanej z uczciwości Partii. Niestety, kolega telefon odebrał, co nie bez przyczyny wprawiło członka Partii w bezgraniczne osłupienie, tak że nie wiedział co ze sobą począć. W tym momencie część jego kolegów podniosła się z miejsc, nie chcąc uronić ani słowa z jego pasjonującej opowieści, a on z przejęciem ciągnął dalej.

Zaczął z trudem, ale za to intensywnie myśleć i postanowił dyskretnie wycofać się z tego dziwnego dla niego miejsca. Chyłkiem, skulony, tyłem, zaczął zmierzać do wielkich drzwi, których przekroczenie stało się jego życiowym celem, jednak ciągle słyszał kolejny refren pieśni kończącej się słowami: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie!” i to tylko potęgowało w nim jeszcze większą panikę i przerażenie. Gdy wreszcie zlany potem, na miękkich nogach dotarł do tych wielkich dębowych drzwi, powoli je uchylił i z lękiem zaczął szukać wzrokiem niemieckich żołnierzy.

Naprawdę, tak mówił na sesji Rady Dużego Miasta znany członek miłościwie nam panującej Partii (niech jej w przyszłości ziemia lekką będzie).

Stwierdziwszy, że jednak wojny z Niemcami  nie ma, odetchnął z ulgą i szybkim, zdecydowanym krokiem udał się do domu, tej oazy spokoju. Ciężko oddychając, usiadł na fotelu i chcąc potwierdzić swoje obserwacje i poznać prawdziwą, najprawdziwszą prawdę, włączył telewizor niezmiennie ustawiony na TVN24. O wojnie nic nie mówili, ale na ekranie zobaczył relację z sejmu a w nim posłów z tej, no… partii, noszących w klapie jakieś biało czerwone plakietki. Głos zza kadru wyjaśnił mu, że to jakaś demonstracja, patriotyzmu, czy czegoś tam. Nie słuchał dokładnie, bo tak się zdenerwował tą manifestacją, czy demonstracją, że właściwie nie zapamiętał dokładnie czym głos w telewizorze kazał mu się zdenerwować; zapamiętał jednak, że chodziło o te biało czerwone plakietki i jakąś tam suwerenność, czy inny patriotyzm.

Dlatego on właśnie przyniósł na sesję Rady Dużego Miasta podobną plakietkę - oznajmił słuchaczom, i w tym momencie z tryumfem potoczył wzrokiem po sali, znajdując całkowite zrozumienie u swoich partyjnych towarzyszy i na przekór tym, których widział w telewizorze teraz on sobie ją też przypnie, a co.

Tak powiedział na sesji Rady Dużego Miasta jeden z jej radnych, członek najlepszej z możliwych do ogarnięcia ludzkim umysłem Partii.

Jak powiedział tak zrobił, wyciągnął z kieszeni biało czerwoną plakietkę i ją sobie przypiął do klapy marynarki.

 Zaległa cisza. Emocje sięgnęły zenitu, koledzy i współtowarzysze naszego bohatera wstali z miejsc.

Nagle naszemu bohaterowi wystąpił pot na czole, na skroniach pokazały się żyły, niezmącone dotąd żadną myślą czoło zaczęło się gwałtownie marszczyć, najwyraźniej podświadomie wyczuł, że coś jest nie tak i nagle…TAK, przecież trzeba czerwonym do dołu! Poprawił, odetchnął z ulgą i nic już więcej nie zmąciło jego spokoju. Oklaskom nie było końca.

Ryszard Kapuściński


 

napisz pierwszy komentarz