Józef Mackiewicz - Optymizm nie zastąpi nam Polski

avatar użytkownika wiktorinoc

 

 

Nie trzeba kilkudziesięciu lat perspektywy i odtajniania akt wojskowych archiwów, by na podstawie ogólnodostępnych przesłanek wyciągać prawidłowe wnioski. Wystarczy tylko otwarty umysł i umiejętność kojarzenia faktów. Spory dotyczące ocen różnych wydarzeń z przeszłości nigdy pewnie się nie skończą, uważam jednak że warto zdać sobie sprawę, że to co dla jednych jest odkrywaniem nowych faktów po latach komunistycznego zniewolenia, dla innych stanowiło ogólnie znane fakty już w czasie tym faktom współczesnych. Poniższy dosyć długi wybór z jednego tylko tekstu Józefa Mackiewicza uzmysławia poziom ograniczenia w dostępie do wiedzy, z jakim mieliśmy do czynienia przez cały okres rzekomo w miarę wolnego PRL-u. Niektóre z ocen Mackiewicza nawet dzisiaj wydawać się mogą obrazoburcze, a co najmniej kontrowersyjne. Świadczy to jedynie o niezależności tego wnikliwego obserwatora, który nie oglądając się na obowiązująca w danej koterii narrację, konstruował swój własny przekaz podporządkowany jedynie wierności sobie i swojej ojczyźnie.

Nie będę ukrywał, że ostatecznym bodźcem do sięgnięcia po teksty Mackiewicza był artykuł Grzegorza Wąsowskiego. Zagłębiając się w lekturę uznałem w kontekście m.in. kolejnych sporów o Powstanie Warszawskie, ale także o wszelkich innych sporów dotyczących sytuacji w Polsce i na świecie, że warto zamieścić wybór kilku myśli Mackiewicza, spisanych na gorąco w 1944 roku.

Zapraszając do lektury wnioski pozostawiam refleksji czytelnika.

Józef Mackiewicz, "Optymizm nie zastąpi nam Polski",
tekst napisany w Krakowie, w październiku 1944 roku.

1. Kontekst sytuacji politycznej

Churchill nigdy i nigdzie nie powiedział, że zamierza wydać Europę na pastwę Sowietów. Nigdy w swych doskonałych mowach nie dał tego do zrozumienia nawet. Natomiast wyraźnie oświadczył, że oddaje pół Polski bolszewikom (linia Curzona), a następnie on, jak też liczne posunięcia jego rządu, dają jasno do zrozumienia, że jest zamiarem Anglii traktować całą Polskę jako sferę wpływów sowieckich. Wymienienie tych wszystkich oświadczeń i posunięć rządu brytyjskiego stanowić by mogło broszurę samą w sobie. Poprzez nieobronę Polski w r. 1939, odrzucenie zaproponowanej przez Sikorskiego interwencji w r. 1940, nacisk na wycofanie sprawy Katynia, dopuszczenie do zerwania stosunków polsko-sowieckich, aż do słynnej mowy oddającej Wilno i Lwów, do następnej mowy uznającej wojska generała Berlinga za "wojska polskie", stosunek do Komunistycznego Komitetu Polskiego i wszystkie dalsze historie, wypełnione po brzegi podróżami Mikołajczyka do Moskwy, "rządem lubelskim", wydaniem na pastwę powstania warszawskiego, brakiem gróźb odwetowych pod adresem niemieckim za niesłychane zbrodnie popełnione w Warszawie, to wszystko do znudzenia, do mdłości przepełnia naszą świadomość i… jednocześnie do niej nie dociera. Zachowujemy się jak dyplomata, który doskonale obznajmiony z treścią noty, oficjalnie "nie przyjmuje jej do wiadomości". Zachowujemy się jak ten Żyd ze szmoncesowej anegdotki, którego żona zdradzała, a który, mając już tyle danych w ręku, dowiedziawszy się wreszcie, że poszła z kochankiem do hotelu, że zamknęli drzwi i zgasili światło, pytał zrozpaczony świadka: "A czyś ustalił co przez dziurkę od klucza?" - "Przecież było ciemno" - odpowiada świadek. - "Uj, ta niepewność!!!" - woła mąż, nie chcąc uwierzyć w zdradę żony.

W podobnej sytuacji stawiamy siebie. Mamy wszystkie dane, zarówno ukryte, jak jawne, w ręku, ale uważamy, że sprawa nie jest jeszcze dostatecznie jasna, dlatego po prostu, że nie chcemy jej dostatecznie jasno widzieć.

Zagraniczny mąż stanu, który by przed rokiem 1939 wystąpił publicznie z żądaniem odebrania od Polski połowy jej terytoriów, rozszarpany byłby przez Polaków na kawałki, jeżeli nie dosłownie, to w przenośni. W roku 1944 ci sami Polacy nazywają takiego męża stanu ich... przyjacielem! Co się stało? Jak mogło do czegoś podobnego dojść? A doszło do tego, że nie mając usprawiedliwienia dla postępowania Churchilla, pocieszamy się jego antybolszewickim przekonaniem sprzed tej wojny i czasu pierwszej wojny fińskiej, w sposób, doprawdy, budzący litość dla nas samych. Zapominamy przy tym, że Churchill jest wielkim mężem stanu i wielkim politykiem, który wie, kiedy i jak trzeba zmieniać przekonania, a nie fanfaronem, który do końca życia trzyma się jednego, bez względu na zmieniające się warunki i okoliczności zewnętrzne. […] (s.13-14)

Niemcy reprezentowały wobec nas element, który wydobył z Polski maksymalną chęć niepodległości i chęć przeciwstawienia się im jako zaborcom.

Bolszewicy reprezentują wobec nas element, który wydobywa z Polski maksymalną chęć pójścia w niewolę.

Stoimy wobec tragicznego paradoksu, gdzie cały naród, naród miłujący wolność, żywotny, silny, o wspaniałej tradycji i pięknej kulturze, naród, który przez pięć lat walczy i krwawi z niezrównanym bohaterstwem o własną niepodległość, czyni jednocześnie wszelkie wysiłki ku temu, ażeby... pójść w niewolę. W tym kierunku zjednoczyły się wszystkie złe siły, wszystkie wypadkowe błędy, począwszy od naszego Rządu i propagandy oficjalnej, poprzez środowiska intelektualne, aż do najniższych warstw i szeptanej na ucho propagandy nieoficjalnej, w jakiś fatalny kompleks bez wyjścia, ponurą zmowę, kłębowisko zła. […] (s.15)

Wszelkie przesłanki o konieczności utrzymania substancji polskiej, polskiego stanu posiadania narodowego, przymusowej kapitulacji obliczonej na "przetrzymanie" aż do zmiany okoliczności międzynarodowych, itp. rozumowania, wypływają z nieznajomości tej techniki rządzenia sowieckiego, tego mechanizmu, który niszczy podległe mu substancje narodowe zarówno środkami mechanicznymi, jak w o wiele większym stopniu chemicznymi, gnoi je od wewnątrz, rozkłada w przeciągu krótkiego czasu, przeistacza w bezwolną, beznarodową masę, której nie poczucie narodowe jest wspólną cechą, a tylko wspólny język. Dlatego wobec Sowietów niepodobna jest stosować tych metod oporu przeciw najeźdźcy, które stosowane być mogą wobec każdego innego najeźdźcy naszego globu. […] (s.17)

Hitler wybrał się na podbój wschodu i szukał właśnie w Mińsku Białorusinów, w Kijowie Ukraińców, nad Donem, Kozaków, szukał Rosjan w Rosji, a znalazł już tylko - bolszewików. To znaczy miazgę ludzką, mówiącą swymi narodowymi językami, bez jakiegokolwiek poczucia wspólnoty narodowej.

Jak dalece nie zdajemy sobie sprawy z tego stanu rzeczy, dowodzi fakt, że większość naszej, nawet poważnej publicystyki współczesnej, nawet z obozu antysowieckiego, przezywa Sowiety: "Rosją". U nas w kraju mówi się potocznie Rosjanie, albo już "Moskale", pozostawiając termin "bolszewicy" oficjalnej propagandzie niemieckiej. Jeżeli nie czyni się tego tylko przez chłopięcą złośliwość w stosunku do propagandy niemieckiej, a dopatruje jakowejś słuszności w terminologii "Rosja" - to popełnia się błąd ucznia z wstępnej klasy, który po prostu nie wie, gdzie i jakie państwo sąsiaduje z Polską współczesną. Albowiem Polska dawno już przestała na wschodzie sąsiadować z Rosją, a sąsiaduje ze Związkiem Socjalistycznych Republik Rad. Państwo to z dawną Rosją ma tylko jedną cechę wspólną, a mianowicie terytorialny zasięg aspiracji wypływających z położenia geograficznego, wszystko zaś inne - różne. Zupełnie inne metody w realizowaniu swego imperializmu, w oddziaływaniu na swych sąsiadów, w temperamencie swej polityki zagranicznej, we wszystkim w ogóle co różni jedno państwo od drugiego. Dawne cesarstwo rosyjskie wypełnione zostało zupełnie nową substancją jak się wypełnia to samo naczynie nową zawartością.

Pierwszym, który błąd wynikający z pomieszania pojęć "Rosji" i "Sowietów" popełnił, był Piłsudski. W roku 1919, gdy bolszewizm był słaby i mógł zostać zmiażdżony militarnie, Piłsudski doprowadził do cichego zawieszenia broni z bolszewikami i umożliwił im przez to zgniecenie gen. Denikina, w ten sposób przyczyniając się pośrednio do ugruntowania bolszewizmu. Pomijając fakt, że omal nie przypłacił tego kroku utratą niepodległości w roku 1920, ale obalił przez to rolę Polski, jaką sam chciał jej nadać na wschodzie. Słusznie bowiem zamierzał obudzić Ukrainę i Białoruś, ażeby je następnie od Rosji oderwać. Mylił się jednak, sądząc, że uda się mu to łatwiej przy ustroju sowieckim, niż narodowo-rosyjskim. Odśrodkowe dążenia Ukraińców i Białorusinów, w mniej lub więcej liberalistycznej Rosji (a taką była nawet samodzierżawna) doprowadziłyby prędzej czy później do procesu separacji tych ziem od Moskwy. W Rosji zaś sowieckiej doszło do kompletnego zlania tych ziem z Moskwą. […] (s.18-20)

Moglibyśmy przytoczyć nieskończoną listę naszej propagandy samobójczej, przygotowującej grunt pod panowanie sowieckie w Polsce. Weźmy jeden z takich przykładów pod lupę. Gdy wiosną roku 1944 bolszewicy zajęli Łuck, cała Warszawa, tzn. począwszy od nieletnich chłopców sprzedających zapałki, poprzez sfery robotnicze, mieszczańskie, aż po inteligencję i sfery intelektualne, powtarzała z ust do ust "dobrą nowinę", że Polacy w Łucku traktowani są doskonale, a burmistrzem miasta został biskup Szelążek. Wiadomość ta rozpowszechniła się lotem błyskawicy, w pełnym znaczeniu tej przenośni, mimo iż nie podało jej żadne z pism podziemnych ani nadziemnych. ani żadna rozgłośnia radiowa, a w końcu okazała się kłamstwem. Ale, ale gdyby była prawdą, dlaczego mielibyśmy się z tej wiadomości cieszyć? Czy raczej nie powinniśmy się byli z niej smucić? Przecież wiadomo, że bolszewicy uznają Łuck za miasto Ukraińskiej Republiki Sowieckiej, na terenie której nie leży bynajmniej w ich interesie popieranie narodowo-polskiego elementu. I oczywiście zajęli Łuck nie po to, by tam rządy sprawowali polscy biskupi, a tylko komunistyczni komisarze. Jeżeli by zatem zastosowali względem Polaków jakoweś specjalne przywileje, a burmistrzem mianowali biskupa Szelążka, to jedynie w tym celu, aby obałamucić opinię polską, sfałszować prawdę jaka nas oczekuje, podkopać naszą moralną odporność na ich inwazję - słowem, w celach dla naszej niepodległości państwowej i naszego narodu szkodliwych. W ten sposób obowiązkiem każdego Polaka byłoby nierozpowszechnianie tej wiadomości, gdyby odpowiadała prawdzie, a raczej jej przemilczanie, i to przemilczanie tym bardziej konsekwentne, im bardziej widzimy naszą odporność wobec bolszewików nadszarpniętą.

Działo się odwrotnie. Działo się odwrotnie za czasów Katynia, gdy do dobrej formy patriotyzmu należało nie wierzyć w zbrodnie bolszewicką, albo zrzucać ją na karb niemiecki, wybielając w ten sposób Sowiety. Działo się w okresie zerwania stosunków polsko-sowieckich, gdy przez dłuższy czas twierdzono, iż wiadomość pochodzi ze źródeł dr Goebbelsa. Działo się niezliczone ilości razy, gdy "na złość" propagandzie niemieckiej nie wierzono w najbardziej autentyczne dla nas wieści płynące z Moskwy, i również "na złość" Niemcom fabrykowano "dobre", a z gruntu fałszywe pogłoski.

Jest to ciężki grzech popełniony w stosunku do własnego narodu. Ale obciąża on tylko nasze sfery o pretensjach wyrobienia politycznego. Trudno bowiem wymagać, powiedzmy, od jakiegoś dwudziestoletniego młodzieńca, który widzi, jak konduktor niemiecki kopie w brzuch jego matkę przy wchodzeniu do niewłaściwego przedziału pociągu, w jakichś Skierniewicach, Radomiu czy Małkini, trudno wymagać odeń, żeby krew, która mu uderza do twarzy w takiej chwili, żeby zaciśnięte pięści i paznokcie wbite w dłonie, w rozpaczliwej przysiędze na zemstę, mogły mu pomóc w ogarnięciu całokształtu polskich interesów politycznych, do wyrobienia polskiej myśli politycznej, sięgającej het daleko, poza peron kolejowy w Skierniewicach, Radomiu czy Małkini. Taki chłopiec nie chce nic słyszeć o bolszewikach. On wstąpi do AK i będzie strzelał do Niemców. I w gruncie rzeczy dobrze zrobi, bo co wart jest naród, którego jednostki pozbawione są godności osobistej! […] (s.21-23)

2. Powstanie Warszawskie

Plan jest taki: Ponieważ dalsza bierność wobec bolszewików wkraczających do Warszawy staje się rzeczą niemożliwą, a zatem, żeby nie drażnić koalicji Zjednoczonych Narodów oporem zbrojnym przeciw Sowietom, wywołać powstanie przeciwko Niemcom. Ale wywołać je w ostatniej chwili dla uniknięcia niepotrzebnych ofiar, wnieść przez to swój wkład do wspólnej puli wojennej Zjednoczonych Narodów, a następnie, w opanowanej już przez wojsko i władze polskie stolicy, spotkać wojska czerwone, stawiając zarówno je, jak cały świat, przed faktem dokonanym. Plan był raczej rozumny i pod każdym względem politycznie moralny.

Powstanie wybuchło 1 sierpnia 1944 roku. Nieprawdą jest, że wybuchło przedwcześnie, że działała tu "zbrodnicza lekkomyślność generała Bora". To samo radio londyńskie, które dziś mówi o "przedwczesności", w sobotę wieczorem, dnia 29 lipca, nadało następujący komunikat:

"Wojska rosyjskie w całej swej masie stoją w odległości pola widzenia od Warszawy. Pierwsze czołgi rosyjskie wkroczyły do przedmieść Warszawy, gdzie toczą się zacięte walki. Generał Rokossowski przeniósł swą główna kwaterę w bezpośrednie sąsiedztwo Warszawy".

[…] Zdrada wyszła na jaw w całej pełni dopiero po kilku dniach.

Od roku 1941 wszystkie radiostacje sowieckie nawoływały naród polski do powstania. Zaczęło się od tego, że sygnałem Moskwy po polsku były słowa: "Polacy! Bijcie mocno! Bijcie bezlitośnie". Od roku 1942 radiostacja sowiecka im. Tadeusza Kościuszki, która po częściowej ewakuacji Moskwy przeniesiona została do Taszkientu, a podawała się za tajną radiostację polską, w codziennych swych audycjach nadawała "podręcznik sabotażysty i powstańca" na użytek Polaków. Od roku 1943 Moskwa po polsku wołała wielkim głosem: "Polacy! Tylko zdrajcy i tchórze każą wam czekać w bezczynności! Polacy, wzorem bohaterskich partyzantów sowieckich, jak jeden mąż chwytajcie za broń! Zaprzedana Hitlerowi klika reakcjonistów polskich z Raczkiewiczem i Sosnkowskim na czele namawia was na wyczekiwanie..." - Ba, jeszcze w czerwcu 1944 roku komunistyczna prasa podziemna w Warszawie pisała, że to tylko reakcyjny, prohitlerowski, faszystowski obóz w Polsce wymyślił hasło, że Niemcy są już pobite, żeby odciągnąć masy od powstania...

I oto, gdy powstanie wybuchło naprawdę, bolszewicy umyli ręce, oświadczyli, że "przedwcześnie", że Bór to zdrajca (?) itd. - nastąpiła bezprzykładna zdrada, najcyniczniejsze wydanie Warszawy na łup niemiecki, nb. w formie, która zaćmiła wszystkie poprzednie klęski, jakie na to miasto padły. […] (s.29-31)

3. Perspektywy Polski pod sowieckim butem

Biorąc rzecz z grubsza, należy oczekiwać rozpadnięcia się Narodu Polskiego pod okupacją sowiecką na trzy zasadnicze grupy: pierwsza, znikomo mała, to grupa ideowych komunistów polskich; druga, niewspółmiernie liczniejsza, szczerych patriotów; trzecia, największa, obojętnych i oportunistów.

Grupa pierwsza, bez względu na to, jakie formy etapowe przyjmie aneksja Polski przez Sowiety, stać będzie wiernopoddańczo pod czerwonym sztandarem.

Zachowanie grupy drugiej może ulec pewnym wahaniom. W wypadku gwałtownej sowietyzacji (której nie należy się spodziewać) może okazać początkowo mniej lub więcej silny sprzeciw. najgorszym jednak dla nas tzn. przy maksymalnie zwolnionym tempie sowietyzacji i w okolicznościach (co nie daj Boże!) porozumienia przejściowego czynników polskich z Komitetem Polskiej Komuny, grupa ta bezsprzecznie w przytłaczającej większości stanie na stanowisku dotrzymania i lojalności umowy, dopatrując - w nieprowokowaniu Moskwy - jedyną gwarancję utrzymania chociażby pozorów niepodległości lub ratowania jej resztek. Nieświadoma tego, że w ten sposób współpracuje jedynie z wrogiem, ułatwiając mu stopniowo tej niepodległości zniszczenie.

Trzecia grupa w każdym wypadku współpracować będzie z reżymem.
W rezultacie więc, cały Naród i cały aparat państwowy działać będzie na zgubę naszą, a na korzyść Sowietów.

[…] Absolutnie nierzeczowy byłby ewentualny zarzut postawiony jakiejkolwiek grupie oporu wewnętrznego, że wywoła niepotrzebne tylko ofiary wśród najlepszych. Doświadczenia wykazały, że cała "grupa druga", bez względu na jej lojalne czy nielojalne zachowanie wobec Sowietów, musi być i będzie zlikwidowana przez reżym. Nigdy jeszcze, w żadnej republice, inaczej nie było. Likwidacja nastąpi prędzej czy później, ale nastąpić musi. Jest to tylko kwestia czasu i formy: rozstrzelanie, deportacja, chociażby objąć miała miliony...

Niesłuszny jest też pogląd o konieczności pozostawiania w kraju tzw. jednostek wartościowych, jednostek o większym zasięgu wpływu na otoczenie, działaczy społeczno-politycznych dawnej szkoły. Ludzie ci nie będą mogli nic zdziałać. Jednostka w Sowietach w ogóle się nie liczy.

[…] Żaden stopień nie tylko lojalności, ale nawet ordynarnego płaszczenia się przed reżymem sowieckim, nie może uratować wybitniejszej jednostki, o ile podejrzewana będzie o brak absolutnej szczerości. - Na Łotwie mały dyktator, jakim był tamtejszy prezydent republiki Ulmanis, który przed rokiem 1940 wygłaszał piękne frazesy w rodzaju: "Lepiej jest umrzeć stojąc, niż na kolanach", wygłosił... na powitanie Armii Czerwonej, najbardziej nikczemną i płaska, wiernopoddańczą mowę w dniu 16 czerwca 1940 roku. Po zajęciu Łotwy jeszcze przez cały miesiąc sprawował rządy prezydenta! - Nic mu to nie pomogło. Po tym okresie został wywieziony i "zlikwidowany" i nikt nie wie, gdzie pochowane są jego zwłoki. - Na Litwie w roku 1940 zaledwie 80 osób z prezydentem Smetoną emigrowało za granicę, wszystko zaś co pozostało, bez względu na "za" czy "przeciw", zostało bądź zlikwidowane, bądź zniwelowane, ujarzmione. Dziś możemy powiedzieć, że niepodległości Litwy broni skuteczniej tych osiemdziesięciu na emigracji, niż milion w kraju. (s.36-39)

Józef Mackiewicz, Optymizm nie zastąpi nam Polski, Kontra 2007

Etykietowanie:

napisz pierwszy komentarz