Pomnik i pamięć prawem narodu

avatar użytkownika Jacek Świat

Autor: Marek Dyżewski

 

Zmodyfikowana wersja wystąpienia na Konferencji Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Ofiar Tragedii Narodowej Smoleńsku, która odbyła się w Sejmie RP 26 maja 2011 r.

 

Pomnik Ofiar Tragedii Narodowej w Smoleńsku winien stać się tak wyjątkowym zjawiskiem w polskiej sztuce pomnikowej, jak wyjątkowym wydarzeniem w polskiej historii jest owa tragedia. Winien pamięć o niej przekazywać kolejnym pokoleniom. I winien być wyrazem czci dla najlepszych synów narodu, którzy wraz z Prezydentem Najjaśniejszej Rzeczypospolitej chcieli oddać hołd polskim oficerom zgładzonym w roku 1940 na nieludzkiej ziemi – i tuż przy miejscu dokonania tej zbrodni, w jej siedemdziesiątą rocznicę polegli.

Już w dniach, w których naród opłakiwał ich tragiczną śmierć było rzeczą oczywistą, iż jak najprędzej winien ich pamięć uczcić pomnik – adekwatny do rozmiarów samej tragedii i umiejscowiony tam właśnie, gdzie pogrążeni w żałobie Polacy trwali na modlitwie – czyli przed Pałacem Prezydenckim.

Kilka dni po tragedii jako prefiguracja owego pomnika pojawił się ustawiony przez harcerzy krzyż. Krzyż ten – o wielorakiej wymowie – ustanawiał sakralność tamtej przestrzeni, nadawał jej znaczenie sepulchrum patriae, był znakiem nadziei dla poległych w Smoleńsku na godne miejsce w Domu Ojca. Bo Jeśli komu droga otwarta do nieba, Tym, co służą ojczyźnie (Jan Kochanowski). Krzyż był też pierwszym prowizorycznym znakiem pamięci o Nich. I znakiem bólu, który przeżywaliśmy po Ich stracie. Ten znak miał tam trwać do chwili pojawienia się rzeczywistego dzieła sztuki pomnikowej lub przynajmniej podjęcia decyzji o jego wzniesieniu.

Tak się jednak nie stało. Małostkowość ludzi sprawujących najwyższe funkcje w państwie oraz wrogie nastawienie wobec poległego w Smoleńsku Prezydenta i towarzyszących mu osobistości, sprawiły, że poświęcony im pomnik w centrum Warszawy do dziś nie powstał. Władze miasta nie wyrażają zgody na jego wzniesienie. Czynią wszystko, by nie oddać sprawiedliwości temu, co 10 kwietnia 2010 r. stało się w Smoleńsku, by wagę tej tragedii możliwie pomniejszyć. I by nie wspierać pamięci o jej ofiarach, lecz raczej – sprzyjać niepamięci. Wymownym symbolem tej postawy władz było dokonane przez straż miejską brutalne gaszenie zniczy – zapalonych przed Pałacem Prezydenckim w hołdzie ofiarom smoleńskiej katastrofy w jej jedenastą miesięcznicę.

Bieg wypadków od rozstrzygnięcia wyborów prezydenckich mówi sam za siebie.

Kilkanaście dni po zaprzysiężeniu prezydent Komorowski oświadczył, że krzyż

sprzed Pałacu Prezydenckiego będzie usunięty. W rozgrywającym się w tamtym miejscu kilkutygodniowym dramacie szło nie tylko o miejsce krzyża w przestrzeni publicznej. Była to w istocie bitwa o pamięć w blasku krzyża pamięć o najlepszych naszych rodakach poległych na służbie ojczyźnie. Pamięć o dniu, w którym Rzeczpospolita sponiewierana została w Smoleńsku.

Działając pod naciskiem społecznym wykpiono się tablicą wmurowaną na poboczu Pałacu Prezydenckiego. Ale czy sposób jej odsłonięcia: cichaczem, bez zaproszenia rodzin ofiar, bez obecności posłów, senatorów, a także format i treść inskrypcji nie dowodzą, iż celem Prezydenta Państwa, rządu i władz miasta jest marginalizacja tragedii smoleńskiej?

Na ostentacyjnie zgrzebnej tablicy widnieje napis: W tym miejscu,w dniach żałoby po katastrofie smoleńskiej, w której 10 kwietnia 2010 roku zginęło 96 osób, wśród nich Prezydent RP Lech Kaczyński z Małżonką, i były Prezydent RP na uchodźctwie Ryszard Kaczorowski, obok krzyża postawionego przez harcerzy gromadzili się liczni Polacy zjednoczeni bólem i troską o losy państwa.

Trudno nie zauważyć, że owa inskrypcja upamiętnia przede wszystkim miejsce przed pałacem prezydenckim, a dopiero na dalszym planie – ofiary smoleńskiej tragedii.

Prezydent Miasta Warszawy, Hanna Gronkiewicz-Waltz, najpierw zasłaniała się brakiem zgody Konserwatora Miejskiego, a następnie osobiście zakwestionowała możliwość wzniesienia oczekiwanego przez Polaków pomnika w centrum stolicy. Miasto, które i tak ponosi koszty pomnika ofiar tragedii smoleńskiej na Powązkach, nie przewiduje znalezienia w budżecie dodatkowych sum na ewentualny pomnik na Krakowskim Przedmieściu.

 

 

Pomnik na Powązkach

Przy realizacji tak doniosłego dzieła sztuki, jakim jest pomnik obowiązuje przyjęta w cywilizowanym świecie procedura. Najpierw ogłasza się konkurs, określając program ideowo-artystyczny dzieła, które ma powstać. Następnie kompetentne jury spośród wielu projektów wybiera ten najlepszy. Tym razem jednak procedurę konkursu pominięto. Grono ekspertów w dziedzinie sztuki zastąpił ... Michał Boni i to on zlecił Markowi Moderau realizację pomnika na Powązkach.

Pomnik ów w wizji jego autora razem z mogiłami pochowanych na tamtym cmentarzu ofiar smoleńskiej katastrofy miał tworzyć integralną całość. Uznał on, iż to wystarczy, by mógł odmówić rodzinom tych ofiar prawa do decydowania o kształcie mogił swych bliskich. Nadał im kształt wedle swego upodobania. Fakt, iż owe rodziny nie aprobowały formy pomnika wznoszonego na tym świętym dla nich miejscu – formy ostentacyjnie sekularnej, nie miał dla Marka Moderau żadnego znaczenia. Apele rodzin o krzyż, który winien być ważnym akcentem w pomniku cmentarnym, artysta uznał za niegodne wysłuchania.

Cokolwiek by jednak o tym pomniku nie mówić, jego fundamentalną zaletą, przynajmniej w oczach władz miasta Warszawy, jest sam fakt jego istnienia. Tym, którzy domagają się pomnika w centrum miasta, można powiedzieć: „Przecież taki pomnik w Warszawie już jest – na Powązkach”. I rzeczywiście: z początkiem tego roku Hanna Gronkiewicz-Waltz zapowiedziała, że w maju zwróci się do mieszkańców stolicy z zapytaniem, „Czy oprócz pomnika na Powązkach widzą potrzebę pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej w centrum Warszawy?”. Dodała, że „problemem będzie znalezienie odpowiedniego miejsca, bo w rejonie Krakowskiego Przedmieścia na pomnik nie ma miejsca, ponieważ jest to teren zabytkowy”.

To twierdzenie podważył prof. Krzysztof Pawłowski, były zastępca Generalnego Konserwatora Zabytków i wiceprezydent Dziedzictwa światowego UNESCO. „Pod koniec lat 70. osobiście zajmowałem się wpisywaniem warszawskiej Starówki na listę Światowego dziedzictwa UNESCO. Chroniony obszar jest ograniczony murami obronnymi, strzeżona jest też panorama na Wisłę. Od strony Krakowskiego Przedmieścia granicą jest plac Zamkowy. Spornym terenem było Nowe Miasto, które w końcu nie zostało wpisane na listę, ale nigdy nie uznawaliśmy za możliwe i zasadne, żeby wpisywać na nią Krakowskie Przedmieście. Diagnoza pani prezydent jest więc chybiona. Wprawdzie Warszawski Trakt Królewski, a więc także Krakowskie Przedmieście, został decyzją prezydenta uznany w roku 1994 za pomnik historii, ale nie uniemożliwia to budowy tam nowych obiektów. Przecież przy skwerze Hoovera wybudowano ostatnio nowy pawilon i nikt nie protestował”. („Idealna lokalizacja dla pomnika”, Rzeczpospolita, 5 maja 2011 r.)

Jaki byłby los Pomnika Powstania Warszawskiego, gdyby w latach osiemdziesiątych minionego wieku prezydentem Warszawy była Hanna Gronkiewicz-Waltz? (Przypomnijmy: na początku lat osiemdziesiątych podczas „karnawału Solidarności” powstał Komitet Budowy Pomnika Powstania 44’). Pytanie pani prezydent, z wyraźnie czytelną wątpliwością, „Czy w Warszawie potrzebny jest jeszcze jeden pomnik Powstania 44’ skoro na Powązkach jest ich już kilka?” mieszkańcy stolicy potraktowaliby jak obelgę.

 

WIZJE POMNIKA

Pierwszym artystą, który przedstawił projekt „pomnika smoleńskiego” był – współpracujący z rodzinami ofiar katastrofy – Maksymilian Biskupski. Jego „Obelisk wierności ojczyzny”, wysoki na osiem metrów, miał być splotem dziewięćdziesięciu sześciu dłoni, wznoszących się spiralnie, wokół pionowej osi, ku niebu, i swym kształtem przywodzących na myśl dłoń składającego przysięgę żołnierza.

Inną, bardziej monumentalną wizję pomnika zaproponował Czesław Bielecki. Blok z czarnego granitu. W nim – wyrzeźbione pęknięcie, symbol ciosu, jakim dla Polski była katastrofa smoleńska. W pęknięciu – płonący ogień. Na powierzchni tej granitowej, „zranionej” bryły jeden tylko znak – godło naszego państwa.

Z początkiem kwietnia b.r. z kolejnym pomysłem wystąpił Donald Tusk. Zaproponował mianowicie, by materię oczekiwanego przez Polaków pomnika stanowił ... wrak rozbitego w Smoleńsku samolotu, gdyż to on stał się, zdaniem premiera, „ikoną tej katastrofy”. Pomysł tyleż szokujący, co przewrotny. Rdzewiejące od roku rumowisko, które winno być głównym dowodem w prokuratorskim postępowaniu, awansowało by do rangi „dzieła sztuki”.

Ikona. Jeśli już o niej mowa, to należałoby dziś mówić o ikonie po-smoleńskiej katastrofy polskiego państwa, które badanie przyczyn narodowej tragedii oddało w ręce obcego mocarstwa, a samo nie tylko pozostało obojętne wobec skandalicznego trybu tego badania, ale też przykładało rękę do poniżania w oczach światowej opinii ś. p. prezydenta, polskich oficerów i pilotów.

Kiedyś Bóg spytał Kaina: „Kainie, gdzie jest twój brat, Abel?”. Ten odpowiedział: „Czyż jestem stróżem brata mego?” Dziś Bóg kieruje do polskich władz pytanie o los ich braci poległych w Smoleńsku. I słyszy odpowiedź: „A czyż to my jesteśmy stróżami naszych braci?”

Powiedzmy to więc wprost: ikoną po-smoleńskiej katastrofy naszego państwa jest sam premier polskiego rządu.

11 kwietnia 2011 r., w dzień po obchodach pierwszej rocznicy narodowej tragedii, kolejny pomysł na upamiętnienie jej ofiar przedstawił urbanista, architekt i filozof sztuki, prof. Paweł Szychalski. Miałby to być Pomnik światła zaaranżowany przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu, nie ingerujący w zabytkowy kontekst otoczenia, a więc – nie narażony na jakiekolwiek zastrzeżenia konserwatora. Spod powierzchni chodnika przez przeszklone otwory kierowałoby się w niebo dziewięćdziesiąt sześć snopów światła. Na okalających owe otwory ryngrafach widniałyby nazwiska poległych w Smoleńsku osobistości.

Pytany o genezę tego rodzaju koncepcji artysta wskazał trzy źródła:

1. Dwie „Wieże światła”, które rozbłysły nad Nowym Jorkiem w czwartą rocznicę zamachu na World Trade Center.

2. Morze lampionów zapalanych przez Polaków w hołdzie ofiarom smoleńskiej tragedii. „Wizualnie i formalnie cechy mego pomnika są zapewne przetworzeniem obrazu tego największego żywego ogniska pokoju, zadumy, bólu i płaczu, jaki w życiu widziałem”.

3. Pomysł Barbary Targan.

Sięgając jednak do wypowiedzi owej autorki, dowiadujemy się, że wizja pomnika, którą prof. Szychalski sygnuje swoim nazwiskiem, „pojawiła się w jej wyobraźni już pod koniec sierpnia 2010 r.” „Zróbmy przed pałacem” – pisała Barbara Targan – pomnik ze światła (...). Można by nawet stworzyć podziemną kryptę, której ściana składałaby się z 96 kamieni z nazwiskami ofiar. W tej krypcie mógłby stanąć Smoleński Krzyż, który w ten sposób pozostałby na zawsze przed pałacem. Częściowo przeszklony sufit krypty przepuszczałby światło reflektorów umieszczonych w jej wnętrzu. Krypta byłaby przestrzenią przechodnią, z jednej strony wchodziłoby się do niej, a z drugiej – wychodziło”.

Wobec Pomnika światła w wersji, jaką zaproponował prof. Szychalski, pojawiło się szereg uwag krytycznych. Przede wszystkim zwrócono uwagę na jego podatność na akty profanacji. „Nie do przyjęcia jest” – pisał jeden z internautów – „umieszczenie tabliczek z nazwiskami wprost na chodniku. Codziennie – chcąc nie chcąc – tłum przechodniów będzie deptał po tych nazwiskach. Będą tam rzucane śmieci, będą się tam załatwiały psy. Nie podejrzewam autorów o złe intencje, ale trzeba się liczyć z rzeczywistością (...). Najważniejsze jest jednak, że takie umieszczenie tabliczek daje możliwość ekspresji różnym tarasokształtnym osobnikom. Nie wolno ich prowokować do profanacji. Jak się będziemy czuli, gdy „rozbawiona” młodzież zacznie w tym miejscu wylewać piwo, albo tańczyć na chodniku?”.

Utrudnienie dla misji spełnianej przez Pomnik światła stanowiłyby też czynniki naturalne. Raz szkła reflektorów pokrywałby śnieg, a kiedy indziej – błoto. W lecie i późną wiosną, gdy późno zapada zmrok, światła pomnika jaśniałyby na krótko przed porą, w której pustoszeją ulice. ów pomnik byłby więc zjawiskiem efemerycznym, pojawiałby się i znikał, ożywałby i zamierał. Mówiono by o nim, że „jest, ale tak jakby go nie było”.

 

 

MONUMENTUM PERENNIS

Tymczasem dzieło sztuki wysokiej próby, a tylko takie godne jest pełnić rolę pomnika, winna cechować ciągłość i długotrwałość istnienia. Ta wartość miała w dawnych wiekach dwa piękne imiona: firmitas i perennitas. Pierwsze z nich, rozumiane jako stałość i trwałość, przywołuje Leone Battista Alberti (1404-72), gdy w traktacie o architekturze mówi o zaletach pięknych budowli. A imię drugie (szczególnie postaci przymiotnikowej: perennis : nieustający, trwały, wiecznotrwały) do dziś kojarzy się z pieśnią, w której Horacy, z dumą śpiewa o swej poezji:

Exegi monumentum aere perennius

Regalique situ pyramidum altius.

 

Pomnik bardziej wieczysty niż ze spiżu wzniosłem,

Przerównujący miarę królewskich piramid,

Którego ni żarłoczny deszcz nie zniszczy, ani

Akwilonu porywczość, ani niezliczony

Lat ciąg, ucieczka czasu.

 

Taki kształt pierwszym wersom owej pieśni (XXX, z III księgi) nadał Zygmunt Kubiak. Dla porównania warto przytoczyć inny, prawie nie znany, a bardzo piękny przekład, którego autorem jest Adam Naruszewicz (1733-1796) – jezuita, historyk, senator, znakomity poeta, ojciec polskiego klasycyzmu, już za życia zwany polskim Horacym.

Dziełam dokonał, co go nie wyprzedzi

Trwałością żaden gmach ulany z miedzi,

(...)

Nie zaszkodzą mu szarugi wilgotne,

Ni bystrych wichrów siły nieukrotne;

Lat go pominie przeciąg niezliczony

I sam czas na nim połamie swe trzony.

 

Są jednak dziś artyści, którzy nie mają ambicji tworzenia dzieł „opierających się działaniu czasu”, wykraczających poza horyzont teraźniejszości. Aranżują zjawiska – jak choćby modne dziś instalacje – których celem jest „zaistnieć, zadziwić i przeminąć”. Tego rodzaju twory w sposób oczywisty stanowią zaprzeczenie istoty pomnika, który jako kustosz głoszonej przezeń prawdy ma służyć wielu pokoleniom. Bowiem Ars longa, vita brevis : tylko sztuka trwa długo, człowiek zaś – krótko.

Wróćmy – jeszcze na chwilę – do proponowanego przez prof. Szychalskiego Pomnika światła. Zaskakująca była gorliwość, z jaką ten pomysł nagłośniły elektroniczne media. Relacje z konferencji prasowej prof. Szychalskiego pojawiły się we wszystkich dziennikach. Czyżby raptem zmienił się klimat wokół lekceważonej dotąd przez te media kwestii upamiętnienia smoleńskiej tragedii? Wydaje się, że w grę wchodził tu inny motyw. Być może zaletę instalacji świetlnej dostrzeżono w tym, że eliminowała ona możliwość wzniesienia w Warszawie pomnika par excellence, a więc dzieła architektoniczno-rzebiarskiego. Rzeczników takiej formy upamiętnienia można by wtedy pacyfikować argumentem: „są przecież już dwa pomniki: ten świetlny i ten na Powązkach. Po cóż więc jeszcze trzeci!”

 

 

Miejsce na pomnik

Miasto jest strukturę symboliczną. Tego rodzaju struktura nadaje znaczenie obiektom (architektury czy rzeźby) poprzez fakt ich lokalizacji w miejskiej przestrzeni. Im bliżej centrum się znajdują, tym większa jest ich doniosłość. To oznacza, że o randze pomnika smoleńskiego, obok reprezentowanego przezeń poziomu artyzmu, zadecyduje miejsce,w którym zostanie wzniesiony. Winien on powstać możliwie blisko Pałacu Prezydenckiego, przed którym gromadziły się rzesze Polaków w dniach narodowej żałoby. Przemawia za tym wzgląd emocjonalny. A także wzgląd symboliki miejskiej przestrzeni: to tu biegnie via sacra (vel via regia) święta, królewska ulica stolicy, jaką jest Krakowskie Przedmieście.

Wspomniany już prof. Krzysztof Pawłowski, ekspert rangi międzynarodowej w dziedzinie konserwacji zabytków i opieki nad zabytkową zabudową miejską, w wywiadzie opublikowanym przez „Rzeczpospolitą” (5.05.2011) wskazał optymalne i nie dające się kwestionować przez konserwatora miejsce na pomnik smoleński. „Narożnik Krakowskiego Przedmieścia i ul. Karowej to jedyny nieodbudowany fragment Traktu Królewskiego, którego częścią jest Krakowskie Przedmieście. Przed wojną stały tam kamienice. W jednej z nich mieściła się redakcja „Kuriera Warszawskiego”. Po roku 1945 to miejsce zmieniono na skwer. Nawet po ostatnim remoncie ulic ta przestrzeń zachowała prowizoryczny charakter. Jest to bardzo rażące, bo ten skwer jest położony na wschodnim zamknięciu Osi Saskiej, XVIII-wiecznego warszawskiego założenia urbanistycznego. Już przed wojną władze Warszawy chciały uporządkować Oś Saską i wykupiły stojącą po przeciwnej stronie kamienicę, żeby ją rozebrać i otworzyć perspektywę w kierunku Wisły. Te plany nie zostały wówczas zrealizowane, ale dziś postawienie pomnika na roku Krakowskiego Przedmieścia i Karowej i zaprowadzenie w tym miejscu ładu przestrzennego wpisałoby się w historyczne założenie Osi Saskiej.

g Krakowskiego Przedmieścia i Karowej jest idealną lokalizacją. Pomnik stałby bardzo blisko Pałacu Prezydenckiego, a przy okazji wpisywałby się w założenie urbanistyczne.”

Jeśli stołeczne władze sprzeciwiłyby się tej lokalizacji, to „może warto by rozważyć jeszcze jedną: porosły zielenią placyk przed gmachem Sejmu”. Z takim pomysłem wystąpił Marek Muszyński – legendarny przywódca podziemnej Solidarności w latach stanu wojennego we Wrocławiu, i poseł do Sejmu I i IV kadencji. Pomnik Smoleński razem z przyległym niemal Pomnikiem Polskiego Państwa Podziemnego stanowiłby swego rodzaju dyptyk o głębokiej wymowie symbolicznej. Tamtejszy teren jest w gestii Sejmu, a nie miasta. To ułatwiałoby uzyskanie zgody, przy założeniu jednak, że dobrą wolę wykażą politycy. Ale – jaki mieliby argument by powiedzieć „nie”,

skoro w Smoleńsku polegli przecież posłowie i senatorzy reprezentujący wszystkie kluby parlamentarne?

 

 

POMNIK i Pamięć

Próbując określić funkcje spełniane przez dzieło sztuki pomnikowej, postawmy najpierw pytanie: co znaczy samo słowo „pomnik”?

W łacinie ma ono postać „monumentum”. Gdy wymawiał je starożytny Rzymianin, to miał na myśli albo dzieło architektury – wzniesione ku pamięci kogoś lub czegoś (takie jak dom, świątynia, łuk triumfalny), albo nagrobek lub grobowiec, albo zabytek piśmiennictwa.

Dla Rzymianina było też rzeczą oczywistą, że dać życie wieczne w zbiorowej pamięci może tylko takie monumentum, które jest jednocześnie dziełem sztuki – i to najwyższej miary, w swoim gatunku nie mającym sobie równych, dziełem, którego blask nigdy nie gaśnie. Ta wiecznotrwałość była bodaj najważniejszą zaletą dzieła sztuki. Wynosi ją Horacy, gdy śpiewa:

Exegi monumentum aere perennius

Wzniosłem pomnik trwalszy od spiżu.

W starożytnym Rzymie monumentum było więc synonim arcydzieła. I jest nim także dziś. Dlatego właśnie mówi się o „pomnikach” poezji, muzyki, rzeźby, architektury, albo też – o „dziełach pomnikowych”.

Łacińskie monumentum w niemal nie zmienionym kształcie żyje w językach nowożytnych – we włoskim (il monumento), hiszpańskim (el monumento), francuskim (le monument) i angielskim (the monument). Niemcy zaś, obok zakorzenionego w łacinie Das Monumemt, mają jeszcze – tylko w ich języku istniejące – słowo Das Denkmal. W tych dwóch sylabach zawiera się apel, jaki pomnik kieruje do stojącego przed nim człowieka: Pomyśl. Zamyśl się. Skieruj twą myśl (ku temu wydarzeniu, które upamiętniam, czy tej postaci, której sławę głoszę).

A nasze słowo „pomnik”? Wnikając w nie, spostrzegamy, że różni się od łacińskiego pierwowzoru, zarówno swym brzmieniem, jak i znaczeniem. Jest oryginalnym tworem polszczyzny. Denkmal odwołuje się do zadumy i zamyślenia, pomnik zaś – do pamięci. On woła wprost – pomnij: o wielkich wydarzeniach w dziejach ojczyzny, o ich sprawcach, o bohaterach, o wybitnych rodakach, których życie i dokonania mogą być wzorem, natchnieniem i powodem do dumy – dla ciebie, twoich synów i wnuków.

Kultura – uczył Stefan Czarnowski – jest swego rodzaju rozmową, jaką prowadzą z sobą ci, którzy są, z tymi, którzy byli. W tego rodzaju dialogu przeszłość splata się z teraźniejszością. A bez splatania się przeszłości z teraźniejszością, bez wnikania tradycji w nasze dzisiaj, tradycji uosabianej przez wielkich Polaków, niemożliwe jest trwanie narodu.

Komunii przeszłości z teraźniejszością służy sztuka, służą jej pomnikowe dzieła. O takiej właśnie misji sztuki przejmująco śpiewa Wajdelota w „Konradzie Wallenrodzie”:

O wieści gminna! ty arko przymierza

Między dawnymi i młodszymi laty:

W tobie lud składa broń swego rycerza,

Swych myśli przędzę i swych uczuć kwiaty.

Arko, tyś żadnym nie złamana ciosem,

Póki cię własny twój lud nie znieważy;

O pieśni gminna, ty stoisz na straży

Narodowego pamiątek kościoła,

Z archanielskimi skrzydłami i głosem

Ty czasem dzierżysz i miecz archanioła.

 

Pomnij! Ten imperatyw określa główną, kommemoratywną funkcję pomnika. Może on jednak być wyrazem także naszej czci i hołdu, jaki składamy najwybitniejszym rodakom.

Jest też rodzaj pomnika, który określić można jako ARA PATRIAE – OŁTARZ OJCZYZNY. Takim ołtarzem jest Pomnik Postania Warszawskiego. Jego struktura architektoniczno-rzeźbiarska o monumentalnej skali wyznacza przestrzeń, w której gromadzi się lud Warszawy wraz z żyjącymi jeszcze bohaterami Powstania, by w rocznicę jego wybuchu uczestniczyć w odprawianej tu mszy św. i w apelu poległych. Lecz najcenniejszym elementem tej uroczystości jest Sacra conversazione – święta rozmowa. Ci, których się tutaj czci, na chwilę, przywołani z wieczności, z żywymi rozmawiają o Polsce. I pytają – słowami pieśni szturmowej „Parasola”: Jaka jest ta „wolna Polska, co wstała z naszej krwi”? Czy taka, o jakiej marzyliśmy, o jaką walczyliśmy? Czy dbacie dziś o majestat Rzeczypospolitej? Czy tak jak my miłujecie jej kulturę, jej sztukę i historię?

święta rozmowa przemienia żywych, budzi ich sumienia, wyrywa z doczesności i pomaga spojrzeć na sprawy Rzeczpospolitej z perspektywy wieczności. Bez tej przestrzeni, jaką kreuje powstańczy pomnik zaaranżowany jako Ołtarz Ojczyzny, rozmowa „tych, którzy są, z tymi, którzy byli” nie byłaby możliwa.

W przypadku pomnika smoleńskiego należałoby wskazać jeszcze jedną funkcję: ekspiacyjną. W filmie „Solidarni 2010” pojawia się kobieta, która mówi: „Wstydzę się, że milczałam. Teraz już milczeć nie będę. Dlatego tu jestem”.

Wstydzić się winien naród, który milczał, gdy przez pięć lat politycy z pierwszych ław polskiego parlamentu, wspierani przez media, poniżali, obrażali, wyszydzali, kamienowali słowem i odzierali z godności prezydenta Najjaśniejszej Rzeczpospolitej i gdy ów przemysł pogardy kierowali także ku wysokim funkcjonariuszom państwa działającym na rzecz wizji Polski, jaka przyświecała prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu.

 

Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie,

że ci ze złota statuę lud niesie,

Otruwszy pierwej.. –

pisał Norwid, oddając tym wierszem hołd postaciom, które przerastały swoje otoczenie i jako niezrozumiane, niedocenione, doznały z ich strony wielu krzywd. Należnej czci doczekały się dopiero u potomnych. „Złota statua” była formą ekspiacji za niegodziwość, jaką Ateńczycy wyrządzili Sokratesowi, skazując na śmierć najbardziej sprawiedliwego spośród nich.

 

Trawestując Norwida, chciałoby się powiedzieć:

Coś Ty Warszawie zrobił, Prezydencie,

że tak się lęka pamięci o Tobie,

skrzywdziwszy pierwej....

 

By głosem opinii publicznej wesprzeć swe stanowcze „Nie!” dla pomnika ofiar smoleńskiej tragedii, Hanna Gronkiewicz-Waltz odwołała się do opinii publicznej. Prowadząca badanie firma, dobranej – według sobie tylko znanych kryteriów – garstce ludzi zadała pytanie, którego treść można było przewidzieć już jesienią ubiegłego roku, gdy z wielkim pośpiechem budowano pomnik na Powązkach. Ankietowanych spytano mianowicie, czy chcą pomnika w centrum Warszawy – prócz tego, który w Warszawie już jest?

Czy gdyby sondaż objął nie kilkuset mieszkańców, ale całą społeczność stolicy,

można by jego wynik uznać za wiążący? Absolutnie – nie! O tak doniosłej bowiem dla narodu spawie, jaką jest pomnik smoleński, nie mogą decydować mieszkańcy jednego tylko, choćby nawet stołecznego miasta. Pomnik wielkich rodaków, którzy polegli w Smoleńsku, czcząc pamięć tysięcy ofiar zbrodni katyńskiej i domagając się prawdy o niej, to winna być dziś sprawa pierwszej wagi dla wszystkich Polaków – od Szczecina po Przemyśl, od Gdańska po Zakopane, od Suwałk po Szklarską Porębę. Także tych, których los umiejscowił w USA, Kanadzie, w Ameryce Południowej i Australii, w Belgii, Francji, Wielkiej Brytanii, Niemczech, w RPA, Kazachstanie, na Litwie, Białorusi czy Ukrainie.

Nie pierwszy raz władza sprzeciwia się wzniesieniu pomnika, którego domagają się rodacy. Tak było z Pomnikiem Katyńskim. Tak było z Pomnikiem Powstania Warszawskiego, na który trzeba było czekać 45 lat. I tak jest dziś z pomnikiem ofiar tragedii smoleńskiej. O czym to świadczy? O tym, że owa władza wyalienowała się, wyobcowała, stała się głucha na to, co Polakom w duszy gra.

Nie dajmy sobie wmówić, że wznoszenie pomników i kultywowanie pamięci to jest prerogatywa jakiejkolwiek grupy trzymającej władzę. Jest to prerogatywa i wyraz woli narodowej wspólnoty. Pamiętajmy: pomnik i pamięć to prawo narodu. Prawo i święty obowiązek.

 

 

O autorze.

Marek Dyżewski jest byłym rektorem Akademii Muzycznej we Wrocławiu. Jest też jednym z założycieli Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Tragedii Narodowej w Smoleńsku i członkiem jego zarządu. Kandydat na senatora z Wrocławia w wyborach parlamentarnych 2011 r.

Etykietowanie:

napisz pierwszy komentarz