Przeciwko pro-aborcyjnej ciemnocie

avatar użytkownika njnowak

Dyskutuję o aborcji od 14 roku życia

Mam 20 lat. Dyskusje na temat aborcji prowadzę co najmniej od 14 roku życia, bo właśnie wtedy założyłam - nieistniejącego już - bloga przeciwko zabijaniu ludzi w majestacie prawa (na blogu tym umieszczałam nie tylko notki antyaborcyjne, ale również antyeutanazyjne, antykryptanazyjne i potępiające karę śmierci). Jak nietrudno się domyślić, miałam już okazję rozmawiać z wieloma osobami, reprezentującymi najróżniejsze środowiska i doktryny polityczne. Podczas tych wieloletnich dyskusji poznałam chyba wszystkie pro-aborcyjne argumenty, jakie ludzkość zdołała z siebie wydalić i rozpropagować. W niniejszym artykule chciałabym przytoczyć niektóre z owych argumentów i zdemaskować ich przechodzący wszelkie granice irracjonalizm.


Argument najinfantylniejszy z najinfantylniejszych

Zacznijmy od najbardziej pospolitego i infantylnego argumentu aborcjoentuzjastów, który najczęściej jest utrzymany w tonie marudzenia rozkapryszonej małolaty: “A może ktoś nie chce mieć dziecka?”. Kiedy słyszę lub czytam tego typu pytania, od razu wyobrażam sobie zbuntowaną smarkulę, która tupie nóżką i mówi do rodziców: “A może ja nie chcę obiadu?”, “A może ja nie chcę myć zębów?” albo “A może ja nie chcę mieć dobrych ocen?”. Czy przytoczony przeze mnie argument zwolenników mordowania nienarodzonych dzieci ma charakter racjonalny? Nie, jest to argument oparty wyłącznie na emocjach i stanowiący odwołanie do ludzkiego egoizmu!


Syndrom rozkapryszonego dziecka

Taka postawa świadczy o niedojrzałości i przekonaniu, że najważniejszą rzeczą na świecie jest to, czego konkretny człowiek chce. Dziecko, w życiu nie zawsze możemy mieć to, czego chcemy. Czasami zostają na nas nałożone obowiązki, które musimy wypełniać, czy nam się to podoba, czy nie. Jeśli zaś coś robimy, to musimy być przygotowani na płynące z tego konsekwencje. Życie to nie tylko zabawa, dajmy na to seks, ale również odpowiedzialność, na przykład ciąża i wynikające z niej powinności.


“Wolność Twojej pięści musi być ograniczona bliskością mojego nosa”

Kiedy mówisz “Chcę mieć prawo do robienia tego, co mi się żywnie podoba!”, to można Ci odpowiedzieć tylko w następujący sposób: “A ja chcę gwiazdkę z nieba!”. Rozumiem, że możesz czegoś chcieć lub nie. Jednak, jak mówi przysłowie, “wolność Twojej pięści musi być ograniczona bliskością mojego nosa”. Targnięcie się na życie nienarodzonego dziecka jest nadużyciem wolności i pogwałceniem praw innej osoby.


“Chcę” i “nie chcę”

To, że nie chcesz mieć potomstwa, nie oznacza, iż wolno Ci wyrządzić krzywdę drugiej osobie. Dziewczynko, wyrośnij z egoizmu, bądź dojrzała, pogódź się z tym, że nie tylko Ty masz prawa i przywileje. Sformułowania typu “chcę - nie chcę” nie są usprawiedliwieniem dla skrzywdzenia kogoś innego. Równie dobrze Stalin mógłby się tłumaczyć ze swoich zbrodni: “Zabiłem polskich oficerów w Katyniu, bo miałem taką chęć”. Dorosła osoba wie, że trzeba szanować prawa i wolności innych ludzi. Wie też, że czary nie istnieją, a świat się nie zmieni pod wpływem naszego okrzyku “ja chcę” lub “ja nie chcę”. Argument, według którego “aborcja jest dopuszczalna”, bo “kobieta nie chce mieć dziecka”, uważam za obalony.


Selektywna aborcja, czyli mroczna strona in-vitro

Innym argumentem zwolenników mordowania nienarodzonych dzieci, z którym często się spotykam, jest ten, który nazywam “stylizacją na romantyzm”. Nie dotyczy on aborcji w klasycznym tego słowa znaczeniu, tylko części procedury in-vitro. Jak wiadomo, w wyniku tego procesu powstaje wiele zarodków - jeden z nich jest umieszczany w organizmie matki, a reszta zamrażana lub po prostu zabijana (właśnie dlatego mówi się, iż tzw. zapłodnienie pozaustrojowe to “selektywna aborcja“). Chociaż procedura in-vitro bardzo często niesie ze sobą śmierć owych “nadliczbowych”, “niepotrzebnych” dzieci, zwolennicy sztucznych zapłodnień wydają się tym nie przejmować.


Romantyczna postawa zwolenników sztucznych zapłodnień

Wręcz przeciwnie, często mówią oni: “Ach, cóż znaczy śmierć tych paru embrionów?! Jeśli ktoś bardzo, bardzo, bardzo, bardzo chce mieć dziecko, to nikt nie ma prawa stanąć mu na drodze! Cóż znaczy śmierć tych paru embrionów?! Przecież liczy się tylko małżeństwo i jego wszechogarniająca, nieokiełznana, paląca niczym ogień piekielny potrzeba posiadania potomstwa! Cóż znaczy śmierć tych paru embrionów?! To jedno dziecko, które uniknęło uśmiercenia lub zamrożenia, będzie wszak kochane ponad wszystko! Cóż znaczy śmierć tych paru embrionów?! Jeżeli ludzie się kochają, to ich miłość jest najważniejsza i nawet ludzkie życie traci przy niej wartość! Cóż znaczy śmierć tych paru embrionów?! Przecież cel uświęca środki, a chęć zostania rodzicem to szczytna idea, która usprawiedliwia nawet niecne postępki! Ach, człowiek jest demiurgiem - może dawać życie! A skoro może dawać życie, to może je również odbierać!”.


Rzeczywistość contra fikcja

Sposób myślenia, który właśnie sparodiowałam, nadaje się do romantycznego wiersza lub dramatu, ale nie do realizowania w prawdziwym życiu. To, co w utworze literackim może wyglądać efektownie i pobudzać ludzką wyobraźnię, w realnym świecie może być rzeczą niedopuszczalną pod względem etycznym. Trzeba się nauczyć odróżniać rzeczywistość od fikcji. Morderstwo, popełnione z miłości przez bohatera literackiego, jest bardzo piękne, ale tylko na kartach książki - w tak zwanym “realu” byłoby ono ohydną zbrodnią, zasługującą na surową karę.


Życie to nie fabularna opowieść

Nie mam nic przeciwko ludziom, których zachwyca historia opowiedziana w piosence “Tam, gdzie rosną dzikie róże” Anny Marii Jopek i Macieja Maleńczuka (polskiej wersji utworu “Where the Wild Roses Grow” Nicka Cave’a i Kylie Minogue). Miałabym jednak coś przeciwko, gdyby kogoś zachwycała identyczna zbrodnia popełniona w rzeczywistości. Jak już napisałam, zabójstwo z miłości ma prawo nam się podobać tylko w fikcyjnej opowieści. Natomiast nie ma prawa nam się podobać in-vitro, które polega na tym, że jednemu dziecku (z miłości) daje się życie, a kilka innych (również z miłości) się zabija.


Nie wolno zabijać nawet z miłości

Ta część procedury in-vitro, w której umyślnie uśmierca się kilkoro „nadliczbowych” dzieci, jest zbrodnią popełnioną z miłości. Gdyby to była bajka, mogłoby mi się to podobać. Ale to nie jest bajka, to realne życie. Rzadko porusza mnie śmierć lub przemoc pokazana np. w filmie fabularnym (albowiem wiem, że każda scena była wielokrotnie powtarzana, a aktorzy zapewne śmiali się i żartowali na planie filmowym). Jednak śmierć i przemoc w prawdziwym życiu - to co innego! Zrozum, człowieku, że miłość i ludzkie pragnienia nie mogą być usprawiedliwieniem dla zabicia kogoś. Jeśli uważasz inaczej, to znaczy, iż naczytałeś się romantycznych głupot. Życie to nie bajka, a utwór literacki to nie tzw. „real”. Argument, według którego „chęć posiadania dziecka może usprawiedliwić in-vitro i wiążącą się z tym śmierć nadliczbowych płodów”, uważam za obalony.


Nieodróżnianie morderstwa od śmierci naturalnej

Kolejny argument, który chciałabym zaprezentować i raz na zawsze obalić w niniejszym tekście, jest tak przerażająco głupi, że można go pomylić z tanią prowokacją. Otóż wiele osób twierdzi, iż mordowanie nienarodzonych dzieci „jest dopuszczalne”, bo „w naturze wiele zarodków ginie zupełnie samoistnie”. Chociaż trudno w to uwierzyć, tego typu stwierdzenia są czasem pisane zupełnie poważnie! Nie wiem, jak można usprawiedliwiać zadawanie ludziom śmierci, tylko dlatego, iż w naturze także występuje śmierć. Czy autorzy tego typu wypowiedzi nie wiedzą, że umyślne odebranie komuś życia i śmierć naturalna to dwie zupełnie różne rzeczy?!


„Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”

Przepraszam, że się unoszę, ale to naprawdę niepojęte, iż można stawiać morderstwo na równi ze zgonem z przyczyn naturalnych! Przecież śmierć kogoś, kto został zastrzelony przez ulicznego bandytę, nie jest tym samym, co śmierć kogoś, kto zmarł ze starości w wieku 99 lat! Analogicznie do tego, celowe odebranie życia nienarodzonemu dziecku nie jest tym samym, co poronienie, czyli naturalna śmierć poczętej istoty! To prawda, że Matka Natura często zabija ludzi (jeśli wierzyć stronie Ciekawostki.fotouslugi.net.pl, każdego dnia umiera aż 148.000 osób z całego świata), jednak to jeszcze nie powód, żeby samemu zacząć zabijać! Jak mówi przysłowie: „Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”. Jest też cytat z Seneki: „Co wolno Jowiszowi, tego nie wolno wołowi”. Proszę Cię, czytelniku, nie posługuj się argumentem o „dopuszczalności aborcji ze względu na istnienie w naturze zjawiska poronienia”, bo albo mnie rozśmieszysz, albo zirytujesz!


Na bakier z genetyką

Teraz napiszę kilka zdań na temat najbardziej nieracjonalnego, a zarazem najbardziej bulwersującego argumentu aborcjoentuzjastów. Chodzi o iście nazistowskie przekonanie, według którego „nienarodzone dziecko nie jest człowiekiem”. Aby wierzyć w ten pogląd, trzeba być na bakier ze współczesną nauką, a zwłaszcza genetyką. Z genetyki wynika bowiem jednoznacznie, iż nienarodzone dziecko - bez względu na wiek - to taki sam człowiek jak każdy z nas. Podobnie jak my, jest ono odrębnym organizmem z gatunku Homo sapiens, posiadającym własny kod genetyczny i zdolnym do stopniowego rozwijania się zgodnie z „linią programową” zapisaną w tymże kodzie.


DNA - kwas deoksyrybonukleinowy

Stwierdzenie, że „poczęte dziecko nie jest człowiekiem” to skrajny irracjonalizm, żeby nie powiedzieć: durnota. Jeśli organizm należący do gatunku ludzkiego nie jest człowiekiem, to czym jest? Tygrysem? Łosiem? Diabłem tasmańskim? Gdyby zarodek miał DNA tygrysa, to byłby zarodkiem tygrysa, a nie człowieka. Gdyby miał DNA łosia, to byłby łosiem, a gdyby miał DNA diabła tasmańskiego, to byłby diabłem tasmańskim. Jeśli jednak embrion posiada DNA człowieka, to jest człowiekiem, albowiem - z naukowego punktu widzenia - nie może być niczym innym!


Ludzkie DNA może mieć tylko człowiek

Istota posiadająca DNA szympansa nie może być ropuchą ani bawołem, zaś istota posiadająca DNA człowieka nie może być szynszylą ani strusiem. A może ktoś twierdzi, że jest inaczej? Może ktoś jest przekonany, iż człowiek może się zamienić w szynszylę albo w strusia? Jeżeli tak, to znaczy, że jest niedojrzały i nie wyrósł jeszcze z książeczek na poziomie „Animorphs” Katherine Alice Applegate! Ale z kimś takim nie warto dyskutować o czymś tak poważnym jak aborcja. Kolejna sprawa: stawianie tez w stylu „nienarodzone dzieci nie są ludźmi” to zniewaga dla całego gatunku ludzkiego, bowiem każdy z nas był niegdyś nienarodzonym dzieckiem. Ja też nim kiedyś byłam i wcale nie uważam, że nie byłam wtedy człowiekiem. Obrażając nienarodzone dzieci, obrażasz mnie, osoby trzecie i siebie.


Ach, te romantyczne argumenty!

Zwolennik zabijania nienarodzonych dzieci może się jeszcze bronić romantycznym stwierdzeniem: „Owszem, nienarodzone dziecko posiada ludzkie DNA, ale nie jest pełnoprawnym człowiekiem, bo niczego nie czuje”. Jest to jednak argument zupełnie nietrafiony, a nawet obraźliwy dla wielu osób już urodzonych. Człowiek, który zemdlał albo znajduje się pod narkozą również niczego nie czuje (pomijam tutaj straszne, wyjątkowe sytuacje rodem z filmu „Przebudzenie”), ale przecież nikt nie powie, iż „wolno go wtedy zabić”! Aborcjoentuzjasta może też odwoływać się do argumentów religijnych, mówić, że zamordowane, poczęte dziecko na pewno pójdzie do nieba. Niestety, tak się składa, iż Bóg i życie po śmierci nie istnieją. Istota ludzka ma tylko jedno, ziemskie życie, dlatego należy go bronić za wszelką cenę.


Zakończenie

Jak nietrudno odgadnąć, argumenty przytoczone i wyśmiane w niniejszym artykule nie są jedynymi argumentami zwolenników mordowania nienarodzonych dzieci. Ponieważ dysponuję ograniczonym czasem, nie jestem w stanie zająć się wszystkimi tezami aborcjoentuzjastów. Gdybym jednak to zrobiła, to mój wywód byłby bardzo długi i zapewne niewiele osób zdołałoby go przeczytać w całości. Poza tym, już po publikacji zwolennicy aborcji mogliby wyskoczyć - jak filip z konopi - z jakąś nową bzdurą. Myślę więc, że w tym miejscu można zakończyć niniejszy tekst. Dziękuję za lekturę i życzę miłego dnia!


Natalia Julia Nowak,
7-8 kwietnia 2011 roku


 

napisz pierwszy komentarz