Salcia puszcza się.

avatar użytkownika dodam

 


Na pewno znacie taki dowcip żydowski:

Mosiek spotkał na rynku małego miasteczka Icka, który kiedyś nadepnął mu na odcisk i mówi tak, by inni słyszeli:

- Icek, ludzie mówią, że twoja Salcia puszcza się z całym miastem w lesie

- co ty gadasz Mosiek takie bzdury. Jakie tam miasto - parę domów. Las, jaki tam las, te parę drzew? Oj głupiś ty głupi.

 

Ta historyjka ilustruje dwa z trzydziestu ośmiu erystycznych chwytów sklasyfikowanych przez Schopenhauera 200 lat temu. Chwytów używanych po to by za cenę poprawności wywodu, słuszności, a nawet prawdy wygrać spór przed osobami trzecimi, np. sędzią, przypadkowymi świadkami np. kolizji drogowej, kłótni małżeńskiej czy przed szerszym audytorium. Schopenhauer sformułował je tak:

 

Sposób 18. Zejście z tematu. Jeżeli spostrzegamy, że przeciwnik chwycił się jakiejś argumentacji, którą nas pobije, to nie wolno nam dopuścić do tego, aby ją doprowadził do końca, lecz musimy zawczasu przerwać bieg dyskusji, odbiec od tematu lub oderwać od niego uwagę i przejść do innych twierdzeń, słowem, przeprowadzić mutatio controversiae .

 

Sposób 29. Dywersja. Jeżeli spostrzegamy, że zaczynamy przegrywać (patrz sposób 18), to możemy zastosować dywersję, tzn. rozpoczynamy nagle mówić o czymś zupełnie innym, jak gdyby to należało do rzeczy i było argumentem przeciwnym. Można to zrobić w ramach przyzwoitości, o ile dywersja w ogóle jeszcze dotyczy thema quaestionis (temat sporu) , albo wręcz bezczelnie, jeżeli dotyczy to tylko przeciwnika, a ze sprawą nie ma zupełnie nic wspólnego. Tak np. podkreśliłem z uznaniem, że w Chinach nie ma szlachty z urodzenia i że urzędy otrzymuje się jedynie na podstawie egzaminów. Mój przeciwnik twierdził, że uczoność tak samo nie uprawnia do sprawowania urzędów, jak szlachetne urodzenie (które zresztą wysoko ceni). Gdy następnie zauważył, że jego sprawa bierze zły obrót, natychmiast dokonał dywersji mówiąc, że w Chinach wszystkie stany podlegają karze przez bastonadę, co łączył znowu z częstym piciem herbaty i obie te rzeczy stawiał Chińczykom jako zarzut. Gdyby się ktoś chciał wdawać w to wszystko, pozwalając się odwieść od tematu, to wypuściłby z rąk wywalczone już zwycięstwo. Dywersja staje się bezczelna, gdy opuszcza się całkowicie sprawę quaestionis i zaczyna mniej więcej tak: ,,A niedawno Pan również twierdził, że...'' . Wówczas bowiem dywersja staje się poniekąd atakiem osobistym, o czym będzie jeszcze mowa przy roztrząsaniu ostatniego sposobu. Ściśle biorąc, jest ona stopniem pośrednim pomiędzy argumentum ad personam (argument natury osobistej) , które tam będzie omawiane, a argumentum ad hominem. Do jakiego stopnia sztuczka powyższa jest jakby wrodzona, przejawia każda kłótnia między pospolitymi ludźmi; gdy mianowicie jeden czyni drugiemu zarzuty osobiste, to ten bynajmniej nie stara się ich odeprzeć, lecz ze swej strony stawia teraz przeciwnikowi zarzuty osobiste, pozostawiając na uboczu tamte, jemu samemu poczynione, a więc jakby się na nie zgadzając. Postępuje on jak Scipio, który zaatakował Kartagińczyków nie w Italii, lecz w Afryce. Na wojnie tego rodzaju dywersja może być przydatna; w kłótni jest ona szkodliwa, ponieważ postawione zarzuty nie zostają odparte i słuchacz dowiaduje się wiele złego o obu stronach. W dyskusji ten sposób jest używany faute de mieux (z braku czegoś lepszego).

 

Kampania wyborcza PO w 2007 roku polegała na straszeniu PiSem:

- że radiomaryjny

- że antywolnościowy

- że socjalistyczny

- że populistyczny

- że antyrozwojowy

- że antydmokratyczny

- że policyjny

- że kompromitujący na arenie międzynarodowej

- że wymachujący szabelką

- że bez kadr

- że obciachowo bogoojczyźniany i archaiczny

- że podły, łamiący standardy, szerzący nienawiść, dzielący społeczeństwo

- że liderzy to oszołomy, frustraci, bezwzględni cynicy, podli gracze, manipulatorzy, przegrani, kartofle itd.

 

Każde z powyższych twierdzeń było totalnym oszustwem, dokładnie takim, jak w kawale o rozdawaniu samochodów za darmo w Moskwie. Łatwo dostrzegalne sprzeczności pomiędzy poszczególnymi elementami tego wizerunku "wroga" nie były do uniknięcia, jeśli wszystkie ważniejsze "targety" polskiego społeczeństwa, także przeciwstawne, miały być objęte urabianiem . Aby przekaz dotarł posłużono się całym arsenałem opisanych przez Schopenhauera chwytów i nie tylko. Czerpano ochoczo z bogatego doświadczenia Goebbelsa, Urbana i Michnika oraz zaawansowanych metod reklamowania towarów (z podprogowymi i polegającymi na różnego typu skojarzeniach włącznie) i znane z biznesu techniki kształtowania pożądanych relacji publicznych.

 

By osiągnąć takie cele, niezbędne było wsparcie dysponentów mediów . Wsparcie takie dostali. Środowiska beneficjentów PRLu, które zachowały niemal pełną kontrolę nad mediami, poczuły się wszak zagrożone antyoligarchicznymi działaniami PiSu, anyukładowymi, antykorupcyjnymi, antymafijnymi, lustracyjnymi czy szerzej dekomunizacyjnymi, przecinającymi przynoszące realne korzyści, choć groźne dla państwa, powiązania z rosyjskimi odpowiednikami.

 

Poco o tym wszystkim mówię? Oto mamy kolejny przykład, jednej z niezliczonych manipulacji składających się w wypadkowy zupełnie zafałszowany obraz powstający w głowach wielu moich rodaków. Jest jednak jakaś szansa, że, jeśli przyjrzymy się uważnie kamykowi, to może uda nam się dostrzec procesy geofizyczne.

 

Zakupy w dyskoncie. Przekroczenie ceny 5 zł za kilogram cukru to zdarzenie tego typu, jakim Tusk straszył wyborców w 2007 roku jako spodziewany skutek wygranej PiSu. Dzisiaj premier Kaczyński jako lider opozycji próbuje wywołać społeczną dyskusję na temat galopującego wzrostu cen (jeden z tematów całkowicie przemilczanych w mediach!) by zmusić rządzących do powstrzymania działań, które ten wzrost napędzają i podjęcia próby naprawienia sytuacji. Czyni to w sposób taki, by nie dało się przemilczeć, jak wcześniej tematy gospodarcze na konferencjach prasowych PiS, posługując się czymś w rodzaju happeningu. Sam Prezes wyjaśnia to tak:

Chcąc zwrócić uwagę mediów na poziom cen i sytuację ludzi, udałem się do zwykłego osiedlowego sklepu spożywczego. Najważniejsze dla mnie było pokazanie, jak podstawową sprawą, a równocześnie nierzadko coraz większym problemem, dla wielu rodzin w Polsce stają się codzienne zakupy. Dokładna cena poszczególnych produktów nie była tu najistotniejsza, gdyż one różnią się w zależności od sklepu i regionu, ale sam fakt ogromnego wzrostu cen i nie podejmowania przez obecny rząd jakichkolwiek działań. Polacy nie mają czasu i pieniędzy na drogą benzynę po 5 zł, by jeździć po mieście i szukać najtańszego sklepu, często więc kupują najbliżej domu.
Mimo to, uwaga wielu skupiła się na jednym wypowiedzianym przeze mnie zdaniu, dotyczącym sieci dyskontów Biedronka. Powiedziałem prawdę, prawda bywa bolesna. Przez Donalda Tuska bardzo wielu Polaków zostało zmuszonych do kupowania w dyskontach, nie dlatego, że chcą, tylko dlatego, że muszą. Zakupy w dyskoncie nie są niczym uwłaczającym. Uwłaczające jest takie traktowanie Polaków przez obecnie rządzących. Wiem, że nigdy nie będzie tak, aby wszyscy mieli dostęp do produktów z najdroższych delikatesów, ale chodzi o to, by mogli mieć wybór. Czas, aby państwo dbało o swoich obywateli. Czas mówić prawdę i podejmować odważne decyzje.”

 

Co na to media? W normalnym kraju z sympatią odniosłyby się do tego typu akcji opozycji i razem z opozycją przycisnęłyby rządzących, sprawa jest wszak ważna i ewidentna. Tymczasem co obserwujemy? Dobrze oddają to reakcje odbiorców, na przykład moich kolegów na przesłany im demaskujący manipulacje przewrotny wpis blogera s24 podpisującego się „capa”:

Ten tekst nie zmienia mojej opinii, ze pan Kaczynski swoja fatalna wypowiedzia zrazil sobie, a przez to swojej partii mnostwo ludzi (mnie w tej liczbie).

 

I druga, bardziej szczegółowa reakcja:

Powiedzenie, ze kupuja tam najbiedniejsi jest wiec po prostu kolejnym obrazliwym uogolnieniem Prezesa. Pokazuje tez, ze - wbrew deklaracjom - Prezes nie identyfikuje sie z najbiedniejszymi, tylko jest w domysle kims lepszym, bo kupuje w lepszych sklepach. W koncu nie wychowal sie na podworku z kluczem na szyi, jak wiekszosc Polakow w czasach PRLu.

 

Bez wątpienia mamy tu odbicie zarówno „zejścia z tematu” i „dywersji” przedstawionych wyżej, które musiały najwyraźniej zdominować przekazy medialne. W dodatku wymagane w tych metodach tematy zastępcze nie pozwalały rozwinąć skrzydeł specom od socjotechniki.  Jedynym punktem zaczepienia było stwierdzenie prezesa PiS:

Moglibyśmy iść do Biedronki, ale Biedronka to jest jednak sklep dla najbiedniejszych. Poszliśmy do sklepu przy osiedlu, który jest wygodny.”


Słabe zaczepienie, ale gdy dysponuje się mediami...  W powyższych odpowiedziach bez trudu można odnaleźć echa medialnych przekazów liderów i dziennikarzy PO TVN, radio TOK FM, radio Bzdet i  w  GW. Tytuły z tego ostatniego źródła mówią za siebie: „Kaczyński ugodził w nasze narodowe interesy”, „PO: J. Kaczyński dzieli Polaków, jest oderwany od rzeczywistości”.  Co ciekawe, całe potężne dudnienie mediów ustąpiło jak siekierą odciął i próżno dzisiaj szukać śladów niedawnego wyrywania włosów, rozdzierania szat i gromów z jasnego nieba. Tak jest z każdą wrzutką, opartą na oszustwie. Ich celem jest  bowiem pozostawienie odbiorców z emocjami. Negatywnymi emocjami. Podtrzymywanie tematu mogłoby wywołać przynajmniej u  części  niepożądane refleksje.


Co miałoby wynikać z tych przekazów, że nie ma wzrostu cen?  Że wzrost cen zaobserwowano w tylko w średnich i droższych sklepach, a w najtańszych nie? Jeśli celem opozycji było pokazanie skali globalnego wzrostu cen, czyli dynamiki, a nie poziomu cen, to czy istotne jest to, gdzie „pomiar” dokonuje się? W niewielkiej części tak, jednakże przykład „Biedronki” byłyby dla rządzących jeszcze mniej korzystny. Można przypuszczać bowiem, że dynamika zmian cen w sklepach tańszych, o dużych obrotach i małej marży, może być większa, gdy drożeją surowce (ceny produktów rolnych) i rosną koszty (vat, benzyna, gaz).

Jeżeli próbkę mamy niejednorodną, to mierzymy wartości średnie i taki sens miał wybór średniej klasy sklepu. Dla opisujących zdarzenie to dziennikarzy wiodących mediów zrozumienie tak prostej rzeczy nie jest za trudne, ale to nie są dziennikarze tylko funkcjonariusze, pałkarze rządowi. Oni przekaz zdeformowali tak by przyłożyć i przyłożyli. W jak wielkiej pogardzie muszą mieć swoich odbiorców skoro tak grubo szyją. Pod tym względem sytuacja jest podobna do tej z lat osiemdziesiątych, tylko miejsce „Solidarności” zajął PiS, a miejsce Urbana, Michnik i Walter.

 

Tak więc Salcia będzie nadal puszczać się z całym miastem w lesie, a my nadal będziemy ją kochać. Ciekawe, jak długo jeszcze.

napisz pierwszy komentarz