Być ambasadorem

Do dziś pamiętam egzemplarz „Onych” Teresy Torańskiej na moim biurku. Może to wspomnienie spotęgowało wrażenie, jakiego dostarczyła mi lektura wywiadu, który dobra przecież dziennikarka przeprowadziła z byłym ambasadorem polskim w Federacji Rosyjskiej, Jerzym Bahrem.

Ambasador Bahr jest schorowanym, starszym człowiekiem. Nie wiem, co spowodowało, że zdecydował się na przedstawienie „Gazecie Wyborczej” wersji wydarzeń odnoszących się do prezydentury śp. Lecha Kaczyńskiego i katastrofy smoleńskiej, która jest skomponowana w sposób stanowiący gigantyczną operację socjotechniczną. Dla byłego ministra spraw zagranicznych rewelacje Bahra są kopalnią informacji. Chyba sam nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wiele ujawnił na swój temat. To będzie długi wywód, odniosę się jednak do większości spraw.

1. Żal mi ambasadora Bahra. Musiał się bardzo męczyć, przyjmując nominację ambasadorską podpisaną przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Nominacja była ze strony prezydenta uznaniem zasług Aleksandra Kwaśniewskiego na Wschodzie. Przez ponad półtora roku byłam przełożoną ambasadora, nie podejrzewałam go o taką zjadliwą, przebijającą na każdym kroku pogardę i nienawiść do nas. Wręcz przeciwnie, wydawał się być bardzo aktywny, wręcz spełniający oczekiwania. To od niego dotarła do mnie wiadomość o próbie proceduralnego „obejścia” polskiego weta do umowy UE-Rosja podczas prezydencji portugalskiej. Mieli tego dokonać HoM's czyli ambasadorowie w Moskwie. To dzięki interwencji i sumiennemu wykonaniu instrukcji przez ambasadora próba spełzła na niczym. Urzędnicza nadgorliwość, cecha stara jak Troja. Kurs się zmienił i ambasador, ze zdwojoną gorliwością musi żeglować w nowym kierunku. Dlaczego robi to nawet na emeryturze, nie potrafię odpowiedzieć.

2. Sposób, w jaki Bahr opisuje sytuacje z udziałem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, nazewnictwo i frazeologia, które stosuje („Kaczyński”, '„...to ich sposób rozumienia”) wprawił mnie w zdumienie. Jest jednak wyjątek; to ekstaza, z jaką opisuje honory oddawane przez Władimira Putina trumnie z ciałem Prezydenta. Wtedy to w rozpędzie i uniesieniu mówi o śp. Prezydencie Rzeczypospolitej Polskiej. Jeden jedyny raz. W pozostałych sytuacjach zionie jadem na jego temat.

3. We wszystkich wypowiedziach ambasadora przebija niebywała uniżoność wobec państwa przyjmującego i przedstawicieli jego administracji. Wszystkie te „Rosjanie tacy już są”, „Tusk nic nie mógł zrobić”, „oni nie patrzą” słowotok który przykrywa smutną, krystalicznie jasną prawdę. Był w owym czasie jedynym przedstawicielem Państwa Polskiego chronionym immunitetem dyplomatycznym. Nikt nie miał prawa użyć wobec niego siły, nikt nie mógł go usunąć spod wraku TU-154M. Tylko jego. Gdyby użyto siły, Polska mogłaby zrobić z tego skandal międzynarodowy. Czmychnął jednak na pierwszą sugestię Rosjan. Pozostawił ofiary katastrofy sam na sam ze specnazem, bez świadków. Wobec prawicowej, religijnej części opinii publicznej zasłonił się opisywaną barwnie potrzebą uczestniczenia w mszy św. i „bycia z ludźmi”. A tam dymił wrak samolotu. Odnoszę wrażenie, że zbyt często Donald Tusk, Siergiej Ławrow i Gazeta Wyborcza w swoich narracjach smoleńskich posługują się językiem nawiązującym do religii.

4. Nie każdemu ambasadorowi zdarzają się sytuacje, w których musi sprostać wielkim wyzwaniom. Ambasadorowi Bahrowi zdarzyło się takie „pięć minut” i mu nie sprostał. Nie powinien więc przybierać póz Katona.

5. Przytacza w wywiadzie argumenty mające świadczyć o bezsensowności wizyty prezydenta w Katyniu. Te argumenty potwierdzają prezentowaną już przeze mnie w innych tekstach sekwencję wydarzeń. Przypomnę zdania naszego bohatera: „Wiadomo było po Westerplatte, że dojdzie do następnego spotkania. Chcieliśmy, żeby to był Katyń”. To wtedy, na Westerplatte, a może jeszcze wcześniej projektowano kamienie milowe „pojednania”. I że nie będzie wizyty prezydenta w Katyniu. Czy ambasador Bahr poinformował o tym prezydenta, czy chodził do niego wyłącznie ze „sprawami do załatwienia”? Przytacza dziecinnie śmieszne powody protokolarne tego rozstrzygnięcia. Nigdy nie było „zaproszeń” do Katynia. Ze względu na specyfikę miejsca, delikatność sytuacji uciekano się do uzgodnień dyplomatycznych. Dla gawiedzi przewidywana jest na tę okoliczność bajeczka protokolarna. Czy ambasador poszedł w pierwszym kroku do Kancelarii Prezydenta Miedwiediewa informując, że to prezydent Kaczyński planuje przewodniczyć uroczystościom? Nie, poszedł do Kancelarii Premiera Putina. Jak sam powiedział, „wrzucić obydwie wizyty”, czyli już po decyzji o ich rozdzieleniu. To zresztą jest znany kruczek dyplomatyczny na spalenie przedsięwzięcia, czyli poruszanie się na niewłaściwym szczeblu dyplomatycznym. To mógł zaakceptować dziennikarz kolumny miejskiej, ale nie Teresa Torańska. Pani redaktor nie tylko kupiła historyjkę, ale jeszcze włączyła się w dyskredytowanie Macieja Łopińskiego, szefa gabinetu prezydenta. To nie było estetyczne.

6. Nie było ani jednego oficera BOR przydzielonego do ochrony prezydenta na lotnisku w Smoleńsku. Pan ambasador dokonuje sprytnej manipulacji, podobnej do tej, którą wykonywał szef BOR. Obecni na lotnisku byli osobistą ochroną ambasadora i mieli inne zadania. Każda osoba, która podlegała ochronie, wie takie rzeczy. Opinii publicznej można jednak „mydlić oczy” i ambasador Bahr to robi.

7. Pan ambasador nie pozostawia suchej nitki na polityce zagranicznej w relacjach z Rosją za rządów PiS i prezydentury śp. Lecha Kaczyńskiego. Odświeżę jednak nieco pamięć pana ambasadora. Po wyjeździe do Rosji oczekiwał na przyjęcie przez prezydenta Putina. W międzyczasie odbyła się moja wizyta w Moskwie i po niej doszło do złożenia listów uwierzytelniających. Putin wykonał specjalny gest, zwracając się do polskiego ambasadora w jego języku. Czy byłoby tak, gdyby wizyta ministra była „straszna”? Prawdę powiedziawszy, Putin odwzajemnił mój gest z konferencji, opisywany wcześniej. Relacje między państwami nie polegają jednak na „ofertach”. Pan ambasador zapewnił, że szczęściem ambasadora są relacje lepsze pod koniec jego misji, niż na jej początku. Pozwolę sobie na skomentowanie tego stwierdzenia.

8. Rzeczywiście, relacje są obecnie świetne. W zasadzie nie jest już potrzebne pośrednictwo ambasadora. Minister Ławrow za pomocą środków masowego przekazu przekazuje premierowi Tuskowi zadanie do wykonania. A pan premier, również za pomocą środków masowego przekazu „melduje jego wykonanie”. Ta nowa jakość stosunków jest również pana zasługą, panie ambasadorze. Gratuluję.

9. Próbuję wyobrazić sobie sytuację, w której ambasador, np. Francji przychodzi do prezydenta Sarkozy'ego ze „sprawami do załatwienia”. Ciekawe, ile czasu zajęłoby mu opuszczenie gabinetu. Pan nie tylko do dziś nie zrozumiał niestosowności swojego zachowania, ale jeszcze opisał je w mediach, w obrzydliwy, obraźliwy dla śp. prezydenta sposób. Cóż, przykro mi to powiedzieć, ale przypomina pan błazna, panie ambasadorze.

10. W Smoleńsku to pan, z nominacji śp. prezydent miał obowiązek ochrony interesów Rzeczypospolitej i jej obywateli. Minister Sasin nie mógł pana w tym zastąpić. Był panu potrzebny jako osłona pańskiej nieudolności lub chciał pan przeszkodzić mu w wypełnieniu obowiązków w Kancelarii Prezydenta, do czego jako jedyny miał prawo. O tym pierwszym mówię jako była minister spraw zagranicznych, o drugim, jako była szefowa Kancelarii Prezydenta.

„My” i „Oni”. Dla pani redaktor Torańskiej, ambasador Bahr mieści się, jak sądzę, w kategorii „My”. W swoim wywiadzie plasuje się z kolei obok takich postaci jak Bronisław Komorowski, Grzegorz Schetyna, Donald Tusk, Janusz Palikot, Tomasz Nałęcz, Zbigniew Kuźniar, Wojciech Jaruzelski.

A śp. Prezydent Lech Kaczyński? Nie udała się wrzutka z „naciskami głównego pasażera”. Trzeba więc wrócić do kampanii defamacyjnej. I kontynuować terapię lęku, którą opisałam w swoim tekście, zatytułowanym „Obudź się, Polsko”. Pan ambasador sugeruje, że za czasów rządu PiS Polska otarła się o coś strasznego. A o co konkretnie, panie ambasadorze? Straszne rzeczy to przyniosła nam działalność pana, a także panów Rotfelda i Turowskiego. Proszę nie straszyć, panom już dziękujemy.

Anna Fotyga

 www.pis.org.pl