Dzień Listopadowy (zarys opowiadania)

avatar użytkownika Łukasz Kołak
Był pochmurny listopadowy dzień. Ambasador G. spoglądał przez okno swego gabinetu na warszawską ulicę. Z głośnika telewizora dobiegały odgłosy konferencji prasowej grupki posłów. „Zakładamy stowarzyszenie o nazwie Polska Jest Najważniejsza” referowała z ekranu jedna z uczestniczek konferencji. „Da, da, Polsza jest najważniejsza” pomyślał w duchu ambasador G. Ileż razy powtarzał mu to samo na Kremlu pułkownik P., zanim trafił do polskiej stolicy w charakterze dyplomaty.

     Energiczne pukanie do drzwi wyrwało ambasadora z sennych rozważań.

     „Wejść!” – wykrzyknął, nie odrywając oczu od widoku zza szyby. Do pokoju wszedł młodszy radca, pieszczotliwie nazywany przez G. „Generałem – lejtnantem”.

     „A to wy? No jak tam sprawy? – zapytał się ambasador spoglądając na radcę. „Generał – lejtnant” dyskretnie zerknął na telewizor i zauważył, że ambasador ogląda konferencję.

     „Jak już widzicie, nasi posłowie zawiązują konfederację. Będą mieli trochę formalnych problemów z nazwą, ale do wyborów samorządowych wystarczy, że narobią szaszoru, a potem nazwę będzie można zmienić” – rozpoczął radca.

     „Czy na czele tej konfederacji będzie stała ta cycata brunetka?” – przerwał wypowiedź radcy ambasador, wyraźnie podekscytowany widokiem wypowiadającej się dla mediów posłanki.

     „Formalnie tak, chociaż jeszcze chyba do końca tego nie ustalili między sobą, ale kluczowych jest tam dwóch posłów, którzy zjedli lunch z naszym głównym razwiedczykiem na Ukrainie. To prawdziwe mózgi tej grupy. Reszta to, jak mawiają Polaczki, polityczni celebryci”.

     „Nu ładna” - skwitował odpowiedź radcy ambasador, powracając do beznamiętnego lustrowania ulicy.

     „Ważne są też, Wasze Błagarodje, inne nasze działania operacyjne. Jak wiecie Marsz Niepodległości nie zakończył tak jak tego oczekiwaliśmy. Liczyliśmy na jakąś śmiertelną ofiarę, aby nasi towarzysze z „Wyborczej” mogli puścić w świat informację, że faszyzm w Polsce podnosi zbrojne ramię i trzeba interweniować. Ale nie zasypujemy gruszek w popiele” – dodał filuternie radca, lubiący błyskać poznanymi w Polsce bon motami. „Do końca tego roku różne organizacje narodowe pozostające pod naszą dyskretną opieką, zorganizują jeszcze kilka takich marszy na terenie całego kraju. Możemy się spodziewać ostrej zimy. Pierwszy z nich rozpocznie się już za trzy kwadranse”.

     „Kto będzie szedł? – zapytał ambasador.

     „No jak zwykle ci narodowo – radykalni, monarchiści, antywojtylianiści…”

     „Kto?” – zdziwił się ambasador, wlepiając w radcę przenikliwy wzrok.

     „No ci przywiązani do tradycji, którzy uważają, że Wojtyła był złym papieżem”.

     „Aaaa” – zrozumiał ambasador i z powrotem utkwił wzrok w warszawską ulicę.

     „Poza tym kibice, no i co najważniejsze paru znanych publicystów i dziennikarzy, którzy są ostro cięci na towarzysza Michnika. Także podobnie jak 11 listopada”.

     „No a czy druga strona gotowa?” – dopytywał się ambasador.

     „Oczywiście – geje i lesbijki w blokach startowych, socjaliści, anarchio – komuniści, erotomani – gawędziarze, rodzimowiercy – ci od słowiańskich bóstw” – dodał pospiesznie radca spodziewając się kolejnego szybkiego pytania ambasadora – „no i ten Dominik T. pseudonim Rambo. Także zrobimy małą powtóreczkę przed kolejnymi odsłonami. Tym razem jednak daliśmy polskiemu ministrowi od spraw wewnętrznych wyraźny prikaz, aby policja nie interweniowała” zakończył radca.

     „Nu ładna” – odpowiedział ambasador. „Jestem zadowolony z Waszej pracy Towarzyszu. Nie zapominajcie rozdmuchiwać ducha nacjonalizmu wśród Polaków. Ta stara broń dobrze się nam przysłużyła w opanowaniu poszczególnych narodów jeszcze w czasach wojny domowej po rewolucji. Potem udało nam się zainstalować towarzysza Hitlera na kanclerskim stołku. Teraz też musimy odgrzewać te burżuazyjne kotlety. Polacy czuły naród, dadzą nabrać się…” – ambasador zmrużył oczy. „Tak, jak łatwo dają się rozgrywać. Już generał Kiszczak – nasz druh nieoceniony, zauważył, że Polacy bardzo szybko nabrali się na ten jego pluralizm. Kazał nawymyślać swoim oficerom różne partie, żeby Polacy mogli się zapisywać i kłócić  o to, która doktryna jest najlepsza. Podobno partie wymyślano na podstawie jakiegoś podręcznika dla studentów.  Ha, ha , ha!” – zaśmiał się rubasznie ambasador, dając znać radcy, żeby się przyłączył. Gabinet ambasadora wypełnił się głośnym rechotem.

     Z telewizora wyglądała smutna mina posła z siwiejącą bródką.

 

     Teren przy pomniku Romana Dmowskiego był wypełniony ludźmi. Flagi biało – czerwone  powiewały na wietrze. Z daleka dochodziły krzyki i wybuchy petard. Młody chłopak z megafonem krzyczał do zgromadzonego tłumu.

     „Jak wielokrotnie twierdził nasz Wielki Mistrz, Rosja jest krajem nastawionym pokojowo. Nie w głowie jej wojny i przemoc. Owszem jak trzeba to się broni przed terroryzmem islamskim, ale nie tak brutalnie jak imperialiści amerykańscy. Wiemy, choćby z ostatniego filmu wspaniałego reżysera Jerzego Skolimowskiego, jakimi oprawcami są imperialistyczni funkcjonariusze amerykańskich służb” – tłum zaczął energicznie bić brawo, najmocniej zaś klaskał w ręce elegancko ubrany staruszek w kapeluszu i muszce. „Polska nie potrzebuje żadnych awantur na wschodzie. Przeciwnie, tam szukajmy sojuszy!”. Entuzjazm zgromadzonych narastał z każdą chwilą. Nagle w sam środek tłumu wbiła się klinem grupa osób uzbrojonych w bejsbole i lance ozdobione tęczowymi chorągiewkami.

     „Bić faszystów!” – krzyczał tęczowy tłum i zaczął okładać pałkami narodowców. Na placu zakotłowało się. Policja stała w pewnej odległości i nie interweniowała. Po krótkiej szamotaninie poszczególne grupki antagonistów zaczęły walczyć osobno.

     Trzech tęczowych dorwało barczystego faszystę w bramie położonej niedaleko kamienicy. Mężczyzna próbował się bronić jednak szybko uległ przewadze napastników. Okładany tęczowymi bejsbolami upadł na ziemię. Z kieszeni płaszcza wysunął się zwinięty w rulon numer miesięcznika „Pro Fide, Rege et Lege”.

     „Przestańcie koledzy! Zostawcie! – jęczał faszysta. „Jestem od Was! Słyszycie!

Osłupieni bojówkarze zamarli.

     „Jesteś prowokatorem z Wyborczej?” – zapytał leżącego faszystę jeden z nich.

     „Nie…, ale też jestem gejem…” – wycedził przez krwawiące wargi faszysta, spoglądając tępo na okładkę leżącej obok niego gazety. Na wizerunek św. Ludwika lała się krew.

 

 

Etykietowanie:

napisz pierwszy komentarz