W rękach eksperymentatorów

avatar użytkownika FreeYourMind

Bez cienia przesaady można powiedzieć, że Polska jest krajem nieustającego eksperymentu. Przeprowadza się tu eksperymenty polityczne, gospodarcze, społeczne, a co jedna ekipa eksperymentatorów odejdzie, to zastępuje ją następna, jeszcze bardziej pomysłowa.

Przykładem erksperymentu politycznego były tzw. kontraktowe wybory, które łączyły w sobie ideę demokracji socjalistycznej w stylu sowieckim, kiedy to skład parlamentu ustala kompartia oraz ideę demokracji burżuazyjno-parlamentarnej, zgodnie z którą obywatele głosują na tych ludzi, na których chcą. Choć, jak pamiętamy, spektrum tych, na których można było w sposób wolny zagłosować, było dość ezgotyczne, gdyż oprócz takich wybitnych polityków jak A. Michnik, znaleźli się tacy wybitni eksperci, jak choćby A. Łapicki, no ale mniejsza z tym, "były maje, były bzy, byłaś też dziewczyno ty" :)

Przykładem eksperymentu gospodarczego jest polska transformacja w sferze ekonomii, twórczo łącząca idee leżące u podstaw gospodarki sterowanej przez kompartię (ergo Bezpiekę) z pewnymi ideami fundującymi kapitalizm - transformacja, która sprawiła, że czerwona nomenklatura stała się polską klasą średnią (jeśli nie nową arystokracją), czyli przykładem realizacji frazy "z nędzy do pieniędzy". Do społecznych eksperymentów należy natomiast "buszowanie w zbożu", jakie od lat uprawiają rozmaici śmiałkowie w dziedzinie polskiej edukacji czy służby zdrowia.

W przypadku tej ostatniej najpierw usiłowano ratować spuściznę po peerelu, potem przeprowadzić decentralizację, co było całkiem niezłym pomysłem, gdyby nie rezultat w postaci korupcji i nepotyzmu, po czym wprowadzono ponowną centralizację, doprowadzając do jeszcze większej korupcji i nepotyzmu, potem blokowano reformy za pomocą spontanicznych protestów, a potem przyszła ekipa cudaków, którzy ten bałagan postanowili sprywatyzować, nie myśląc wcale o tym, by wprowadzić jakąś konkurencyjność na rynku usług medycznych, czyli by zrezygnować z ich (prowadzącego do monopoli i drakońskich cen) koncesjonowania. Ot, uroki polskiej drogi do kapitalizmu.

Polscy eksperymentatorzy bowiem nieustannie stosują zasadę "jakoś to będzie", czyli zabierają się do sprzątania stajni Augiasza stosując jedną wielką improwizację. Oczywiście, im większa improwizacja, tym więcej urzędników do jej obsługi potrzeba, stąd też powstaje potem społeczne wrażenie wielkiej krzątaniny wokół jakiejś reformy - kończy się to zwykle rozkopanym placem budowy i stosami papierzysk, ale kto by się tym przejmował, skoro jeszcze żaden minister w tym kraju nie poniósł żadnej odpowiedzialności za swoje błędne decyzje lub za działania, które zaowocowały totalnym bałaganem w dziedzinie, która miała być zreformowana. 

Tak to w dziedzinie edukacji eskperymentatorzy mieli wizję zawierającą się w formule "6+6", którą można by jakoś przełknąć "z braku laku", ale skończyło się to tak, że polikwidowano całą masę wiejskich placówek edukacyjnych (stanowiących czasem ostatnie przyczółki jakiejś kultury w regionach pod tym względem zacofanych), gimnazja podłączono do podstawówek, bo się okazało, że "ni ma bazy lokalowej" na łączenie ich z liceami, nauczycieli zamieniono w urzędników zajmujących się biurokracją oraz doszkalaniem czestokroć na własną rękę (bo dyrekcje "ni miały piniendzy"), no i z wielkich planów pozostała wielka prowizorka. Jakąś regułą było zresztą to, że eksperymentatorzy pochodzili zwykle z dyscyplin niehumanistycznych (ministrowie z AWS-u czy obecna "minister"; pomijam "humanistów" z komunistycznego nadania), co owocowało technokratycznym podejściem do "materii", sprowadzającym kwestie reformy właściwie do problemów czysto technicznych. Ba, pamiętam, jak po Handkem przyszedł Wittbrodt i zaczął w jednym z wywiadów dla "Nowego Państwa" roztaczać wizję upodabniającą "ewoluujące" szkolnictwo polskie do amerykańskiego. Aż się prosiło, by osobom upojonym tego rodzaju wizjami podsunąć lektury A. Blooma czy T. Sowella dotyczącymi właśnie tego ostatniego tematu. Ale gdzie się znajdzie śmiałka, który by powstrzymał ludzi biegającymi z włączoną pilarką po placu budowy?

Bajzel pozostał i nieśmiałe próby zmian w okresie kaczystów (zwiększanie bezpieczeństwa w szkołach, plany wprowadzenia filozofii do liceów - skutecznie, zresztą, powstrzymane co zapewne podwyższy stopień intelektualny absolwentów szkół średnich) i tak napotykały na "spontaniczny opór" środowiska nauczycielskiego, które, jak słusznie kiedyś zauważył Handke, protestowało zwykle wtedy, gdy władzę przejmowała prawica, no ale mniejsza z tym, bo właśnie owa "prawica" (trudno za taką uznawać AWS z dzisiejszego punktu widzenia) miewała czasami doprawdy olbrzymi udział w rozwalaniu edukacji.

O ile więc mgr Hall nie jest przedstawicielką żadnej prawicy, tylko socjaldemokracji nazywającej się PO, to najwyraźniej chce przejąć palmę pierwszeństwa w doprowadzaniu szkolnictwa do stanu upadłości, czego dowodem są paranoiczne pomysły na zaciągnięcie najmłodszych dzieci do szkół czy redukcji polskiego i historii dla młodzieży. Mgr Hall, która jest, jak wiemy, matematyczką, ma blade pojęcie o humanistyce, co zresztą nie przeszkadza jej zabierać się za demolowanie edukacji. Każdy, kto słuchał wywiadów mgr Hall, wie, że ostatnia rzecz, za którą ta osoba powinna się brać to zajmowanie ministerialnego stanowiska w tej dziedzinie, w której zajmuje, no ale przecież, sama się na tym miejscu nie posadziła, tylko jakiś jeszcze większy mędrzec od niej, ją do takich działań wytypował. Żeby jednak było śmieszniej, to Hall chce kontynuować reformę Handkego :)

O ile ministrami zwykle bywali ludzie związani ze szkolnictwem wyższym (pomijam Giertycha) i to zwykle z tytułami profesorskimi, osoby z nadania konferencji rektorów lub przynajmniej konsultowane ze środowiskiem akademickim, o tyle mgr Hall jest "panią nauczycielką", która z jakiejś podrzędnej szkoły doprawdy została wywindowana do decydowania o sprawach, nie tylko na których się nie zna, ale których po prostu nie jest w stanie zrozumieć. Nie pozwala jej na to ciasna mentalność, której wyraz daje w każdej swojej publicznej wypowiedzi. Gdyby na stanowisku ministra gospodarki posadzono piekarza, efekt byłby podobny (choć akurat w przypadku Pawlaka to trudno powiedzieć, czy jest inny). 

Jak to zwykle jednak bywa to, co najgłupsze (czyli w tym wypadku "reformatorsakie pomysły" mgr Hall), a co prowadzi do destrukcji polskiej kultury, zaraz skwapliwie przez "ośrodki intelektualne" jest podchwytywane, choć nawet SLD wyraża swój sprzeciw wobec planów, powiedzmy sobie szczerze, tego pseudoreformowania. I tak komunistyczna "Polityka" mówi tym razem o "konieczności cywilizacyjnej", przed jaką stoimy. Jeszcze niedawno były rozmaite "konieczności dziejowe", jak pamiętamy, teraz zaś czas nastał na te "cywilizacyjne". To, że na wsiach nie ma już nie tylko małych szkół, ale w ogóle przedszkoli, to nie sprawia żadnego problemu, to, że nie ma podręczników, sal lekcyjnych czy toalet przystosowanych dla przedszkolaków (mających stać się za dotknięciem czarodziejskiej różdżki "pani minister", uczniami) w szkołach, to też nie problem, to, że koszty takiej kolejnej destrukcji w szkolnictwie mogą być dużo większe niż budowanie nowych obiektów do nauczania czy choćby podwyżki dla osób pracujących w szkolnictwie, to także pikuś. Grunt, że "konieczność cywilizacyjna" będzie realizowana.   

Ale tu nieoczekiwanie zaczyna powstawać opór nie tylko w środowisku nauczycielskim (na razie dość skromny) i akademickim, ale przede wszystkim wśród rodziców. Każdy, kto miał dzieci w wieku przedszkolnym (ja akurat do takich szczęśliwców należę), wie dokładnie, jaka jest różnica między pięciolatkiem a sześciolatkiem oraz między sześciolatkiem a siedmiolatkiem - wiedzą to zresztą doskonale także psychologowie dziecięcy oraz nauczyciele zajmujący się klasami 1-3. Ruch oporu przeciwko kretyńskim pomysłom ministerstwa powinien nabrać na sile i doprowadzić do całkowitego zablokowania pseudoreformy, zanim będzie za późno i szaleństwa staną się rzeczywistością. W polskim szkolnictwie czas na wielki remont, nie zaś na dalszą rozwałkę, choć na to można liczyć dopiero po odejściu gabinetu ciemniaków. 

Niedawno odbyła się dyskusja na temat polskiej edukacji (w kontekście, rzecz jasna, cywilizacyjnych konieczności, o których na pewno mgr Hall ma wielką wiedzę), w której, co warte zaznaczenia, wziął udział wielki znawca spraw edukacji, L. Wałęsa, który nawiasem mówiąc, sam przyznał, że nazbyt wiele to się do szkół nie nachodził (link poniżej). Jak to zwykle na takich komicznych imprezach bywa, postulowano "większe otwarcie polskiej szkoły" (oczywiście, otwarcie "na świat"), czyli debatowano - jakżeby inaczej - o najważniejszym problemie polskiej edukacji, tj. ilu i jak nauczać języków obcych. Jak wiadomo, nie ma ani lekcji języków obcych w szkołach, ani pozaszkolnych kursów dla dzieci, ani nawet lekcji dla przedszkolaków. To jednak nie koniec, ponieważ debatowano pod hasłem "Tylko szkoły zmienią Polskę". Jeśliby paranoiczne pomysły mgr Hall miały wejść w życie, to strzeż nas, Panie Boże, przed taką Polską. Wtedy bowiem czeka nas jedna wielka kulturowa reanimacja.   


http://www.edukacjawpolsce.pl/modules.php?op=modload&name=News&file=article&sid=751&mode=thread&order=0&thold=0
http://miroslaw-orzechowski.blog.onet.pl/1,DA2008-04-26,index.html
http://scholaris.pl/Portal?secId=S10V4W052FN26AN5JTV0713I&refId=A55J8116SA34X66G4O4DACO5
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Minister-edukacji-dokoncze-reforme-Handkego,wid,9499994,wiadomosc.html?ticaid=16b31
http://www.polskatimes.pl/forumpolska/49295,szkola-musi-byc-bardziej-otwarta,id,t.html
http://www.polityka.pl/szesc-lat-i-klasa-zapraszamy-do-dyskusji/Lead33,933,269460,18/

Etykietowanie:

napisz pierwszy komentarz